poniedziałek, 17 maj 2010 18:05

Wielki filozoficzny szwindel

Napisał

Czy można zarobić na rewolucji? Bez wątpienia. Hasło"rabuj zrabowane" sprawia, że awans społeczny trwa zaledwie tyle, ile czasu potrzebuje hołota, aby wbiec na komnaty Wersalu. Jeśli nie jest się z urodzenia ascetą, jak Stalin czy Gomułka, przed człowiekiem stoją nieograniczone możliwości gromadzenia i konsumpcji dóbr. Wystarczy spojrzeć na afrykańskich satrapów, którzy sprytnie korzystając z mody na antykolonializm i deklamując miłe zachodnim intelektualistom hasła sprawiedliwości społecznej, obłowili się niczym Hunowie, przy okazji doprowadzając swoje narody do nędzy, upodlenia i wzajemnej rzezi. Niezgorzej powodziło się europejskim utrwalaczom rewolucyjnie zdobytej władzy ludowej, takim jak Honecker, Żiżkow czy Ceaucescu, którzy nawet nie wysilali się na ideologiczne uzasadnienia owej "dialektycznej sprzeczności", jaką było powstanie klasy posiadaczy w społeczeństwie teoretycznie bezklasowym. Brali, co było pod ręką, jak wyzwoleńcza Armia Czerwona.

 

Do dziś zresztą istnieje spora grupa spryciarzy żyjących sobie całkiem miło i dostatnio dzięki realizowaniu ?permanentnej rewolucji? i wcielaniu w życie hasła ?socjalizm albo śmierć?. Oczywiście, oni sami za socjalizm nie tylko nie umarliby, ale zapewne nie byliby skłonni poświęcić w jego obronie nawet porannego cygara. Od czego jednak mają masy, które zawsze można rzucić na pożarcie pięknej idei. Kim Dzong Il, Castro czy Chávez mają głowy na karku i intuicyjnie wyczuwają rewolucyjną koniunkturę. Majątek Castro szacowany jest na jakieś 900 milionów dolarów, a więc niemal dwa razy tyle, ile wynosi majątek królowej angielskiej, co dobitnie wskazuje na wyższość socjalizmu nad zdegenerowaną i niedochodową arystokracją. Castro i spółka doskonale rozumieją przy tym, na czym polegają mechanizmy rynkowe i jak obniża się koszty pracy. Nie tylko udało im się skutecznie cofnąć swoje kraje z epoki kapitalizmu w feudalizm, ale na dodatek, dzięki temu sprzedają za ciężkie pieniądze swoje idee, wizerunki i symbole całej masie naiwniaków, od uniwersyteckich profesorów, przez egzaltowanych studentów aż po bezrobotnych imigrantów. W przeciwieństwie do Marksa, który był typowym teoretykiem ? gryzipiórkiem o dwóch lewych rękach ? ci są praktykami i umieją kręcić rewolucyjnym biznesem.

Zauważmy zresztą, że aby rewolucja przynosiła zyski, w gruncie rzeczy w ogóle nie trzeba jej rozpętywać. To zbyt kosztowne, pracochłonne, uciążliwe, a zresztą nie zawsze się udaje. Dlatego zamiast ją wzniecać, wystarczy o niej gadać. Wystarczy, jeśli będziemy odgrywać buntowników, umiejętnie się promować, a niechybnie masa ludzi, którzy nie chcą być tacy jak inni, będzie chciała być takimi, jak my. Bunt jest takim samym towarem, jak inne, i istnieje nań stałe zapotrzebowanie, zwłaszcza w tak dostatnich i swawolnych czasach, jak nasze. Nonkonformizm stał się dziś tak powszechną modą, że mamy wokoło całe stada nonkonformistów, gotowych zapłacić każdą cenę za możliwość obcowania z rewolucyjnym guru i jego dziełami, w poczuciu, że robią coś wyjątkowego i ekstremalnego. Zabawa w rewolucję ? oto typowa mieszczańska rozrywka, doskonale opisana przez Stanisława Staszewskiego, który miał okazję obserwować ją na żywo na ulicach Paryża w latach 60.:
O jak klawo, o jaka draka
Można śmiać się, można i płakać
Wnet zapomnieć na dupie krosty
Zamiast krzywych nogi mieć proste
Przeliczne podniety i nowe wciąż gadgety
Kat, ofiara, Che Guevara?
U Marianny książeczki Mao
Sierp i młotek, trójząb ze strzałą
Dzieł batiuszki półeczka spora
Notatniki agitatora
A w lektur swych przerwach już wie jak się rozerwać
Tam pomyka gdzie zgiełk barykad?
Zresztą ? aby być sprawiedliwym ? tego rodzaju naiwna fascynacja buntem nie jest wymysłem naszych czasów. Pod koniec XIX stulecia młodzi kontestatorzy, pragnąc wyróżnić się z szarego wiktoriańskiego tłumu, kopiowali zblazowanych dandysów, w wyniku czego kawiarnie zaroiły się kopiami Oscara Wilde?a czy diuka Esseintesa. W latach 50. XX w. doskonale sprzedawał się James Dean, jako ?buntownik bez powodu?. Tysiące młodych nonkonformistów wyłuskiwało z kieszeni ostatnie centy, byle tylko mieć takie jak on okulary, fryzurę i kurtkę. Potem ich następcy chcieli ? oczywiście w ramach protestu przeciw urawniłowce ? wyglądać, jak Elvis, jak Beatlesi, jak Rolling Stonesi. Gromadnie zapuszczali włosy, nosili wdzianka haftowane w hinduskie wzory, palili ziele i protestowali przeciw wojnie, taplając się w błocie Woodstock i przepuszczając kieszonkowe na grafomańskie wypociny rozmaitych proroków, którzy dzięki opowiadaniu bajek o ogólnoludzkim braterstwie stawiali sobie bizantyńskie pałacyki w Beverly Hills. Sprzedawcy płyt, buddyjskiej cepelii i ezoterycznej literatury, handlarze narkotyków i przywódcy sekt pomnażali swoje majątki, podsuwając pod nosy milionom klientów towar z napisem ?tylko dla wyjątkowych?. I wszyscy byli zadowoleni, o co zresztą chodziło od początku.
Spektakularnym przykładem tego rodzaju biznesu był wykreowany w latach 70. przez genialnego sprzedawcę Malcolma McLarena zespół Sex Pistols i związana z nim moda na punk-rock. Zaplanowany od początku do końca bunt, który wyglądał na autentyczny młodzieżowy zryw, przyniósł McLarenowi i jemu podobnym krocie przy minimalnym wkładzie własnym. Wystarczyło muzykę, graną już od lat przez zespoły w rodzaju The Ramones, New York Dolls czy The Stooges, doprawić politycznym i obyczajowym skandalem, kontrolowaną agresją i wypracowaną niechlujnością, aby nagle tysiące młodych nonkonformistów poczuło, że chce kontestować w takiej właśnie formie i sięgnęło po gotówkę. A tę było na co wydawać, gdyż buntowniczy wygląd ma swoją cenę. I podobnie, jak wcześniej hippisi, tak też punki i kolejne subkultury okazały się idealną i wierną klientelą, której można było wcisnąć dowolny towar, o ile miał gwarancję wyjątkowości i dawał wstęp na salony outsiderów. Dzięki temu sieci butików z wymyślnymi gadżetami prosperowały w najlepsze, masowo sprzedając to, co miało ludzi odróżniać od reszty (a swoją drogą, na tle zachodnich punków, kupujących za ciężkie pieniądze firmowe skóry, glany i znaczki kapel, nasze rodzime punki w wojskowych butach i milicyjnym moro wyglądały dużo bardziej autentycznie).
Oczywiście, spoglądając na podawane tu przykłady można wzruszyć ramionami i stwierdzić: cóż w tym dziwnego ? tak właśnie działa rynek młodzieżowy. Kreuje mody i idoli, tworzy zapotrzebowanie na taki czy inny towar, a następnie wciska to wszystko młodzieży, która w okresie dojrzewania na gwałt potrzebuje identyfikacji z jakąś grupą, najlepiej ?kontestującą?. Uwaga słuszna, jednak nie chcę tu rozważać mechanizmów rządzących pop-kulturą, lecz zwrócić uwagę na to, że niemal identyczne funkcjonują tam, gdzie raczej byśmy się ich nie spodziewali, a więc w sferze idei i ich twórców.
Choć stwierdzenie, że istnieją mody intelektualne, nie jest niczym odkrywczym i większość się z nim zgodzi, jednak zazwyczaj każdy gorąco zaprzeczy temu, że im ulega. Mogłoby się zatem wydawać, że, co prawda, mody są, ale żaden myślący człowiek nie jest na nie podatny i mamy wokół siebie same okazy intelektualnej niezależności. Byłby to z pewnością budujący, lecz zupełnie fałszywy obraz, gdyż w sferze idei, tak jak w sferze muzyki czy kinematografii, napotykamy niemal identyczne zachowania, polegające zazwyczaj na stadnym reagowaniu na to, co aktualnie jest trendy. A trendy zazwyczaj jest to, co nosi pozory buntu i kontestacji.
Jeśli pozbędziemy się uprzedzeń, niepozwalających przeprowadzać analogii miedzy kulturą ?wysoką? a ?niską?, bez trudu dostrzeżemy zbieżności między rynkiem pop-kultury a rynkiem idei. Tu i tam mamy gwiazdy, których każde słowo przyjmowane jest z nabożną czcią, mamy wiernych fanów, gotowych kupić każdy wytwór idola, niezależnie od wartości, mamy stadne rytuały, utrwalające ich uczestników w przekonaniu, że są ?na czasie? i należą do ludzi ?na poziomie? (dziś ?tego się słucha?, ?to się czyta?, ?to się cytuje?). Można dostrzec również specyficzne zjawisko, znane doskonale handlowcom, polegające na lansowaniu pewnych towarów jako ?niszowych?, przeznaczonych dla wybranych, dla ?znawców? ? a więc, w domyśle: dla tych bardziej wyrafinowanych, bardziej bystrych, nie zaś na użytek masowy. W ten sposób, wykorzystując pospolity snobizm, można dowolny produkt, również masowy, sprzedać jako wyjątkowy i masowość kontestujący. Doskonałym przykładem są tu książki Paolo Coehlo czy filmy Almodovara, pod względem formy i treści nieodbiegające od typowego produktu powielanego w milionach egzemplarzy, które jednak udaje się sprzedać jako towar z górnej półki dzięki dodaniu, w pierwszym wypadku, odrobiny ezoteryki i pseudofilozoficznych dywagacji, w drugim zaś ? posmaku skandalu obyczajowego. Działa tu ten sam mechanizm, który wykorzystuje się w supermarketach, przyklejając na dowolny towar nalepkę ?promocja? i sprzedając go po niezmienionej, a nawet zawyżonej cenie. Żerowanie na snobizmie jest skuteczną taktyką, ważne jest tylko, aby umiejętnie dozować ekstremalne przyprawy, dzięki którym towar masowy sprzeda się jako niszowy, albowiem klient sięgający po Coehlo czy Almodovara w przekonaniu, że dzięki temu lokuje się wyżej w hierarchii niż czytelnicy harlequinów i widzowie seriali, raczej nie będzie w stanie zdzierżyć pisarstwa Claude?a Simona czy projekcji Zeszłego roku w Marienbadzie. Ale i to ostatecznie nie jest problemem, gdyż zawsze znajdą się miłośnicy sportów ekstremalnych, którzy wyłożą większą gotówkę za możliwość delektowania się muzyką Henry Cow, literaturą spod znaku nouveau roman czy niezależnym kinem wietnamskim. Niszowość jest w modzie, a twórczość ?niekomercyjna? sprzedaje się jak najlepiej.
Jak powiedziałem ? bunt jest towarem i jest nań spory popyt. A przy tym, co ciekawe, największym powodzeniem na rynku cieszy się bunt przeciw rynkowi właśnie. Oto paradoks, którego nie przewidzieli klasycy materializmu dialektycznego: rewolucyjna ideologia kontestująca wolny rynek i kapitalizm, stała się towarem, który dzięki temu właśnie rynkowi i w ramach systemu kapitalistycznego ma jedyną szansę na zaistnienie i upowszechnianie się. I wcale nie chodzi tu o ów sznur, który kapitaliści sprzedają komunistom, aby następnie na nim zawisnąć: cała zabawa polega na tym, aby gonić króliczka, a nie go złapać. Walka z systemem jest możliwa i opłacalna tylko w ramach tegoż systemu i tylko wówczas, kiedy ma się on w miarę dobrze. Dlatego radykalizm ma swoje rozsądne granice i aby przetrwać, musi dbać o system, z którym walczy. Zresztą jest to szersze zjawisko: wszelka kontrkultura, również o antyliberalnym, antyindywidualistycznym i kolektywistycznym charakterze, może funkcjonować tylko w ramach kultury liberalnej, indywidualistycznej i wolnorynkowej. W systemie totalitarnym ? czy to ideologicznym, czy religijnym ? jest dławiona w zarodku, czego przykładem może być ZSRR, Kuba czy państwa islamskie. Geniusz wspomnianego McLarena polegał na tym, że mniej więcej to zrozumiał i w pełni wykorzystał (miał zresztą dość poczucia humoru, aby nazwać to wszystko wprost Wielkim rock?n?rollowym szwindlem). Promował wymyśloną przez siebie grupę jako autentycznych buntowników walczących z mieszczaństwem i kapitalizmem, maksymalnie wykorzystując możliwości, jakie daje kapitalizm i oferując to wszystko znudzonym mieszczańskim synom i córkom, bo tylko te dzieciaki miały pieniądze na ekstremalne rozrywki, gadżety i kultowe płyty. W ten sposób powstał doskonały obieg zamknięty: dobry mieszczanin i kapitalista sprzedawał młodym mieszczanom za ciężkie pieniądze antymieszczańską, rewolucyjną ideologię i proletariacką muzykę, dzięki której mogli się oni na chwilę poczuć kimś innym, zapewnić sobie dopływ adrenaliny i podwyższoną samoocenę, pozwalającą nadal dzielnie pracować na kolejny moment wyzwolenia. Zjawisko to, lepiej niż klęska sowieckich eksperymentów ustrojowych, pokazuje, że przed rynkiem nie ma ucieczki. Nawet walka z nim, dokonuje się na jego warunkach.
Buntownicze idee sprzedają się tak samo dobrze, jak buntownicza muzyka. Różnica polega jedynie na środkach wyrazu i grupie odbiorców towaru. Poza tym, i tu, i tam liczy się dobry, kontestatorski image, maska nonkonformisty, lekka aura skandalu, dobrze zaplanowane prowokacje, szczypta ezoteryki i można spokojnie patrzeć, jak na wyciągu z konta pojawiają się kolejne zera. Ważne jest przy tym, aby być w miarę dobrym rzemieślnikiem i umiejętnie odgrywać rolę osoby zaangażowanej i bezkompromisowej. Sex Pistols byli bardzo sprawnymi muzykami, inteligentnie łączącymi klasyczne rockowe granie z ideologią pokoleniowej rewolty. Bunt intelektualny, jeśli ma przynieść zysk i popularność, również musi być robiony przez fachowców.
Rzecz jasna na rynku idei handel buntem nie przybiera tak spektakularnych form, jak w świecie pop-kultury, dochody również nie są tu tak oszałamiające, nie znaczy to jednak, że interesy kończą się klapą. Zupełnie nieźle sprzedaje się niemal już od wieku myśl Fryderyka Nietzschego, pod którą chętnie podczepiają się rozmaite kontestatorskie nurty, co pozwala zarobić jego egzegetom. W latach 30. wśród narodowych socjalistów popularna była wykładnia Alfreda Rosenberga, w latach 60. wśród socjalistów internacjonalistycznych wypadało posiłkować się wersją Heideggera, a później Deleuze?a. W każdym razie bunt na modłę nietzscheańską jest trendy, choć sam jego protoplasta ? podobnie jak inni ?galernicy wrażliwości? w rodzaju Kierkegaarda ? nie miał, niestety, okazji czerpać z niego zysków.
Innym modnym i dochodowym nurtem jest psychoanaliza, która od początku okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko miała właściwy potencjał kontestatorski, operowała tajemniczym językiem, sięgała obficie do sfery seksualności, podnoszącej atrakcyjność towaru, lecz na dodatek, z metodologicznego punktu widzenia, była nieobalalna i dało się ją zastosować właściwie do wszystkiego. Psychoanalityczne produkty sprzedawały się więc jak świeże bułeczki, reklama środowiskowa funkcjonowała doskonale, a prawdziwe kokosy robili ci, którym udawała się sprzedaż wiązana psychoanalizy, nietzscheanizmu i marksizmu. Rewolucja seksualna, rewolucja moralna i rewolucja proletariacka w jednym opakowaniu. Słowem: super-promocja. W pewnym okresie koniunktura na takie potrawki była nadzwyczajna i jeśli ktoś miał nieco talentu i sprytu, mógł produkować według sprawdzonego schematu kolejne tomy piętnujące kapitalistyczne i odhumanizowane społeczeństwo rynkowe. Można by rzec, że w pewnych kręgach intelektualnych niczego nie konsumowano tak obficie, jak literaturę krytykującą konsumpcyjny styl życia. Zresztą trwająca po dziś dzień popularność książeczek Fromma, będących kompilacją banałów przedstawionych w psychoanalitycznym żargonie i utyskiwania na rzeczywistość, świadczy o tym, że rynek ciągle jest chłonny. Kto wie, czy w czasach, kiedy sporo ludzi traktuje poważnie bajki opowiadane przez scjentologów, nie dałoby się nawet reaktywować radosnych koncepcji Wilhelma Reicha, który nie tylko był bardzo zbuntowany, ale również wynalazł sposób na zamianę energii kosmicznej w seksualną.

 

(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 3176 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.