poniedziałek, 03 maj 2010 14:57

Dlaczego konieczna jest reforma systemu wyborczego?

Napisane przez

Jeden z największych myślicieli XX wieku, Jose Ortega y Gasset, w książce Bunt mas, która stanowi klasykę w światowej socjologii, napisał: Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne. Jeśli system wyborów działa skutecznie, jeśli dostosowuje się do wymogów rzeczywistości, to wszystko jest w porządku, natomiast jeśli tego nie robi, to demokracja zaczyna się walić, chociażby cała reszta działała bez zarzutu... Instytucje demokratyczne nie oparte na autentycznych wyborach są niczym.

 

Inny wielki filozof i socjolog polityki, Karl Popper, pisząc na temat demokracji i systemów wyborczych stwierdził:

 

Obowiązkiem posła jest reprezentowanie interesów swoich wyborców, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i wolą. Interesy te będą w niemal wszystkich przypadkach tożsame z interesami wszystkich obywateli kraju, z interesami narodu. Jest osobiście odpowiedzialny przed ludźmi. Jest to jedyna powinność i odpowiedzialność posła. Ordynacja proporcjonalna odziera posła z osobistej odpowiedzialności. Czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka.
Spośród ludzi, którzy przez szerokie kręgi Polaków uznani zostali za autorytety, możemy wymienić Gustawa Herling-Grudzińskiego, Jerzego Giedroycia, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, którzy w sposób jednoznaczny zarekomendowali nam wybory w jednomandatowych okręgach wyborczych.
Nie znamy nazwisk ludzi podobnego kalibru ani w Polsce, ani na świecie, którzy by z podobną stanowczością opowiedzieli się na rzecz partyjnego systemu wyborów parlamentarnych.

Dlaczego przyjęliśmy inne rozwiązania?

Można więc postawić pytanie: dlaczego w takim razie we wszystkich państwach, jakie powstały po upadku imperium sowieckiego, wprowadzono zupełnie inne zasady wyborów parlamentarnych, dlaczego nigdzie nie zastosowano procedury, którą tak dobitnie rekomendował Karl Popper czy wyżej wymienieni wielcy Polacy, tylko wszędzie zastosowano różne mutacje list partyjnych, procedury wyborcze, które uprzywilejowują partie polityczne, a dyskryminują obywateli, umniejszając albo wręcz likwidując ich kontrolę nad składem osobowym ich ciał przedstawicielskich? Jak to się stało, że mając takie przykłady, jak procedury wyborcze u naszych największych sojuszników, w krajach, gdzie demokracja dobrze funkcjonuje od niepamiętnych czasów, w krajach, takich jak Stany Zjednoczone, Kanada czy Wielka Brytania, a nawet Francja ? zaadaptowano systemy wyborcze niemające z tamtymi nic wspólnego? Dlaczego nie znaleźli się w Polsce ? może poza prof. Antonim Kamińskim, żadni wybitni przedstawiciele nauk politycznych i społecznych, którzy by opowiedzieli się za tym, do czego nawołuje Popper, Ortega y Gasset, Herling-Grudziński czy Jerzy Giedroyc?
Dzisiaj, po 18 latach od upadku komunizmu, możemy z przekonaniem udzielić odpowiedzi na to pytanie: taka była racja stanu elit komunistycznych, które przygotowywały transformację ustrojową tak, żeby w maksymalny sposób zagwarantować sobie miękkie lądowanie, a więc w maksymalny sposób zabezpieczyć swoją pozycję społeczną i polityczną oraz stan posiadania. Z doświadczenia historii pierwszych lat transformacji, widzimy wyraźnie, że gdyby w tamtym czasie, umożliwić obywatelom naszych krajów wolne wybory, w takim systemie jak brytyjski system JOW ? znany pod nazwą First-Past-The-Post, a więc, gdzie w małych, jednomandatowych okręgach wyborczych, wygrywa ten, kto uzyskuje największą ilość głosów, to już dawno załatwilibyśmy sprawę zarówno lustracji, jak i dekomunizacji, i w naszych elitach władzy byli komuniści występowaliby najwyżej w sposób śladowy.
Argument ten nie jest gołosłowny. Wystarczy przypomnieć fakty z naszej najnowszej historii: (1) całkowite i emocjonalne odrzucenie tzw. listy krajowej w wyborach w 1989 roku, której akceptacji domagali się negocjatorzy w Magdalence i przy Okrągłym Stole; (2) pierwsze wybory do Senatu, gdzie pezetpeerowcy zdobyli zaledwie jeden mandat (senator Henryk Stokłosa); (3) pierwsze wolne wybory samorządowe, w których do rad gmin kandydaci b. PZPR zostali bezlitośnie wycięci.
Krytykom Okrągłego Stołu często stawia się pytanie ? zarzut: a jak można było inaczej? Chcieliście przelewu krwi? Odpowiadamy: przelewanie krwi było niepotrzebne, wystarczyło przeprowadzić uczciwe wybory!
Co to znaczy uczciwe wybory? Takie, w których spadkobiercy komunizmu nie znaleźliby się w sytuacji uprzywilejowanej, w sytuacji, która gwarantowała im przetrwanie w dobrej kondycji.
Tzw. ordynacja proporcjonalna, a więc wybory na system list partyjnych, oznacza de facto, uprzywilejowanie partii politycznych. W takich wyborach szanse zwycięstwa mają tylko silne partie polityczne, a więc partie dysponujące wielkimi pieniędzmi i rozbudowanymi strukturami w terenie. W pierwszych latach transformacji pieniędzmi i strukturami terenowymi dysponowali tylko sukcesorzy PZPR. Ta przewaga była tak wielka, że umożliwiła im przetrwanie całych 18 lat i dzisiaj łatwo przewidzieć, że łatwo przetrwają kolejne wybory do Sejmu.
Popatrzmy na wyniki wyborów do kolejnych sejmów.

W roku 1991

na 111 zarejestrowanych komitetów wyborczych mandaty uzyskało 29 (z tym, że 11 komitetów uzyskało po 1 mandacie). Były to: UD (62), SLD (60), Wyborcza Akcja Katolicka (49), Porozumienie Obywatelskie Centrum (44), PSL (48), KPN (46), KLD (37), Porozumienie Ludowe (28), NSZZ ?S? (27), PPPP (16), ChDSP (5), UPR (3), Solidarność Pracy (4), SD (1), Mniejszość Niemiecka (7), PChD (4), Partia ?X?, RDS (1), RAŚ (2), Ludowe Porozumienie Wyborcze ?Piast? (1), KKSzP (1), Związek Podhalan (1), PZZ (4), Wielkopolsce i Polsce (1), Jedność Ludowa (1), KW Prawosławnych (1), S-80 (1), Unia Wielkopolan (1), Sojusz Kobiet przeciw Trudnościom Życia (1)

W roku 1993
:
spośród 29 komitetów wyborczych, które wprowadziły swoich kandydatów do Sejmu 1991, kolejne wybory przeżyły tylko cztery: UD, SLD, PSL i KPN. Do tego możemy dodać komitety mniejszości niemieckiej, które są uprzywilejowane specjalnie i nie podlegają tym wymogom, jakim sprostać muszą komitety Polaków. Pojawiły się natomiast nowe partie polityczne: UP i BBWR.

Wybory roku 1997
:
przetrwały jedynie SLD i PSL. Zniknęły ze sceny UP, UD, BBWR i KPN.
Pojawiły się za to trzy nowe partie: AWS, UW i ROP.

Wybory 2001
:
przeżyły ponownie tylko SLD i PSL, znikają ze sceny politycznej AWS, ROP i UW. Pojawiają się nowe partie: PiS, PO, Samoobrona i LPR.

Wybory roku 2005
:
po raz pierwszy nie zmieniły zasadniczo partyjnego składu Sejmu, zmieniając jedynie wzajemny układ sił. Nowe partie, które pojawiły się na scenie politycznej w 2001 roku, zdają się wierzyć, że teraz to już tak zostanie i że wreszcie monopol formacji postkomunistycznej zostanie złamany na trwałe. Być może. Na razie jednak wypada skonstatować, że partyjny system wyborczy służy dobrze tym, których społeczeństwo polskie miało nadzieję się pozbyć w wyniku transformacji ustrojowej i demokratycznych wyborów.

 

Na czym polega przewaga partii postkomunistycznych,

które lubią się określać jako lewica, w porównaniu do partii, jakie wypączkowały z ruchu Solidarności, które same określają siebie jako prawica? Wysuwa się jakieś dziwne argumenty, że jakoby lewicę cechuje jakaś solidarność, zwartość i dyscyplina, podczas gdy prawica ma być z natury rzeczy skonfliktowana wewnętrznie, warcholska, indywidualistyczna, niezdyscyplinowana, po prostu głupsza i niedojrzała.
W ten sposób usiłuje się zamaskować i ukryć przed społeczeństwem prawdziwy powód tej przewagi lewicy: jest nim stan posiadania tych partii, majątek, jaki odziedziczyły po swojej poprzedniczce, majątek, jaki udało im się zgromadzić w procesie transformacji ? korzystając ze swego uprzywilejowanego statusu, odziedziczone i stosunkowo łatwe do odtworzenia struktury i powiązania w terenie. Tego wszystkiego od początku brakuje partiom prawicy. Historia ostatnich 18 lat dowodzi, że wszystkie te partie bardzo się starają, żeby te braki uzupełnić, zdobyć majątek i zbudować struktury. Trwa więc to, co prof. Antoni Kamiński określił, jako nieustająca walka partii politycznych ze społeczeństwem. Partie muszą tę walkę prowadzić, jeżeli chcą przetrwać na scenie politycznej. Konieczności prowadzenia tej walki nie wymusza zła wola i pazerność liderów tych partii: wymusza ją zły system wyborczy, który winduje koszty prowadzenia kampanii wyborczych na takie wyżyny, jakie są nieosiągalne dla nowo powstających partii politycznych. Nawet jeśli partie te przejmują władzę na całą kadencję, jak tego dowiódł najlepiej przykład AWS i Unii Wolności.
Dzisiaj, po 18 latach od Okrągłego Stołu, zasadniczy powód, dla którego trzeba było wprowadzić tzw. proporcjonalny system wyborczy już nie jest ważny, jest tylko szkodliwym anachronizmem w naszym życiu społecznym i politycznym. Jego negatywne skutki są bowiem rozliczne i degenerują polską demokrację do partiokracji.
Wpisana w prawo wyborcze walka o środki materialne dla zapewnienia partiom warunków istnienia na scenie politycznej skutkuje całym szeregiem szkodliwych zjawisk o charakterze korupcyjnym, nepotyzmem i klientyzmem, popularnie określanymi jako kolesiostwo. Szlachetne hasła walki z korupcją rozbijają się o brutalną prozę życia, bo nie można skutecznie walczyć z korupcją, gdy znajduje ona strukturalne uzasadnienie w funkcjonowaniu systemu politycznego.

 

Korupcja w tym systemie wyborczym generowana jest na różne sposoby:

1. Wysokie koszty kampanii wyborczych, związane z faktem, że odbywają się one w ogromnych okręgach wyborczych, gdzie praktycznie jedyną drogą, na jakiej wyborcy mogą poznać kandydatów, jest telewizja. Wymusza to szukanie sponsorów i tworzy szarą strefę, ponieważ koszty te są przeważnie dużo wyższe, niż zezwalają na to przepisy o finansowaniu partii politycznych.
2. Oddanie decyzji o tym, kto może kandydować i na jakim miejscu listy wyborczej, w ręce partyjnych baronów tworzy sieć nieformalnych i niejawnych powiązań, staje się źródłem nepotyzmu i klientyzmu.
3. Korupcji sprzyja wymuszana przez ordynację absurdalna długość list wyborczych, która, z jednej strony, zmusza partie do poszukiwania kandydatów-wypełniaczy list partyjnych, a z drugiej otwiera drogę przed każdym, kto da więcej, bez względu na jego kwalifikacje polityczne i moralne.
W ten sposób powstaje Izba Poselska, zapełniona w 2/3 przez ludzi, którzy w swoich okręgach wyborczych zdobyli nie więcej niż 1% głosów wyborców, całkowicie związanych i uzależnionych od swoich liderów, nieliczących się ze swoimi wyborcami i zwolnionych z odpowiedzialności przed nimi. Skonstruowany został mechanizm selekcji negatywnej, w którym nie kwalifikacje się liczą, lecz dyspozycyjność. Jak pisał Karl Popper: zamiast myślących i czujących ludzi, mamy maszynki do głosowania.
Fakt ten ma doniosłe znaczenie w kształtowaniu zaufania do demokracji i aktywności obywatelskiej. Autorytet Sejmu i posłów obniża się z kadencji na kadencję, coraz gorsza jest jakość tworzonego tam prawa. Pogłębia się, wyniesiona z komunizmu, alergia społeczna na słowo partia polityczna. Partie polityczne nie przyciągają obywateli, nie zachęcają do wstępowania do nich. Do partii politycznych należy dzisiaj mniej niż 1% wyborców. Tymczasem wszyscy obywatele zmuszeni są do ich utrzymywania i płacenia na nie haraczu. Wywołuje to niechęć i protesty, trudno uznać taką demokrację, która każe mi płacić na utrzymanie partii politycznych, których nie popieram i nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.
Jaki naprawdę jest stosunek polskiego społeczeństwa, najlepiej ukazują te wybory, w których wyborcy mają wybór pomiędzy ludźmi rekomendowanymi przez partie polityczne i tymi, którzy takich rekomendacji nie mają. Oczywiście, taka sytuacja nie jest możliwa w przypadku wyborów do Sejmu, ponieważ w tych wyborach wyborcy takiego wyboru nie mają i muszą, chcąc nie chcąc, wybierać jedynie pomiędzy możliwymi partiami. Taki stan rzeczy pozwala wątpić, czy w Polsce rzeczywiście może być mowa o wolnych i demokratycznych wyborach, skoro obywatele nie mogą samodzielnie kandydować do Sejmu i muszą się w tym celu zapisywać do partii politycznych, a kandydować mogą tylko grupowo.
Inaczej przedstawia się sprawa w wyborach samorządowych, głównie w najważniejszej ich części, jaką stanowią wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Przyjrzyjmy się tabeli przedstawiającej zbiorcze wyniki tych wyborów w 2002 i 2006 roku.

 

 
 
2002
2006
zmiana
Bezpartyjni
1882
76,04%
2014
81,74%
+132
+5,70%
SLD
227
9,17%
46
1,87%
-181
-7,30%
PSL
333
13,45%
253
10,27%
-80
-3,18%
Samoobrona
19
0,77%
25
1,01%
+6
+0,24%
PO
4
0,16%
46
1,87%
+42
+1,71%
PiS
2
0,08%
77
3,13%
+75
+3,05%
LPR
8
0,32%
3
0,12%
-5
-0,20%
Razem
2475
100,00%
2464
100,00%
 
 
 
Jak widzimy, wybory samorządowe to istna rzeź partii politycznych, które w ostatnich wyborach zdobyły zaledwie 18% mandatów! Prawie 6% mniej niż w wyborach 2002 roku.
Podczas gdy partie polityczne tracą na autorytecie i poparciu, to zyskuje zwolenników Ruch na rzecz JOW: na stronie domowej Ruchu www.jow.pl znaleźć można nazwiska ok. 250 wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, którzy zadeklarowali poparcie dla tej propozycji ustrojowej i przystąpili do grona Honorowych Patronów Samorządowych Ruchu. Do grona Patronów Honorowych Ruchu należy dzisiaj 30% prezydentów miast, w tym ośmiu prezydentów miast wojewódzkich:
1. Konstanty Dombrowicz, prezydent m. Bydgoszczy
2. Rafał Dutkiewicz, prezydent m. Wrocławia
3. Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent m. st. Warszawy
4. Jerzy Kropiwnicki, prezydent m. Łodzi
5. Wojciech Lubawski, prezydent m. Kielc
6. Czesław Jerzy Małkowski, prezydent m. Olsztyna
7. Tadeusz Truskolaski, prezydent m. Białegostoku
8. Michał Zaleski, prezydent m. Torunia
(...)
W dotychczasowych rozważaniach skoncentrowałem się na dwóch aspektach tzw. ordynacji proporcjonalnej: (1) stanowi ona doskonały sposób ochrony przywilejów postkomunistycznej elity władzy oraz na (2) jej korupcjogennych właściwościach, co samo w sobie powinno być argumentem wystarczającym do jej odrzucenia. Wspomnieliśmy też o tym, że (3) stanowi ona mechanizm selekcji negatywnej do elity władzy. Jednakże to nie wyczerpuje listy powodów, dla których jest to system szkodliwy.
Z innych powodów dzisiaj może najbardziej istotny jest fakt, że system ten stanowi patent na słabe państwo. Wybory na listy partyjne prawie nigdy nie doprowadzają do takiej sytuacji, że pozwalają, aby partia, która na drodze wyborów weszła do parlamentu, mogła, sama sprawować władzę i realizować swój program. System ten wszędzie generuje rządy słabe, rządy koalicyjne, gdzie zawsze rząd rozdzierany jest partyjnymi waśniami i targami, gdzie stanowisk w rządzie nie przydziela się na zasadzie kompetencji, tylko zawsze jest to jakiś, mniej lub bardziej gorszący, targ. Widzimy to doskonale na przykładzie rządów koalicji PiS ? Samoobrona ? LPR, ale wszystko to równie wyraźnie widzieliśmy na przykładzie wszystkich poprzednich rządowych koalicji. I nie jest to żadna specyfika polska, ponieważ dokładnie tak samo dzieje się na całym świecie i w innych krajach, które posługują się podobnymi procedurami wyborczymi. Jednakże w krajach, które nie muszą rozwiązywać tak skomplikowanych problemów społecznych, przed jakimi stoi Polska, w krajach, takich jak Szwecja czy Szwajcaria, takie gabinetowe rządy szkodzą w niewielkim stopniu, ponieważ działa tam dobrze system prawny i inne instytucje demokratyczne. Takie kraje, na dobrą sprawę, mogłyby nawet obejść się bez rządów. W Polsce takie rozwiązania prowadzą donikąd, ponieważ nierozwiązane problemy społeczne kumulują się i z każdym rokiem stają się coraz trudniejsze. Doskonale obrazuje to obecna sytuacja w służbie zdrowia.
Wreszcie nie bez znaczenia jest fakt, że ordynacje stosowane w Polsce są niezrozumiałe dla przeciętnego wyborcy, któremu nie mieści się w głowie, że ktoś może dostać 10 razy więcej głosów od kogoś innego, a mimo tego do Sejmu się nie dostać! Przeciętny wyborca czuje się zlekceważony i oszukany. I tak np. jeśli policzymy głosy oddane na wszystkich posłów w ostatnich wyborach, to otrzymamy liczbę 5 271 861. Liczba ta stanowi 17,4% wszystkich uprawnionych do głosowania Polaków, a tylko 43% wszystkich, którzy pofatygowali się na wybory. To oznacza, że 82,6% wyborców nie ma w Sejmie swojego przedstawiciela, ale także 57% tych, którzy oddali we wrześniu 2005 swoje głosy nie znajduje tam kandydata, na którego głosowali.
Na koniec powiedzieć wypada kilka słów o sprawach fundamentalnych, które są może najmniej zauważalne i zrozumiałe. Ordynacje wyborcze w Polsce naruszają nasze bierne prawo wyborcze i zasady równości i bezpośredniości wyborów. Sprawy te nie wydają się bolesne, ponieważ szwankuje edukacja obywatelska i niewielu ludzi rozumie, co te zasady oznaczają. Na dodatek mamy do czynienia z fałszywą wykładnią tych zasad przez akademickich politologów i konstytucjonalistów. Jednakże zasady te leżą u podstaw samej koncepcji demokracji i ich naruszanie nie może być bezkarne. Karą za ich naruszenie jest nieuczestniczenie obywateli w sprawach publicznych, wycofywanie się w prywatność, emigracja wewnętrzna. Procesy te są groźne dla każdego państwa, a szczególnie dla takiego jak Polska, gdzie racją stanu powinno być maksymalne uwolnienie potencjału społecznego i sił twórczych, jakie ma naród. 
 
Wystąpienie na konferencji Jednomandatowe okręgi wyborcze szansą dla Polski, Łódź, 16 czerwca 2007
Jerzy Przystawa

 

Wyświetlony 6190 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.