poniedziałek, 21 czerwiec 2010 16:39

Humanizm i zakorzeniona różnorodność

Napisane przez

Z historycznego punktu widzenia uważa się, że tytułowy ideał autentycznego humanizmu koncentruje się w cywilizacji Zachodu (choć pewne analogie można zauważyć, na przykład, w konfucjańskim etosie "szlachetnego uczonego").

 

Zajmuję się tu wszakże również motywem schyłku i dekadencji Zachodu. "Humanizm i zakorzeniona różnorodność" stanowi możliwe przeciwstawienie tym tendencjom, które wydają się opanowywać Zachód, podważając i osłabiając jednocześnie wiele pozytywnych stron tradycyjnych społeczeństw spoza zachodniego kręgu kulturowego, wzmacniając i uwydatniając wiele cech negatywnych (doprowadzając, na przykład, do skrajności uczucia religijne, etniczne i plemienne).

Warto byłoby zacząć od zwrócenia uwagi na pojawiające się, czasem pejoratywne, przeciwstawienie "humanizmu" lub "świeckiego humanizmu" "teizmowi". W moim rozumieniu, z pojęcia humanizmu nie wynika radykalny ateizm, antyklerykalizm czy areligijność. Zachowana przy tym zostaje pewna część znaczenia tego terminu, wiążąca się z łagodnym sceptycyzmem wobec niepodważalnych twierdzeń ścierających się ze sobą religii i wyznań. Uczony humanista z pewnością nigdy nie zdobyłby się na poparcie fali zażartego partykularyzmu, która doprowadziła, na przykład, do europejskiej wojny trzydziestoletniej. Z drugiej strony humanista zdaje sobie sprawę, że dzisiejsza późna nowoczesność Zachodu ma chyba najmniej w dziejach świata wspólnego z zagrożeniami "chrześcijańskiego" sekciarstwa. Humaniście w tradycji chrześcijańskiej bez trudu przychodzi osobiste uczestnictwo w publicznych obrzędach posłuszeństwa religii chrześcijańskiej (lub przynajmniej milczące na nie przyzwolenie), niezależnie od wyznawanej przez niego wiary (lub jej braku). Humanista w tradycji niechrześcijańskiej może zdobyć się na milczące przyzwolenie na tego rodzaju obrzędy, będące wszak częścią dziejów i tradycji kraju takiego, jak Ameryka czy wręcz wszystkie kraje zachodnie i europejskie. Jednocześnie fanatyczny rygoryzm "rozdziału Kościoła i państwa", narzucony Ameryce przez widzimisię sądów, każdego prawdziwego humanistę napełnia co najmniej niesmakiem. Próba usunięcia chrześcijaństwa z publicznej przestrzeni USA jest równie nienaturalna, co palenie heretyków na stosie w dawnych wiekach. Do religii chrześcijańskiej przyznaje się przytłaczająca większość Amerykanów i usiłowanie prowadzenia państwa, polityki i wykształcenia młodzieży tak, jakby chrześcijaństwa nie było ? i jakby nigdy nie istniało ? jest, łagodnie rzecz ujmując, przedsięwzięciem z góry skazanym na klęskę. Ujmując rzecz bardziej konkretnie, równa się to programowej bagatelizacji i anihilacji olbrzymiej części europejskiego, zachodniego i amerykańskiego dorobku, historii, polityki, sztuki, architektury i kultury. Ta fanatyczna napaść na religię chrześcijańską w Ameryce jest w gruncie rzeczy atakiem na politykę umiaru, modus vivendi i wzajemnej tolerancji, uznawanej przez niektórych za istotę prawdziwego umiarkowanego liberalizmu.
"Nauki humanistyczne" i "sztuki wyzwolone" uważa się często za dziedziny blisko ze sobą spokrewnione. Warto może zająć się etymologią drugiego z tych określeń. "Wyzwolone" zostaje tu przeciwstawione "zniewolonemu". "Sztuki wyzwolone" to nauki odpowiednie dla (prawdziwie) wolnych ludzi, którzy mogą dzięki nim w odpowiedzialny sposób korzystać z wolności, jako patriotyczni obywatele (i ewentualni prawodawcy) rei publicae. Dostarczają człowiekowi środków realizowania równości według definicji Arystotelesa, tzn. traktowania równych jak równych, a nierównych jak nierównych. Określenie "wyzwolone" wyraźnie sugeruje naukę i wpajanie charakteru, konieczność sensownego porządku hierarchii i pielęgnowanie patriotyzmu i cnót obywatelskich.
Mimo że studiowaniem sztuk wyzwolonych teoretycznie może zajmować się każdy, na drodze takiego przedsięwzięcia staje wiele różnorodnych przeszkód. Po pierwsze, wielu ludzi jest z temperamentu lub osobowości o wiele lepiej przysposobionych do tak zwanych sztuk zniewolonych lub mechanicznych studies (do których w późnej nowoczesności zalicza się szereg prestiżowych zawodów). Po drugie, wielu ludzi staje się „niewolnikami” wad charakteru lub predyspozycji, wskutek czego brak im determinacji i postawy potrzebnej do intensywnej nauki. Do tego dochodzi wreszcie kwestia wrodzonego braku inteligencji. Reakcją teoretyka "rei publicae" na zróżnicowanie cech wrodzonych jest zwyczajnie stwierdzenie, że "wszyscy" mogą zostać dobrymi, patriotycznymi obywatelami i osiągnąć przyzwoitość i cnotę najbardziej różnorodnymi drogami, z których tylko niewiele musi mieć cokolwiek wspólnego z nauką na poziomie uniwersyteckim.
Możliwe jest powiedzenie, że społeczeństwa europejskie i wywodzące się z Europy stoją dziś przed największym w dziejach wyzwaniem. Trwa kryzys ekonomizmu, scjentyzmu, technologii i globalizacji, dominacja światopoglądu naukowo-technicznego i nierozłącznie związanych z nim przedmiotów, nadwątlające społeczeństwa tradycyjne na Zachodzie i innych obszarach. Kryzys moralności, wykwit polimorficznej perwersji, zwłaszcza w miejskich ośrodkach Zachodu. Do tego dochodzi wyraźna niechęć do karania prawdziwych przestępców za rzeczywiste zbrodnie. Mamy w końcu kryzys kultury, praktycznie unicestwienie kultur zachodnich większości narodowych i tryumf mniejszości. Jednocześnie miękki lub ukryty totalitaryzm wielu części społeczeństw europejskich uniemożliwia stworzenie jakichkolwiek zabezpieczeń przed przyszłością, która nadchodzi coraz większymi krokami. Ciągłość pracy kulturalnej, intelektualnej i akademickiej, która stara się nie ulegać powszechnie narzucanym ograniczeniom, stoi w dzisiejszej Europie pod dużym znakiem zapytania. Bez jakiegoś przemyślanego oporu wobec panujących tendencji wszelkie możliwe nurty sprzeciwu po prostu zanikną. Jeżeli sytuacja będzie rozwijać się w obecnym kierunku, życie duchowe i umysłowe zacznie przypominać drogę bez wyjścia, ponurą, opustoszałą ziemię niczyją.
Jak na ironię losu, historycznie najmniej rasistowskie i seksistowskie społeczeństwa są dziś nazywane najbardziej rasistowskimi i seksistowskimi. W rzeczywistości wiele trudności Zachodu bierze się z humanitaryzmu, którym tak się niegdyś szczycił. To, co na białym, chrześcijańskim Zachodzie nosi pejoratywne miano "rasizmu" (o ile głoszone jest przez białą, chrześcijańską większość), jest w zasadzie rodzajem "my"-centrycznej postawy, równie naturalnej, co oddychanie dla niemal wszystkich poza białymi chrześcijanami na Zachodzie.
Za centralny problem Zachodu można by uznać odpowiedź na pytanie, jak zachować autentycznie humanitarny i przesycony współczuciem światopogląd, połączony z odpowiednią troską o wszystkie ludzkie istoty, bez spowodowania zagłady kultur większości narodowych i tryumfu mniejszościowych postaw i ośrodków władzy.
(?)
Mark Węgierski
Z angielskiego tłum. Jacek Spólny

Wyświetlony 3432 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.