poniedziałek, 17 maj 2010 18:04

Wielość bez jedności

Napisane przez

Jakiś czas temu pisałem już na tych łamach o rozłamie społecznym narodu (Pęknięty naród, "Opcja na Prawo" nr 1/2003), posługując się spostrzeżeniem Stefana Kisielewskiego z lat siedemdziesiątych. Pęknięcie to ujawniło się w pełni w latach dziewięćdziesiątych. Jednak tamto pęknięcie zmieniło swój charakter, toteż warto przyjrzeć się sprawie ponownie, odnotowując wszelkie zmiany.
Wówczas, mimo owego podziału na dwa narody, istniała speech community - społeczność rozmawiająca. Jeden naród to był ten, który odwoływał się do tradycji i podstawowych norm etycznych i moralnych, drugi obojętny był na przeszłość i zapatrzony jedynie w przyszłość, mający na względzie przede wszystkim swoje egoistyczne interesy. Mimo wszystko istniał wspólny dla wszystkich język i wspólny dla wszystkich kod kulturowy. Oczywiście, całość nie była jednolita, gdyż w rozmaitych grupach społecznych używano rozmaitych dialektów i żargonów w komunikacji społecznej, jednakże te dwa symboliczne narody potrafiły się porozumieć, gdyż oba przestrzegały, jeśli nie w czynie, to przynajmniej w teorii (acz często dosyć zamglonej) podstawowych kategorii funkcjonowania łączących oba odłamy.

 

Każdy mówi sobie i o sobie

Od tego czasu podział pogłębił się i nastąpiło bardzo zaawansowane zróżnicowanie. Poczucie jedności narodowej czy społecznej (niezależnie od tego, jak chcemy ją nazwać) w znacznym stopniu zmierzchło i jest jedynie formalnie tylko funkcjonującą teorią tracącą praktyczne znaczenie. Wspomniana speech community rozpadła się na wiele odrębnych wspólnot, niewiele mających ze sobą wspólnego. Nie ma już jednej wspólnoty. Zastąpiła ją wielość speech communities ? wspólnot lokalnych, społecznych, ideowych i jakich tam jeszcze, z których każda woli rozmawiać w swoim gronie o własnych sprawach i nie kwapi się do rozmowy z innymi o sprawach wspólnych, które istnieją, ale są pomijane, jako mało interesujące większość owych wspólnot lokalnych.
Stało się tak dlatego, ponieważ przestał istnieć wspólny język, czyli po społu przestrzegany kod kulturowy. Zamiast jednego, wspólnego, są obecnie odrębne speech styles ? style mówienia zależne od speech situation ? sytuacji mówienia, odrębne dla każdej z grup posługujących się owym własnym stylem mówienia i niechętnie zerkającym na odmienne wzory stylistyczne, oraz odmiennie rozpatrujące sytuacje mówienia, czyli sytuacje, które są interesujące dla jednej grupy, ale już nie dla innych. W licznych przypadkach próby porozumiewania się ponad podziałami na odrębne wspólnoty społeczne, okazują się chybione. Czasem przypomina to sytuację jakby Eskimos chciał porozumieć się z tubylcem z Polinezji: jeden mówi o sytuacji życia wśród śniegu i mrozu, drugi o nieurodzaju palm kokosowych. Innymi słowy znacznie skurczyła się sfera zainteresowań wspólnych.
Znaczenie własnych spraw dominujących na co dzień nad ogólnymi było zawsze. Jednakże istniał, mniej czy bardziej wyraźny, ale dostrzegalny zespół spraw wspólnych. Często demonstrował się tylko od święta albo w sytuacjach nadzwyczajnych, jednakże każdy był świadom jego istnienia. Być może i teraz nadal jest świadom jego istnienia, ale nie przywiązuje do niego szczególnej wagi. Jest to jest, ale specjalnie mnie nie obchodzi.
Kiedy więc została podważona koherencja rozmaitych wypowiedzi, coraz trudniej nawzajem się ludziom porozumieć, bo zwyczajnie mówią odmiennymi językami. Język jest niby lingwistycznie ten sam, jednakże nie są te same znaczenia słów, zwrotów i sensów wypowiedzi, a jakoś nie widać chętnych do roli tłumaczy.

Społeczność obywatelska

Pierwsze podejrzenie, jakie nasuwa się przy próbach wyjaśnienia tej sytuacji, to suflowanie przez elity konieczności stawki na samorządność i uformowania społeczności obywatelskiej. Wezwania te jednak zrozumiane zostały błędnie albo prostacko, albo w ogóle niezrozumiane.
Naturalnie, samorządność z definicji koncentruje się na sprawach lokalnych, interesujących na co dzień społeczność lokalną, w sprawach tych pozostawiającą na boku sprawy ogólne. Lecz samorządność przez wielu jest pojmowana jako postawa w rodzaju: my tu się sami rządzimy, bo wiemy lepiej, co nam w naszym zakątku potrzeba i wobec tego niepotrzebne nam jest jakiekolwiek wtrącanie się innych do nas, a szczególnie krajowych władz. Samorząd to znaczy, że sami się rządzimy i wara obcym od naszych spraw. Zastanawiające, że mało kto zwraca uwagę na fałszywość takiego rozumienia samorządności. Ludzie nie muszą być wyćwiczeni intelektualnie i należycie pojmować rozmaite terminy. Jeśli jednak sprawy ogranicza się do samych haseł, pozostawiając samotnie ich odbiorców, to jeśli nie ma stosownych wyjaśnień, wówczas, przy ich braku, ludzie interpretują je po swojemu i są przekonani, że mają rację w swoich opiniach na ich temat. Kierują się przeto swoją własną wiedzą potoczną i własne zamierzenia realizują według niej.
Pojęcie społeczności obywatelskiej jest podobnie odbierane, jak samorządności, bo spokrewnione z nią. Więc zaczęli brać w swoje ręce odpowiedzialność za swoje sprawy jako społeczeństwo obywatelskie, zapominając, że być obywatelem to nie tylko troszczyć się o sprawy bliskie sobie, lecz widzieć dalej niż koniec własnego nosa, czyli troszczyć się też o sprawy generalne, dotyczące dobra wspólnego. Znów zabrakło wyjaśnienia i przełożenia słusznego w założeniu hasła na roztropną praktykę.
Rezultatem zaniedbań jednych, a nierozpoznania istoty pojęć przez innych, stał się wskazany podział czy raczej rozbicie społeczeństwa i narodu na bezlik wspólnot realizujących swoje zamierzenia, bez oglądania się na inne i niepotrafiących znaleźć z tymi innymi wspólnego języka, albo niechcącymi znaleźć z owymi innymi wspólnego języka, by jednak powrócić do wspomnianej speech community. Czy to zadowolenie ze stania się niezależną i samorządną wspólnotą lokalną (geograficznie, zawodowo czy w jakiś inny sposób), czy zatracona została już umiejętność wspólnego rozmawiania z innymi i rozumienia spraw także w kontekście całości.
Od czasu do czasu wybuchają protesty, strajki i demonstracje nie tylko w obronie spraw własnej grupy, co byłoby zrozumiałe, lecz w ledwie zamaskowanym tle bywa to domaganie się praw specjalnych dla własnej grupy. Przykładem może być demonstracja górników sprzed kilku lat, która zamieniła się w ?bitwę warszawską?, kiedy to walczono ?o swoje? z pieniędzy całego społeczeństwa. W tej kategorii mieści się także strajk lekarzy, też walczących o swoje kosztem pacjentów. Czy rolnicze blokady dróg, kosztem reszty narodu, przy narażeniu podróżnych. Albo protesty ekologów w obronie żabek i ptaszków, skierowane w istocie przeciw ludziom (to znaczy ułatwienia im komunikacji, budowy własnych domów, kanalizacji, itd., czyli ułatwienia im życia). Wreszcie protesty mieszkańców rozmaitych miast, dzielnic, gmin, przeciwko przeprowadzeniu w pobliżu ich miejsc zamieszkania dróg, metra, tramwaju, czegokolwiek; protestów mających na względzie wygodę własnej grupy lokalnej z niekorzyścią dla dobra ogólnego.
A przecież zarówno samorządność, jak i społeczeństwo obywatelskie zostały wymyślone po to, by ogół nie musiał się troszczyć o sprawy lokalne, które powinny być załatwiane lokalnie, bez obarczania nimi wszystkich obywateli. W rezultacie bardzo często dochodziło do dewiacji tych pojęć. Są wspólnoty lokalne, które mimo tego, że zajmują się przede wszystkim zagadnieniami sobie najbliższymi, jednocześnie wypowiadają się o sprawach ogólnych, powodowane troską o całość. Jednakże stają się one ewenementami, a nie regułą.
Proszę przyjrzeć się filmom amerykańskim, jakie na nich widać społeczeństwo obywatelskie. W odpowiedniej sytuacji zwołuje się samorzutnie grupa obywateli, dołączają do nich równie samorzutnie inni i w poczuciu odpowiedzialności wspomagają jak mogą odpowiednie instytucje. U nas w takich sytuacjach nieliczna grupa próbuje coś robić, inni siedzą cicho i nic ich to nie obchodzi. Chyba że jest to jakiś protest czy demonstracja. A, wówczas wylegają masowo i chętnie.

Hulaj dusza

Wydaje się, że na takie pojmowanie samorządności i społeczności obywatelskiej wpływ miał przewrót ustrojowy, pojmowany w rozpatrywanych zagadnieniach powierzchownie, bez należytego zrozumienia rzeczywistej idei obu pojęć. Zmiany odczytano jak zezwolenie, a nawet zachęcenie nie tylko do tego, by samemu zajmować się obszarami sobie bliskimi, lecz i zwolnienie od troski o całość państwa, społeczeństwa i narodu.
To właśnie przyczyniło się do zdecydowanego rozbicia funkcjonującej jeszcze wspólnoty, mimo sygnalizowanego wcześniej rozłamu. Mimo dostrzeżenia istnienia dwóch narodów w obrębie jednego, były jednak elementy je łączące. Później tych ?narodów? robiło się wiele. Wspólnota szybko rozpadła się na wiele wspólnot lokalnych, tracących ze sobą łączność. Każda z nich działa jedynie w swoim własnym obrębie. Naturalnie, jak każda generalizacja, tak i w tym przypadku jest to rysunek nieco przesadny, wykonany grubą kreską, jednakże takie tendencje wyraźnie się rysują.
Można zasadnie mniemać, że jest to wynikiem nagłego poczucia swobody. Swobody tak daleko posuniętej, że sąsiadującej z anarchią, a nawet przenikającej się z nią. Było to więc miotanie się od ściany do ściany. Od kompletnego zniewolenia przez państwo do totalnej wolności niczym niekorygowanej. Może to był zresztą naturalny odruch w tamtej sytuacji. To, co było dotychczas tłumione, nagle wykipiało z garnka. Jednak nie wzięto pod uwagę, że wolność to nie tylko swoboda, co komu zechce się i zamarzy, ale także poczucie odpowiedzialności nie tylko za to, co pod nosem, ale za całość: państwo i społeczeństwo.
Ograniczenia są przecież wszędzie. Ot, chociażby ruch uliczny, w którym obowiązują przepisy, nakazy i zakazy, sygnalizacja świetlna czerwona, żółta i zielona, a za przekroczenie pewnych reguł jesteśmy karani mandatami. A przecież ruch uliczny to obszar sprawy wspólnej, na którym obowiązują zasady jej przestrzegania, hamujące wolność bezwzględną zarówno indywiduów, jak i wspólnot lokalnych, jak można je nazwać: wspólnoty pieszych, wspólnoty kierowców, wspólnoty rowerzystów.
(?)
Marek Arpad Kowalski

 

Wyświetlony 3062 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.