poniedziałek, 17 maj 2010 18:14

Polskie tropy w Ameryce (7) Niedole polskiej emigracji popowstańczej

Napisane przez

Liczbę Polaków, którzy mieli przybić do amerykańskiego brzegu w pierwszych dekadach XIX stulecia, tutejsza statystyka szacuje raptem na 21, co wydaje się dalekie od prawdy i podejrzanie zaniżone. Po roku 1831 sytuacja gwałtownie się zmieni w wyniku dramatycznego napływu emigrantów politycznych, oficerów i żołnierzy przegranego powstania listopadowego, uciekających przed rosyjskimi represjami, a nie znajdujących wtedy oczekiwanej pomocy ze strony rządów zachodnich.

Nie chcąc narażać się Rosji, wolały one, gestem Piłata, wygodnie umyć ręce. Bardzo wymownym przypadkiem okaże się los 234 internowanych Polaków, początkowo więzionych na Morawach, ostatecznie wysłanych przez Austriaków dwoma fregatami, zimą 1834 r., z Triestu do Nowego Jorku, a ich dalsze smutne perypetie miały rozwiać w niemałym stopniu nadzieje i oczekiwania, jakie wcześniej nasza polityczna emigracja wiązała z Ameryką. Tym niemniej, z początkiem XIX wieku Stany Zjednoczone pozostawały głównym kierunkiem, w jakim podążali Polacy uwikłani w polityczne konflikty. Statystyka amerykańska dziwnie milczy np. na temat 112 polskich rebeliantów, b. legionistow z Santo Domingo, którzy w tym czasie wylądowali w Charleston, w drodze do Nowego Orleanu, podobnie jak i o drugiej formacji, która zbiegła z Haiti na Florydę. Dociekliwi informują o jeszcze innej, paradoksalnej drodze Polaków do Stanów, odysei naszych oddziałów (w liczbie pół tysiąca), wziętych do niewoli przez Anglików w trakcie wojen napoleońskich w Hiszpanii, których następnie użyto przeciwko Amerykanom, w wojnie 1812-1814 r. Podobno wielu z nich zdezerterowało i osiedliło się ostatecznie w Dakocie. Ileż takich epizodów, na ogół mało znanych bądź celowo przemilczanych, kryją minione karty naszej nieodwzajemnionej miłości do ojczyzny Jeffersona i Lincolna!

Kapitał starych sympatii

Kiedy zimą 1831 r. do Ameryki dotarły wieści o listopadowym zrywie powstańczym Polaków przeciwko Rosji, reakcja prasy oraz politycznych środowisk na nowym kontynencie była jednoznacznie im życzliwa, a często wzruszająco chętna i zawsze praktyczna. To zrozumiałe, bo wówczas nie trzeba było jeszcze przypominać, jak wiele dla Ameryki dokonali dwaj nasi wojskowi Kościuszko i Pułaski, którzy wsparli w najtrudniejszej chwili wysiłki tutejszej rewolucji. Przypomina o tym choćby fakt, że w Paryżu to nie kto inny, jak gen. La Fayette brał udział w tworzeniu komitetu pomocy polskim powstańcom, podobnie jak znany pisarz James Fenimore Cooper, przyjaciel Mickiewicza. Prestiżowy ?New York Herald? jako pierwszy zainicjował na ten cel zbiórkę pieniężna, podobnie postąpili zresztą kadeci w West Point, którzy spontanicznie zorganizowali składkę w imię pamięci Kościuszki. W Bostonie ufundowano dwa sztandary powstańcze na znak solidarności, choć nie zostały one walczącym Polakom doręczone. Natomiast zdarzały się indywidualne przypadki wyruszania ochotników do Europy dla wsparcia powstania Polaków, w gronie tym wymienia się np. dr. Paula F. Eve, chirurga, który wraz z grupą francuskich lekarzy pojechał, chcąc być pomocny, na ziemie polskie.
Kiedy jednak Rosjanie zdobyli Warszawę i powstanie w istocie upadło, główną troską stało się ratowanie jego uczestników przed katorgą i zbyt dobrze znanymi, carskimi represjami. Tysiące kombatantów wyruszyły przez Prusy i Saksonię na zachód, aby szybko przekonać się, że za granicą wiele pomocy nie znajdą, choć doświadczali po drodze wielu dowodów sympatii ze strony ludności tak niemieckiej, jak i francuskiej. Rosło przekonanie, że Ameryka wyciągnie braterską dłoń i nie zawiedzie. Odbijał to ton opublikowanej wówczas we Francji odezwy: Porzućmy Europę, bezlitosnego świadka naszej walki i naszej rozpaczy. Ameryka jest jedynym krajem, gdzie warto szukać azylu dla ludzi, którzy poświęcili wszystko dla sprawy wolności. Tam Polska będzie zachowana jako świętość w naszych sercach, a niebo może błogosławić naszym poświęceniom. Były to wszakże szlachetne złudzenia. Już niebawem miano przekonać się, że pierwsze gesty i charytatywne akcje stanowią wsparcie tylko na krótką metę, rzeczywistość zaś, jaka czekała uchodźców, była nie do pozazdroszczenia.
Iluzje wszakże trwały, bo w połowie 1832 r. Komitet Polski w Paryżu, z Joachimem Lelewelem na czele, wystosował dramatyczny memoriał do prezydenta Stanów Zjednoczonych, którym był wtedy Andrew Jackson ? apelowano o pilną pomoc w przetransportowaniu przez Atlantyk 3-4 tysięcy polskich oficerów i żołnierzy, a także umożliwienie im nowego życiowego startu na amerykańskim kontynencie. List zaoferował się zabrać do Stanów dr S.G. Howe, który należał do grona ochotników świadczących pomoc powstańcom w Królestwie Polskim. Czyżby nie doręczył on tego dokumentu adresatowi? Odpowiedź w każdym razie nigdy nie trafiła na ręce Lelewela, tak samo jak rząd Stanów Zjednoczonych nie podjął żadnych praktycznych kroków świadczących o woli udzielenia azylu większej grupie polskich emigrantów znajdujących się we Francji w położeniu godnym ubolewania. Tymczasem, nie czekając na zaproszenie, do Nowego Jorku, zaczęli przybywać coraz liczniej co bardziej przedsiębiorczy polityczni emigranci, po to wszakże, by zorientować się rychło, że ich wybór nie był wcale fortunny. Perypetie i doświadczenia polskich uchodźców zaczęły teraz trafiać na pierwsze strony amerykańskich gazet, przynosząc rozdzierające serce obrazy prawdziwej gehenny uchodźców, być może także ku przestrodze ich współbraci z Wielkiej Emigracji. ?New York Mirror? donosił w lutym 1832 r.: Polacy przybywają tu co dzień gromadami i ulice są pełne smutnych twarzy. Biedacy! Nędza dusi ich niemiłosiernie. Publiczna dobroczynność dla uchodźców została już dawno wyczerpana i najbardziej bohaterskie serca polskie, straciwszy wszystko prócz życia, w daremnej walce giną z głodu na ulicach.

Czara goryczy dla Polaków

W Nowym Jorku organizowano niezmożenie coraz to nowe, jednak tylko doraźne akcje pomocy, zbiorki i dobroczynne inicjatywy. Tak, zdarzały się wzruszające akty darowizny, często ze strony anonimowych osób prywatnych, aktywne były też nowojorskie kościoły, instytucje i organizacje charytatywne. Do prasy trafiały krzepiące obrazki, jak ten w filadelfijskim kościele, gdzie dramatyczne przemówienie ks. Hughesa o tragedii Polaków silnie podziałało na parafian, którzy słuchając go wyciągali z portfela coraz to wyższe nominały, a kolekta okazała się ogromnym triumfem płomiennego oratora, przyjaciela Polaków. Wszystkie te gesty wrażliwych serc nie były w stanie zasadniczo zmienić sytuacji masy polskich emigrantów politycznych ani stworzyć im realnej perspektywy urządzenia się w Ameryce na przyszłość. Komitet powołany przez grupę oficerów i żołnierzy przybyłą z Triestu na pokładach ?Hebe? i ?Guerriera?, zdobył się na memoriał skierowany do Kongresu Stanów Zjednoczonych, gdzie został zaprezentowany przez przyjaznego im nowojorskiego kongresmana C.C. Cambrelenga w kwietniu 1834 r. Chodziło o przyznanie Polakom standardowych działek publicznych gruntów, w celu dania im szansy osiedlenia się w określonym miejscu i założenia tam polskiej osady.
Oczekiwania nie były wygórowane, i wszystko początkowo wskazywało na to, że petycja Polaków ma szanse powodzenia. Istotnie, w czerwcu 1834 r. Kongres przegłosował ?bill powstańczy?, a prezydent Andrew Jackson złożył podpis pod dokumentem zatytułowanym ?Prawo nadające grunta niektórym wygnańcom z Polski?. Jednak obietnica bez gwarancji jej realizacji stać się może gorszym ciosem od uczciwej odmowy wprost. Niestety, ten właśnie scenariusz miał się stać udziałem polskich emigrantów.
Ustawa przyznawała Ludwikowi Bonczakiewiczowi i jego towarzyszom w liczbie 234, wygnańcom z Polski, przewiezionym do Stanów Zjednoczonych na rozkaz cesarza Austrii, 36 sekcji gruntu (równych jednej mili kwadratowej, a zatem 640 akrom), które mają wybrać sobie pod nadzorem sekretarza skarbu z gruntów publicznych rozmierzonych już w stanie Illinois lub na terytorium Michigan (które wtedy obejmowało również dzisiejszy stan Wisconsin). Nie było to jednak nadanie bezpłatne, objęci ustawą polscy emigranci mieli zapłacić za każdy akr ziemi po $ 1,25 (nie od razu, ale w spłatach przez dalsze 10 lat), a nowo przybyli nie mieli ze sobą żadnych środków ani majątku.
Tymczasem dokument stwierdzał jednoznacznie, że bez uiszczenia wyznaczonej płatności tytuły własności nie zostaną im wydane, nie inaczej. Rok później senator Poindexter, chcąc pójść Polakom na rękę, wszczął proceduralne starania, aby wprowadzić zmiany prawne do ustawy, najpierw dać im pożyczkę, która uczynić by mogła, jak argumentował, z postanowienia Kongresu realny szlachetny dar, nie znalazł jednak gotowych go poprzeć polityków, węszących raczej w tej akcji podstęp, który mógłby tylko stworzyć precedens na przyszłość, otwierający drogę do spekulacji finansowych i korupcji przy nadawaniu gruntów. Nie to mieli na myśli Polacy, czekający rozpaczliwie na rozwiązanie, które pozwoliłoby się im osiedlić w jednym miejscu i rozpocząć w miarę normalne, w końcu jednak bardzo pracowite, życie. Sprawa wszakże nie wychodziła z senatu, gdzie spierano się pozornie o zasady, w rzeczywistości pogrążano tylko coraz bardziej zdesperowanych emigrantów. Przymuszeni nędzą i pobudzeni nadzieją poprawy ? czytamy u Mieczyslawa Haimana, tropiącego przyczyny niepowodzenia próby polskiego osadnictwa na terenie Illinois ? wygnańcy wybrali swoich pełnomocników w osobach barona Ludwika Chłopickiego oraz Jana Prechala, czekając na niezwłoczną z ich strony akcję. Zamiast tego zaczęły się swary na temat kompetencji wybranych i trafności ich wyboru, z jeszcze bardziej niefortunnymi próbami szukania arbitrażu u władz amerykańskich, które takim biegiem rzeczy zaczęły być najpierw najwyraźniej zgorszone, a potem poirytowane.
(?)
Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 2796 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.