wtorek, 29 czerwiec 2010 12:08

Jaka desocjalizacja?

Napisane przez

Wszyscy mieszkańcy Sowieckiej Rosji oraz Środkowej i Wschodniej Europy chcą wreszcie pozbyć się socjalizmu. Na własnej skórze odczuli, że socjalizm nie działa i zamierzają oprzeć swoje społeczeństwa na fundamencie własności prywatnej oraz ekonomii rynkowej. Mieczysław Wilczek, wybijający się polski przedsiębiorca i jednocześnie były komunistyczny minister przemysłu powiedział: W Polsce od dawna nie ma żadnego komunisty. O Marksie i Leninie nikt nie chce już słyszeć.

 

Oprócz tego, że Wilczek otwarcie poparł system własności prywatnej i odrzucił pomysł dyktatu ekonomicznego związków zawodowych, skrytykował także samą koncepcję równości. Zauważył, że wielkie oburzenie towarzyszyło jego apelowi, aby ludzie się bogacili. A co miałem mówić? Żeby ludzie byli ubożsi? Właśnie ten człowiek został przez wyborców odrzucony za zbyt duże związki z Partią!

Europejczycy na Wschodzie chcą wiedzieć, jak powinni postępować, i pragną, aby Zachód pokazał im, jak przyspieszyć proces upadku komunizmu. Jaką praktyczną drogę desocjalizacji mają wybrać? Lecz niestety, choć w ciągu ostatnich 40 lat wiele instytucji i wielu naukowców reprezentujących różne poglądy poświęciło się studiom nad komunizmem w środkowo- i wschodnioeuropejskim, to jednak bardzo niewielu z nich zastanawiało się, jak desocjalizację wprowadzić w życie. Wiele czasu zabrały im debaty na temat teorii gier i tego, jakie nagrody i kary w tych grach są prawidłowe, lecz trudno znaleźć w ich dociekaniach cokolwiek, co mogłoby pomóc ludziom z byłych krajów komunistycznych.
Jakiś czas temu pewien mieszkaniec Węgier stwierdził, że: Na zachodzie wydano wiele książek omawiających problematykę zdobywania władzy, lecz żadna nie mówi o tym, jak tę władzę oddać. Kłopot w tym, że większość tradycyjnie myślących dyskutantów jako aksjomat przyjmowało twierdzenie, że gdy jakiś kraj padnie ofiarą komunizmu, zostaje wnet pożarty w nieodwracalnym procesie konwersji władzy. Wpada w swego rodzaju polityczną czarną dziurę, z której nic i nikt nie jest w stanie go wydobyć. Co jednak dzieje się wtedy (i jak faktycznie się stało), gdy obywatele ? a nawet władza ? mają dość komunizmu i socjalizmu, które po prostu w żadnych warunkach nie są zdolne przetrwać?
Jak komunistyczna władza i opozycja powinny się zabrać za desocjalizację? Część działań wydaje się oczywista: legalizacja całego czarnego rynku uwzględniająca czarny rynek walutowy (dzięki temu każda waluta automatycznie stałaby się w pełni wymienialna po kursach rynkowych)1, znieść wszędzie kontrolę cen i produkcji2, znacząco ciąć podatki3 i tak dalej. Lecz co zrobić z urzędami i przedsiębiorstwami państwowymi, które stanowią przecież istotną cześć gospodarek krajów postkomunistycznych?
Najprostsza odpowiedź ? trzeba je sprzedać na aukcji lub zawierając odpowiednie umowy sprzedaży ? nie ma zastosowania. Skąd bowiem wziąć pieniądze na wykupienie od rządu de facto wszystkich przedsiębiorstw w gospodarce? Poza tym wydaje się nadużyciem uznanie, że rząd zasłużył na zagarnięcie tą drogą praktycznie wszystkich pieniędzy na rynku. Nakazanie poszczególnym menedżerom, aby samodzielnie ustalili ceny również nie będzie dobre4; kluczowym, krytycznym punktem desocjalizacji musi być przemiana własności państwowej we własność prywatną. Czyżby więc należało jakichś ludzi tą własnością obdarować? Kogo i dlaczego?
Profesor Paul Craig Roberts, w trakcie arcyciekawego przemówienia w moskiewskiej Akademii Nauk, stwierdził, że istnieje tylko jeden sposób przekazania własności państwowej w ręce prywatne. Jak na ironię, najlepszą metodę wyznacza stare marksistowskie hasło: "Cała ziemia dla chłopów" (i wszystkich pracujących w rolnictwie), a "cały przemysł dla robotników!". "Zwrot" własności publicznej potomkom ludzi wywłaszczonych w 1917 roku byłby mało praktyczny, ponieważ niewielu z nich wciąż żyje lub da się zidentyfikować, a przemysł z całą pewnością do nikogo nie mógłby wrócić, skoro został (w przeciwieństwie do ziemi) zbudowany przez komunistyczny reżim.
Nadal jednak musimy zmierzyć się z wielkim problemem politycznym i ekonomicznym: co zrobić z elitą władzy, z nomenklaturą? Polski opozycyjny dziennikarz Kostek Gebert niedawno stwierdził, że wybór jest następujący: Albo ich wybijemy do nogi, albo przekupimy. Choć, co trzeba przyznać, pierwsza część alternatywy wydaje się niezwykle satysfakcjonująca emocjonalnie, to jednak jest jasne, że sami Polacy, Węgrzy czy Rosjanie wolą pokojową ścieżkę podkupywania niż egzekucję sprawiedliwości kosztem potencjalnej krwawej wojny domowej. Jest równie oczywiste, że właśnie tego pierwszego wyjścia pragnie nomenklatura. Chcą wolnych rynków i własności prywatnej, ale zależy im także na tym, aby pierwotne przemieszczenie kapitału związane z transformacją ustrojową wynagrodziło im z nawiązką utratę władzy. Chcą wejść w kapitalizm jako wpływowi prywatni przedsiębiorcy.
Co ciekawe, Paul Craig Roberts, którego nikt nie mógłby oskarżyć o pobłażanie komunizmowi i socjalizmowi, również zaleca bardziej pokojowy kurs: Historycznie rzecz ujmując, w trakcie takich transformacji klasy władcze musiały być albo zaspokojone, albo obalone. Myślę, że należy zaspokoić apetyty Partii Komunistycznej. W praktyce miałoby to oznaczać, że własność fabryk państwowych powinna zostać podzielona między klasę rządzącą a robotników pracujących w fabrykach, emitując też świadectwa udziałowe. Rozwiązanie to wydaje się rozsądne.
W innym przypadku, twierdzi Roberts, tytuły własności czynników produkcji mogłyby zostać określone w narodowej loterii. Kimkolwiek bowiem byliby pierwsi właściciele, gospodarka oparta na własności prywatnej będzie o wiele bardziej efektywna, a zasoby w końcu znajdą się w rękach ludzi najskuteczniejszych i najbardziej produktywnych. Kłopot w tym, że Roberts pomija ludzki głód sprawiedliwości, który jest szczególnie silny wśród ofiar komunizmu. Loteria byłaby tak jawnie niesprawiedliwa, że rodzący się system własności prywatnej mógłby nigdy nie wydobyć się spod gradu ciosów. Co więcej, dla każdego człowieka to, gdzie znajdzie się po takim losowaniu, ma ogromne znaczenie; większość ludzi nie chce i nie może sobie pozwolić na uczestnictwo w podobnych zawodach olimpijskich.
Którakolwiek możliwość jest najlepsza, Robertsowi udało się coś bardzo ważnego: rozpoczął dyskusję. Najwyższa pora, aby ekonomiści zmierzyli się z kluczową sprawą desocjalizacji. Być może uda im się oddać swój wkład w te najmilej witane i najbardziej ekscytujące wydarzenia XX wieku.
Tłumaczył Jan Lewiński
Tytuł oryginalny: How to Desocialize? Tekst pochodzi z książki "Making Economic Sense" Murraya N. Rothbarda.

1 Leszkowi Balcerowiczowi nie udało się tego zrobić, i w rezultacie znacznie zaniżył on wartość złotówki, obliczając pierwszy oficjalny, zadekretowany państwowo kurs wymiany. [Wszystkie przypisy tłumacza]
2 W Polsce uwolnienie tego obszaru nie było zupełne, czego przykładem jest choćby kolej, górnictwo, przemysł paliwowy, do niedawna energetyka i wiele innych.
3 W liczbach bezwzględnych niemal wszystkie podatki w całym okresie trwania III RP nieprzerwanie pięły się w górę.
4 U nas zastosowano mieszankę obu tych wariantów, sprzedając wybrane przedsiębiorstwa po uprzednim oddaniu ich w zarząd likwidatorów (którzy nierzadko celowo zaniżali wartość sprzedawanych firm).

Wyświetlony 4766 razy
Więcej w tej kategorii: « Początek oporu Cenne słowa z eteru »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.