poniedziałek, 21 czerwiec 2010 16:53

Dziewczyny spod jednej celi (2)

Napisane przez

Siedem bohaterek. Eleganckie damy w średnim wieku. Kulturalne, inteligentne, wykształcone.
Na pierwszy rzut oka nikt by się nie domyślił, że na życiu każdej z nich ciąży tajemnica. Nikt by nie przypuszczał, że każda z nich siedziała w więzieniu. Nikt by nie podejrzewał, że o ich obecnym życiu w dużej mierze przesądziły wieloletnie wyroki.
ELA: Elżbieta Mossakowska- 1,5 roku więzienia.
JOLA: Jolanta Hoppe, dawniej Wilgucka- 2 lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata
ANIA: Anna Niszczak - 3 lata więzienia.
MARYLKA: Marianna Samlik, dawniej Błaszczak - 3,5 roku więzienia.
WIESIA: Wiesława Kwiatkowska - 5 lat więzienia.
ZOSIA: Zofia Dublaszewska, dawniej Kwiatkowska - 5 lat więzienia.
EWA: Ewa Kubasiewicz-Houée - rekordzistka - 10 lat więzienia.

 

Zosia opowiada:

? Początek 1986 roku. Zajrzałam do przyjaciółki Mirki i wpadłam w kocioł. I znowu, kurczę! Miałam przy sobie trochę bibuły... Pytają mnie, skąd mam? Znalazłam w tunelu! Może bym wam zaniosła?... Przewieźli mnie do mojego mieszkania. Zrobili rewizję... W domu pachniało farbą drukarską, miałam cały nakład bibuły... Posiedziałam na Kurkowej. Dwa, trzy miesiące. Nie było dziewcząt. Byłam sama... Codzienne przesłuchanie po osiem godzin. Krzyki, pogróżki. Oficer jeden wrzeszczał: "Kwiatkowska, chcecie być bohaterem narodowym po śmierci?"... Trwało to osiem miesięcy. Wypuścili.
Ania komentuje:
? Ja też czułam się opuszczona, gdy ktoś wyjeżdżał za granicę. My w więzieniu czuliśmy się jakbyśmy byli zdradzeni... Wyszliśmy z więzień. Widziałam, jak niektóre osoby są traktowane. Nie mogą dostać pracy, są prześladowane, nie mają nadziei. Lata mijały i ci ludzie nie mogli sobie życia ułożyć... Uważałam, że ktoś, kto ma beznadziejną sytuację, ma prawo emigrować... Miałam propozycję. Ja nie miałam tyle odwagi. Bałam się życia na obczyźnie.
Marylka wspomina:
? Nie myślałam o emigracji. Nie widziałam się poza granicami kraju. Kiedy przyszedł rok 1988, moje przyjaciółki wyemigrowały, ja też zaczęłam o tym myśleć... Trudności życia codziennego. To, że zatrzymywano mnie na 48 godzin, bo obawiano się, że wezmę udział w jakimś proteście czy manifestacji. To, że śledzono mnie, jawnie i niejawnie... Wszystko to powodowało, że pojawiły się myśli o emigracji.
Jola opowiada:
? Nigdy nie myślałam, żeby emigrować. Przeciwnie ? mówiłam sobie, że będę suchy chleb jeść, ale będę u siebie... Po wyjściu z więzienia wyszłam za mojego obecnego męża. Mąż miał dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa. I tak mając jedną córkę, jak szłam do więzienia, po wyjściu z niego okazało się, że mam czworo dzieci. Oczywiście, nie pracowałam... Byliśmy na jednej pensji męża... Zaczęłam szyć dzieciom, robić na drutach... Zdarzył się taki incydent... Mieliśmy pralkę, zepsuł się programator. Na naprawę nas nie było stać. Zalaliśmy kilka mieszkań. Wstydziłam się wyjść na podwórko. A zdarzyło się to po raz drugi... Powiedziałam sobie: dość, wyjeżdżam.
Ela wspomina:
? Decyzja wyjazdu nie była przemyślana. Spontaniczna... Były podwyżki w zakładzie pracy. Dostałam najniższą sumę. Wówczas pracowałam w Instytucie Fizyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu... Powiedziałam sobie, że jestem drugą kategorią obywatela. Dlaczego tak ma być? Jak wyszłam z więzienia, szukałam pracy. Myślałam, że to przypadek, że tam czy tu mnie nie chcą przyjąć... Myślałam, że to zbieg okoliczności... Dostałam wezwanie, panowie na milicji mi powiedzieli: "Pani starała się o pracę... tu... tu... Jak pani będzie dla nas miła, to pracę dostanie".
Zosia mówi:
? Wyjechałam 5 czerwca 1989 roku do Australii. Wsiadłam w samolot i postanowiłam to przespać. Ani razu nie wyjrzałam przez okno.... Bez angielskiego, bez rodziny, bez jednej znajomej osoby wylądowałam w Australii... Nikogo nie znałam...Stanęłam pod słupem. Trzymałam mój płaszcz, gdzie miałam parę dolarów, podarowanych przez brata, zaszytych... I trwało to długo. Mój majątek, 20 kilogramów bagażu, kręcił się na tej karuzeli.... W końcu ? telefon. Czekają na mnie... Zawieźli mnie do hostelu w Melbourne... Ja byłam z końcówek. Było trochę Polaków. Pokazali, gdzie sklep. Wróciłam z bólem głowy. Mnóstwo świateł, złota, czego człowiek w życiu nie widział... Miałam parę centów. Kupiłam dropsy.
Ela wspomina:
? 28 stycznia 1988 wyjechałam do Niemiec... Rozdziały, takie jak "Solidarność", pobyt w więzieniu zamknęłam. Mogę otworzyć, ale robię to bardzo spokojnie, nie podnieca mnie to. To było! Mogę ze spokojem mówić... W Niemczech początkowo było trudno... Nowe środowisko... Ja tam się czułam bezpiecznie. Bardzo szybko dostałam pracę. Jak się przebrnęło przez sprawy socjalne... to można było popatrzeć na wszystko jakoś inaczej... To był kraj, gdzie wszystko było normalne, a u nas ? nienormalne. Do tej normalności zaczęłam się przyzwyczajać... Człowiek prędko do tego się przyzwyczaił.
Jola mówi:
? Wybrałam Kanadę. Sądziłam, że Kanada zagwarantuje mnie i moim dzieciom najbardziej bezpieczne przejście z Polski na emigrację. Kanada dawała ponadroczną opiekę rządową... Jestem tam od 1986 roku, od listopada... Problem wyjazdu z Polski ciągle do mnie powraca. Czy to było słuszne, czy zrobiłam dobrze? Jedno jest pewne, dzieci wychowują się w bezwzględnym spokoju. Miały możliwość pokończenia uczelni, zdobycia zawodu. Nie mają problemów mieszkaniowych, nie mają problemów finansowych. I z tego względu jestem spokojna, jak matka może być spokojna o swoje kurczęta... Mam inny dylemat... Wszystkie dzieci mówią pięknie po polsku. Mam troje wnucząt. Dwoje mówi pięknie po polsku, trzecie też się uczy. W tym jest cały problem, że jego ojciec jest Kanadyjczykiem. Czy moje wnuki, potem prawnuki... czy będą czuć się Polakami?... Z tego względu staram się tam podnosić wizerunek Polaka, tam, na Zachodzie, by każda nacja widziała Polaka w jak najlepszym świetle. Cała moja działalność zmierza do tego, by pokazać, jaką my, Polacy, mamy wartość kulturalną, intelektualną...
Marylka opowiada:
? Kiedy przylecieliśmy z mężem do Stanów, na lotnisku przywitał nas pan, który wręczył nam dwa prześcieradła i dwadzieścia dolarów. Powiedział, że na drugi dzień mamy się zjawić na Manhattanie, podał nam adres. I zaprowadził nas do mieszkania w Brooklynie, które było opuszczone. Wydawało się, że tam nikt od tygodni, może miesięcy, nie mieszkał. Długo nie mogłam się pozbyć tego widoku z moich myśli. Kiedy ten pan otworzył drzwi, z korytarza zaczęły uciekać duże karaluchy. Kiedy przystąpiłam do sprzątania kuchni, takiej ilości karaluchów, takich wielkich w jednym miejscu jeszcze w życiu nie widziałam. Gdyby nie mój mąż, nie wiem, co by się wydarzyło. Ja przeżyłam szok. Próbowaliśmy zasnąć. Budziłam się co 15 minut. Czułam, że te karaluchy łażą po mnie. I tak dotrwaliśmy do rana... Ponieważ wiedziałam, że nie mogę liczyć na dużą pomoc ze strony organizacji, która miała się nami zajmować, po trzech tygodniach pobytu w Nowym Jorku postanowiliśmy z mężem budować nasze życie na własną rękę. I tak się stało. Opuściliśmy Nowy Jork. Pojechaliśmy do Marylandu, gdzie dużą pomocą był nasz przyjaciel. Długo trwało, zanim się zorganizowaliśmy... Teraz od paru lat pracuję w swoim zawodzie, ale choć droga była do tego ciężka, opłaciło się.
Ewa mówi:
? Spędziłam cztery lata w Paryżu. W 1988 roku byłam z Kornelem Morawieckim (...) w Stanach Zjednoczonych... Moja działalność straciła sens w 1989 roku. Co tylko mogłam zrobić dla "Solidarności Walczącej", to zrobiłam... "Solidarność Walcząca" miała może niefortunną nazwę, bo nie uciekała się ona do siły, do przemocy. To była jednak prawdziwa "Solidarność", w przeciwieństwie do drugiej "Solidarności".
Polska nigdy nie przestała ich obchodzić. Obchodzi wciąż żywo, niezależnie, czy jest się w kraju, czy na emigracji...
Wiesia komentuje:
? Przyjaźniłam się z Gwiazdami... Wiedzieliśmy, że wybory 1989 r. to klęska. W społeczeństwie była euforia. Ja nie głosowałam. Wiedziałam, że to było ukartowane. Najtrudniej mi wybaczyć postawę Michnika, który prowadzał się pod rękę z Jaruzelskim. To było straszne... Ten człowiek robił wszystko z wyrachowania. Chodziło o to, by komuniści utrzymali się przy władzy, ale do władzy dopuścili też ich.
Ewa dodaje:
? Potwornym błędem było, że rząd Mazowieckiego uznał, że nie będzie nikogo rozliczał za zbrodnie komunizmu. Porównanie z Czechami wypada na naszą niekorzyść. U nas ludzie, którzy mieli na sumieniu rzeczywiste zbrodnie, pozostali u władzy. Banki, przedsiębiorstwa, spółki zagraniczne zaczęli otwierać SB-cy, nomenklatura... Społeczeństwo odebrało to jako zdradę ze strony "Solidarności". Wyprzedaż, zbrodnicze prywatyzacje... Michnik w kampanii wyborczej przedstawia Kwaśniewskiego jako swego przyjaciela... Stało się bardzo źle, że się nie rozlicza ludzi odpowiedzialnych za zniszczenie kraju, społeczeństwa... Sprawiło nam to wiele bólu...
Ania się zastanawia:
? Czy warto było? Pomimo wszystko warto. Jakiś wkład był. Jakaś nadzieja była. Coś zostało zrobione. To, co robiłam wtedy, zrobiłabym jeszcze raz. Z drugiej strony jest ten żal, rozgoryczenie. Co się dzieje? Te wszystkie matactwa, ta chciwość... To wszystko... Zadaję sobie pytanie, dla kogo to robiłam? Wcale nie korzystają ludzie, którzy to robili, korzystają te elementy, które się dorwały do czegoś... Jest we mnie żal, gorycz. Kiedy sobie przypomnę poświęcenie ludzi, matki oderwane przez więzienie od dzieci... Kiedy sobie przypomnę taką uczennicę, Anię Sawicką, która siedziała ze mną w więzieniu... To poświęcenie, w jakim kierunku to poszło. Wcale tak być nie musiało.
Nie było ciągle łatwo. Tak w kraju, jak na wychodźstwie:
Zosia stwierdza:
? Za szybko wyszłam z hostelu. Pierwszy błąd. Trzeba się było uczyć angielskiego... Tu praca, tu tego i poszłam na swoje. Wynajęłam mieszkanie. Dostałam pracę w fabryce. Mówię teraz o sobie, że jestem dekorator wnętrz. Najnormalniej sprzątam hotele, sklepy, domy, biura. To jest moje zajęcie od kilkunastu lat w Australii. I ja to lubię... W Australii obojętnie, jaką pracę wykonujesz, jeśli wykonujesz ją dobrze, to jesteś na równi z właścicielem biznesu, gdzie sprzątasz... Zawsze marzyliśmy o małym domku i dużym ogródku. Mamy duży domek i duży ogródek, półtora hektara... Generalnie biorąc, po dwudziestu latach, jak kupiliśmy ten kawałek ziemi ? jak to mówią: ziemia jest matką człowieka, nie wszyscy lubią pielić ? ja się dobrze czuję... W tej chwili jestem szczęśliwa. Na tyle, że nie wolno mi oceniać rodzinnego kraju. Jestem jednak Polką... To w Polsce poznałam najlepszych przyjaciół... Tu się ludzie bardziej rozeszli. A tam było: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tego mi brakuje.
Ewa mówi:
? Ciągle jeszcze żyję we Francji... Przez dziesięć lat pracowałam w radzie jednego z departamentów generalnych w Bretanii. Odpowiedzialna byłam za współpracę z Polską. Przez te lata zawsze miałam związek z Polską. "Kryminalna" przeszłość nie daje się jednak wymazać z pamięci...
Jola mówi:
? Więzienie mogło mnie załamać, ale w istocie wzmocniło. Nauczyło mnie, że nie ma co robić z igły wideł, przejmować się błahostkami. Nauczyło mnie widzieć właściwą skalę różnych rzeczy.
Wiesia dodaje:
? Kryminał mnie wzmocnił. Dał siłę i upór. Poczucie, że się ma rację jest bardzo ważne. Pomaga przetrwać najgorsze.
Zosia stwierdza:
? Jasne, że został mi uraz na całe życie. Więzienie jest ciężkim doświadczeniem, tym bardziej gdy siedzi się za niewinność. Można na resztę swoich dni być psychicznie przetrąconym, znam takie przypadki. Mnie się udało. Czy żałują? Czy dziś, z perspektywy czasu, uznają swoje wybory za słuszne?
Marylka odpowiada:
? Przyznam się, że nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co by było gdyby... Gdy myślę o przeszłości, to żałuję, że mało aktywnie uczestniczyłam we wszystkich wydarzeniach. Czuję niedosyt... Na pewno włączyłabym się znów. Nie stałabym na uboczu...
Ania ma swoje problemy, mówi:
? Prowadzę do dziś działalność związkową... W związku źle się dzieje... Ja mam wielki żal. Widzę niezadowolenie w zakładach pracy... Jako członek związku słyszę: "Ania, czy warto było ci siedzieć?". Sama widzę, co teraz jest... Ci ludzie, którzy byli dobrzy, byli odsuwani. Zaczęły się układy, układziki, związki nieformalne... Jeżdżę raz na rok na spotkania ludzi internowanych i represjonowanych. Widzę to samo. Ci ludzie nie mogą zrozumieć. Często nie pracują. Mają marne renty. Ci ludzie są odpychani... Dzięki nam tamci są w Sejmie, zajęli stanowiska... Dla mnie to jest inna "Solidarność"... Tamta miała bazę, wartości, które ludzie przyjmowali...
Piękna legenda pierwszej "Solidarności" wciąż jest dla nich ważna...
Wiesia ubolewa:
? "Solidarność" zaczęto wdeptywać w ziemię. Tę drugą "Solidarność" tworzono odgórnie...
Ewa jest podobnego zdania:
? Refleksja nie najweselsza. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że to jest to, o co ja i moi przyjaciele walczyliśmy. To nie jest to, o co walczyliśmy, co sobie zamarzyliśmy. W gruncie rzeczy to też nie jest ta "Solidarność", o którą walczyliśmy.
Ela im wtóruje:
? Nie powinno się dziś używać słowa "Solidarność", teraz się walczy o pieniądze, o stanowiska... "Solidarność" to kiedyś była, teraz jej nie ma.
Jola dopowiada:
? Jeśli ktoś mi mówi, że po 89 roku była jakaś "Solidarność", to mnie po prostu obraża. "Solidarność" była wtedy, nigdy więcej...
W jej oczach pojawiają się łzy. Spływają po policzkach. Jola odwraca głowę...
Ewa stwierdza:
? Tragiczne jest to, że wiele z tych osób, które walczyły z takim poświęceniem, nie znalazło po zakończeniu walki miejsca dla siebie w kraju, gdyż rzeczywistość była taka, że zmuszone były opuścić kraj. Ludzie ci żyli za granicą wbrew swojej woli. Marzą, by wrócić do ojczyzny. Ale pod koniec życia zaczynać wszystko od nowa? W tej Polsce?... Nie jest to Polska naszych marzeń.
Ela mówi z irytacją:
? Jak przyjeżdżałam do Polski... Usłyszałam na ulicy dwóch panów w wieku emerytalnym. Mówią: "solidaruchy". Mówiło się "komuchy", ale "solidaruchy"? To coś nie tak!
Jola też się denerwuje:
? Mój przyjazd do Polski jest strasznym przeżyciem. Widzę tu przyjaciół, gdzie są, a gdzie mogliby być. Po 1989 roku... Nie rozumiem ludzi, którzy weszli w układ "okrągłostołowy". To są zdrajcy, bo poszli na układ z komuną. To jest nie do wybaczenia. Ci ludzie powinni za to odpowiedzieć. Tak się nie robi. Społeczeństwo nie wierzy, że to jest jeszcze "Solidarność". Gdzie jest Andrzej Gwiazda? Gdzie jest Kornel Morawiecki? Gdzie oni są? Oni nam stworzyli ten ruch. To oni byli naszymi przywódcami duchowymi... Dzisiaj, jak słucham, że Michnik całuje się, wita, nazywa przyjacielem Jaruzelskiego... to przepraszam! Przecież nie o to żeśmy walczyli. Dla mnie, gdy ogłoszono, że podpisano porozumienia "okrągłego stołu", to był koniec wiary, że w Polsce coś się zmieni. I to, niestety, się sprawdziło.
Zosia ma podobne odczucia:
? W 1995 roku odwiedziłam po raz pierwszy Polskę... Nie oceniam, nie mam prawa. Czasem się oburzam, czasem się martwię, czasem mnie śmieszy... To, do czego dążyliśmy, zostało spaprane. Nasze więzienia, nasze losy ? nie poszło to na darmo, ale się odwlokło... Myśmy wierzyli, tak wierzyliśmy, że gotowi byliśmy w tym momencie dać się powiesić... Żeby ludziom było lepiej... Jak przyjechałam w 1995 roku, jak zobaczyłam w polskiej telewizji kłótnie, awantury o rzeczy, które są nieistotne... Może chodzi tu tylko o krzesła?... Wychodzę na ulicę. Biedni żebrzą. W normalnym kraju nie może być tyle setek ludzi, którzy nie mają nic do jedzenia... Nie do mnie należy ocena. Mnie jest tylko żal tych ludzi biednych, żal naszych matek emerytek, co mają po 500 złotych, a 300 muszą płacić na mieszkanie... Mówi się w Polsce: tamci kradli powoli, ci kradną szybko.
Ewa pociesza:
? Społeczeństwo polskie zaczyna teraz powoli rozumieć, co się stało. Nigdy nie jest za późno. Trzeba zacząć od mówienia prawdy. Pokazać prawdę o "okrągłym stole"... "Solidarność", która posługuje się tą nazwą, to nie jest moja "Solidarność"... Szanse tamtej "Solidarności" zostały zmarnowane.
(?)
Jacek Indelak

Wyświetlony 7106 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.