poniedziałek, 21 czerwiec 2010 18:07

Rajskie życie pod obcasem korporacji

Napisane przez

"Strzeżcie się wszelkich przedsięwzięć, które wymagają nowej garderoby" - tym cytatem z "Waldena" Henry'ego Davida Thoreau zaczyna się powieść "Diabeł ubiera się u Prady". Jest ona literackim debiutem Lauren Weisberger, a zarazem jednym z największych wydarzeń na rynku czytelniczym ostatnich lat (24 tygodnie na liście bestsellerów w USA, u nas także długo w ścisłej czołówce). Nic zatem dziwnego, że jak tylko wydawca wycisnął z książki wszelkie możliwe zyski, natychmiast postanowiono sprzedać ją ponownie, tym razem jako film. I znów interes okazał się niezwykle opłacalny. Komedia "Diabeł ubiera się u Prady" była jednym z największych przebojów kinowych lata za oceanem. W Polsce pojawiła się na ekranach w październiku i - jak dowodzą rankingi popularności - już stała się jednym z najchętniej oglądanych filmów jesieni.

 

Na pierwszy rzut oka komedia Davida Frankela jest po prostu perfekcyjnie wyprodukowanym komercyjnym dziełkiem w najlepszym popkulturowym guście. Gwiazdorska obsada, przebojowa ścieżka dźwiękowa świetnie akcentująca węzłowe punkty fabuły, zdjęcia Paryża dorównujące odrealnioną urokliwością folderom turystycznym, wartka narracja (w przeciwieństwie do nieco rozwlekłej książki), sporo humoru, no i stroje, stroje, stroje... I to od tych największych: Lagerfelda, de la Renty, Prady...

Ten sielankowy obraz ulega jednak pewnemu zmąceniu, gdy przyjrzeć się filmowi Frankela uważniej. Nieprzypadkowo wszak Weisberger opatrzyła swą powieść ostrzegawczym mottem z "Waldena". W filmie owa nuta dystansu i zdrowego sceptycyzmu wobec perypetii bohaterów została zachowana. Nie chcąc zbyt daleko odchodzić od książkowego pierwowzoru, reżyser musiał poświęcić nieco uwagi tzw. drugiej stronie medalu, która z komedią niewiele ma wspólnego.
Osią fabuły filmu jest historia młodziutkiej Andrei Sachs, ambitnej prowincjuszki, która ukończywszy nauki przybywa do Nowego Jorku, by realizować swoje marzenia o karierze dziennikarskiej. Trochę przypadkowo udaje się jej zostać asystenką Mirandy Priestly, niezwykle wpływowej redaktor naczelnej "Runwaya" ? czasopisma-wyroczni w świecie mody. Andrea, co jak na kobietę nieco dziwne, do ubioru nie przywiązuje większego znaczenia. Lubi czuć się swobodnie, a głowę ma wypełnioną marzeniami o pisaniu i planami wspólnego spędzania czasu z przyjaciółmi i chłopakiem. Pierwszego dnia w "Runwayu" czuje się jak na Marsie ? śmieszy ją fanatyczny kult wyglądu zewnętrznego, zdumiewa niewolnicza czołobitność okazywana "szefowej z piekła rodem", drażni dobrowolne samoponiżenie absolutnie całego personelu. Andrea jednak decyduje się podjąć wyzwanie, gdyż, po pierwsze, musi z czegoś żyć, a po drugie, wszyscy dookoła zapewniają ją, że znalazła pracę, "za którą milion dziewczyn dałoby się zabić". Początkowo ma nadzieję, że uda się jej jakoś połączyć zawodową pańszczyznę z zachowaniem własnej osobowości i życia prywatnego. Złudzenia jednak szybko pryskają. Chcąc utrzymać posadę, musi być dyspozycyjna przez całą dobę siedem dni w tygodniu, nauczyć się nieustannie myśleć myślami Mirandy Priestly, a w dodatku godnie reprezentować firmę, tzn. ubierać się według najnowszych katalogów mody. W rezultacie dziewczyna szybko dochodzi do punktu, w którym jej życie osobiste "wisi na włosku". Od jednego z doświadczonych pracowników słyszy wówczas, że to "norma", a następnym krokiem jest całkowita ruina prywatności ? nieomylny znak, że przyszła pora na awans. Stopniowo Andrea staje się niemal lustrzanym odbiciem Mirandy. Zarówno sobie, jak i najbliższym, tłumaczy, że "nie ma wyboru". Ale czy na pewno?
Już tych kilka zdań streszczenia fabuły dowodzi, że zbudowano ją wokół toposu "młoda kobieta robi karierę". Widzom, którzy mają nieco więcej lat niż tzw. średnia kinowa, powinna przypomnieć się w tym miejscu "Pracująca dziewczyna", sławny film Mike'a Nicholsa z 1988 roku, z Melanie Griffith w roli tytułowej.
Tess McGill była równie wytrwała i ambitna jak Andrea i również poświęciła niemal wszystko, by dojść do upragnionego celu, pomimo poważnej przeszkody w postaci szefowej-zołzy. Jednak na tym podobieństwa między obiema paniami się kończą. No bo przecież: Tess marzyła o karierze w biznesie, dla Andrei jest to tylko "zło konieczne"; Tess była wniebowzięta, mając własne biurko i mogąc ubierać się jak businesswoman; dla Andrei korporacyjne mundurki (nawet jeśli pochodzą od Prady) godne są pogardliwego prychnięcia; Tess spełniła się uczuciowo dopiero w ramionach agenta giełdowego, z którym mogła dzielić zawodową pasję, a wspólne posiłki spożywać na stojąco lub w biegu; Andrea natomiast rezygnuje z romansu z wpływowym pisarzem, by wrócić do swego chłopaka, który jest wprawdzie tylko kucharzem, ale można z nim posiedzieć w knajpie i normalnie pogadać. I jeszcze jedno ? środowisko obu "pracujących dziewczyn". Gdy Tess odnosi sukces, jej najbliższa przyjaciółka nie posiada się z radości, choć zdaje sobie sprawę, że McGill będzie teraz miała dla niej bardzo mało czasu. Natomiast, gdy Andrea pnie się na szczyt, jej znajomi cieszą się jedynie do chwili, gdy spostrzegają, że zaprzedała swą duszę "za parę butów od Jimmy'ego Choo".
Skąd te różnice? Przecież oba filmy dzieli zaledwie 18 lat, jedno pokolenie. Odpowiedzi, jak się zdaje, należy szukać w odmiennych kontekstach społeczno-politycznych i kulturowych.
(?)
Marek Łazarowicz

Wyświetlony 4265 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.