niedziela, 30 maj 2010 11:21

Towarzystwo Ochrony Konfidentów

Napisane przez

Kiedy pasażer autobusu na prośbę o okazanie biletu odpowiada "niestety, nie mam", nie ma w tym nic dziwnego. Kiedy jednak upiera się, że być może ma bilet, ale go nie pokaże, sytuacja zaczyna być denerwująca, nie tylko dla kontrolera, ale również dla współpasażerów. Natomiast, kiedy stwierdza, że nie pokaże biletu, gdyż uwłacza to jego godności, samo zaś żądanie okazania biletu w podły sposób sugeruje obowiązek tłumaczenia się z tego, że nie jedzie się na gapę, zaczyna być śmiesznie. Jeśli ktoś tę komedię próbuje odgrywać przez dłuższy czas i na dodatek ze śmiertelną powagą, nawet śmiech zaczyna nużyć. Pozostaje tylko wysiąść z autobusu.

 

Toczący się od pewnego czasu spór o lustrację pod pewnym względem przypomina opisaną wyżej sytuację, jednak w istocie chodzi o coś dużo poważniejszego, niż tylko histeryczną niechęć do okazania biletu. Mamy bowiem do czynienia nie tylko z ostentacyjnym sprzeciwem wobec prawa, które z pewnych względów komuś się nie podoba, ale z próbą utajnienia informacji o tym, czy kariera osób mających istotny wpływ na życie publiczne nie miała związku ze świadczeniem usług tajnej policji totalitarnego państwa.

Życie społeczeństwa, życie narodu kształtowane jest na dwa sposoby: materialny i duchowy. Oba wymiary są istotne, jednak tym, co pozwala istnieć w sytuacji fizycznego zniewolenia i materialnego niedostatku, jest sfera ducha: tu kształtują się i utrwalają idee wpływające na nasze decyzje oraz umiejętność odróżniania dobra od zła. Moralność i wzorce zachowań nie są czymś, z czym się rodzimy: są kształtowane w trakcie debat politycznych, kulturowych, religijnych, których moderatorami są intelektualiści, uczeni, artyści, kapłani i od pewnego czasu w coraz większym stopniu dziennikarze. Wszyscy oni mają swoje poglądy i prawo wypowiadania ich, my zaś mamy prawo ich słuchać, dyskutować z nimi, przyjmować je bądź odrzucać. Mamy jednak również prawo pytać, zwłaszcza tych, którzy uważają się za predestynowanych do tego, aby mówić innym, jak powinni żyć i myśleć, jak oni sami żyją i żyli, jakie są i były ich prawdziwe poglądy, jakie podejmowali decyzje w trudnych sytuacjach.
W słynnej książce Intelektualiści Paul Johnson pokazał, że najgorszą cechą tej grupy społecznej jest notoryczny rozdźwięk między czynami a głoszonymi ideami. Rozdźwięk ów widoczny jest zapewne u wielu ludzi, jednak nigdzie nie razi tak, jak u tych, którzy pragną odgrywać rolę nauczycieli i sumień narodu, społeczeństwa, mas. Do grupy tej należą wspomniani już artyści, kapłani, uczeni i właśnie dziennikarze, którzy przy każdej okazji starają się wystawiać moralne cenzurki innym. Czas, by wystawili je samym sobie.
Sprzeciw środowisk dziennikarskich i akademickich wobec ujawnienia prawdy ma być, zdaniem jego autorów, sprzeciwem wobec złego prawa, rodzajem obywatelskiego nieposłuszeństwa. Być może, dla części tych środowisk rzeczywiście czymś takim jest, inni reagują stadnie bądź opierają swój wybór na niechęci wobec rządzącej opcji politycznej. W istocie nie ma to większego znaczenia, a wszystkie hasła i retoryka odwołująca się do Ghandiego i Thoreau to jedynie komedia odgrywana na użytek nie do końca zorientowanej w tym wszystkim publiczności. Cel bowiem, choć nie został sformułowany wprost, jest dość oczywisty: chronienie agentury. Spoglądając na antylustracyjny protest dziennikarzy, zwłaszcza tych z tzw. opozycyjną przeszłością, uderza naiwność czy wręcz nieroztropność wielu z nich, niedostrzegających, że są w tej grze jedynie pionkami, za których pomocą chroni się ważniejsze figury. W przeważającej mierze aktywnie protestujący przeciw oświadczeniom lustracyjnym dziennikarze (a także uczeni czy artyści), zostali po prostu ?wypuszczeni?, co, niestety, źle świadczy o ich kontakcie z rzeczywistością i umiejętnością oceny sytuacji. Nie chodzi tu bowiem o żadną obronę godności, sprzeciw wobec podłości i inne wzniosłe sprawy. Chodzi o całkiem doraźny interes, polegający na ochronie tych agentów wpływu, którzy jeszcze nie zostali ujawnieni, a których odkrycie mogłoby w oczach dużej części społeczeństwa pogrzebać nadzieje takich mediów, jak ?Gazeta Wyborcza?, ?Polityka?, ?Przekrój? czy TVN na dalsze dzierżenie ?rządu dusz?. Ich właściciele i szefowie doskonale zdają sobie sprawę z tego, co kiedyś sami robili i co robili niektórzy z ich obecnych współpracowników, felietonistów, komentatorów i moralistów. Wiedzą, że ujawnienie donosicieli w pierwszym szeregu czwartej władzy znacznie ograniczy jej możliwość pouczania ludzi o tym, co mają myśleć i kogo popierać. Nie chodzi tu więc o piękne ideały i obronę dziennikarskiej niezależności, lecz po prostu o władzę i pieniądze. Dlatego też uformowano front ?pożytecznych idiotów?, jak nazywał ich Lenin, którzy ? z głupoty bądź naiwności ? wspierają w walce z lustracją tych, którzy boją się jej z zupełnie innych, bardzo konkretnych powodów.
Oszczędźmy więc sobie dramatycznych komentarzy, egzaltowanych deklaracji i pompatycznych apeli. Mamy do czynienia z prostą grą interesów, gdzie po jednej stronie stoi prawda, po drugiej pieniądze i wpływy. Skoro dziennikarze wsiedli już do tego autobusu (przypominającego nieco ów pojazd z obrazów Linkego) niech wykażą się cywilną odwagą i pokażą bilety. Nikt nikogo nie zmusza do jazdy. Zawsze można pójść piechotą.

 

Redakcja

Wyświetlony 6508 razy

Więcej w tej kategorii: Świniowisko »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.