wtorek, 29 czerwiec 2010 22:32

Bruksela locuta...

Napisane przez

I jak tu nie współczuć prezydentowi Kaczyńskiemu? Myślał zapewne, że jest europejskim mężem stanu, że na równi ze wszystkimi innymi prezydentami może kształtować politykę Unii, że wolno mu, a nawet powinien wypowiadać się na różne tematy kluczowe dla przyszłości zjednoczonej Europy... A tu taka przykra niespodzianka... Rada Europy, Komisja Europejska, no i oczywiście niezawodna "Gazeta Wyborcza" szybko wskazały mu miejsce w szeregu.

 

Tym razem chodzi o kwestię kary śmierci, do której pozytywnie odniósł się ? czy raczej śmiał odnieść się ? Lech Kaczyński. Reakcja przewodniczącego Rady Europy była natychmiastowa, a jej wydźwięk jednoznaczny: kara śmierci jest sprzeczna z wartościami europejskimi i jej przywrócenie byłoby równoznaczne z wydaleniem Polski z Rady Europy. Cóż, Bruksela locuta, causa finita... Można by wprawdzie zastanawiać się jakież to właściwie są te "europejskie wartości", zgodnie z którymi życie nienarodzonego dziecka jest mniej warte niż bezwzględnego mordercy, czy pytać retorycznie, dlaczegóż to przeciwnicy kary śmierci nagle zaczęli odwoływać się do dorobku chrześcijańskiego (ojcowie Kościoła tradycyjnie byli zwolennikami kary śmierci!), a wcześniej z taką determinacją zwalczali odwołanie do Boga w Preambule, ale stawianie takich pytań byłoby niczym rzucanie grochem o ścianę. Trybunał orzekł. I choć samo orzeczenie lub sposób jego ogłoszenia może się nie podobać (a wręcz uchodzić za skandal), to jednak właśnie one sugerują, że polski prezydent, zapewne niechcący, rozpoczął dyskusję na temat dużo ważniejszy niż podział unijnych środków pomocowych czy złagodzenie postanowień traktatu z Maastricht ? podważył zasadność obowiązującego w państwach Unii "liberalnego" konsensusu prawnego. Wprawdzie Kancelaria Prezydenta szybko złagodziła i tak nieostrą wypowiedź polskiego przywódcy, a on sam udał się na urlop, uznając najwyraźniej sprawę za niebyłą, to jednak zamieszanie wokół całej sprawy wyraźnie sugeruje, że wbrew pozorom causa wcale nie jest finita.

To zresztą dobrze, bo debata na temat tzw. kaesu niewątpliwie przydałaby się w Europie (państwom 25 przydałaby się zresztą właściwie jakakolwiek szczera i otwarta debata). Problem polega, niestety, na tym, że w świadomości wielu osób prawo jest tożsame z moralnością, a skoro uniwersalna zasada moralna zakazuje odbierania życia, to ? jak można często usłyszeć ? nie powinno na to pozwalać, nawet w formie kary, także i prawo pozytywne. Spokojną wymianę poglądów dodatkowo utrudnia fakt, że jak uczy psychologia społeczna, wyznawany kodeks moralny jest niejako trzonem naszego systemu percepcji rzeczywistości, a wobec tego każda próba jego podważenia może się spotkać z gwałtowną reakcją obronną. Nie ma w tym zresztą nic złego. Przeciwnie, to nawet bardzo pocieszające, że na przekór naszym okrutnym czasom tak wielu ludzi wciąż potępia przemoc i odbieranie życia. Moralność różni się jednak zasadniczo od prawa, które w swej istocie jest instytucją czysto społeczną. Rozbitkowi na bezludnej wyspie prawo jako takie nie jest do niczego potrzebne, niezbędna za to jest mu moralność. Chociaż znalazł się z dala od cywilizacji, wciąż musi wiedzieć, jak żyć, o czym myśleć, czego się bać i na co mieć nadzieję. To moralność nie pozwala mu polować na zwierzęta czy popełnić samobójstwa. Z chwilą jednak, kiedy pojawia się Piętaszek, a wraz z nim możliwość konfliktu o sposób użytkowania zasobów na wyspie, sama tylko moralność rozbitka nie wystarczy. Do uregulowania życia dwuosobowej już teraz społeczności wyspy potrzebne będzie prawo, czyli dający się intersubiektywnie rozpoznać i racjonalnie uzasadnić zbiór zasad opartych na prawie własności.
Ta banalna obserwacja dotycząca różnicy pomiędzy systemem prawnym a moralnością jest tak samo prawdziwa na bezludnej wyspie, jak w XXI wieku w sercu europejskiego kontynentu. Każdy człowiek żyje wedle jakiegoś kodeksu moralnego ? czy będzie to religijny, laicki, czy nihilistyczny (nihilizm także opiera się na pewnych sądach moralnych!) ? i każdy, a przynajmniej większość, podporządkowuje się prawu stanowionemu, które ? choć to czasem nie do wiary ? opiera się właśnie na prawie własności. Jednak sam tylko zbiór zasad, mówiących o tym, co wolno, a czego nie, byłby kompletnie bezużyteczny społecznie, gdyby nie określał jednocześnie, co grozi za złamanie tego czy innego przepisu. Dlatego właśnie systemowi zakazów towarzyszy zawsze system kar. I w tym miejscu sprawa zaczyna się komplikować, bo o ile wszyscy są zgodni co do tego, że karać jakoś należy, o tyle kontrowersje wzbudza kwestia tego, jak właściwie należy to robić.
Współczesne kary wydają się zresztą prowokować takie spory. Jak bowiem przekonująco uzasadnić, że to akurat cztery lata więzienia są słuszniejszą karą za kradzież z pobiciem niż na przykład cztery i pół lub pięć? A morderstwo? Dlaczego w niektórych przypadkach grozi za nie dożywocie, a w niektórych tylko 25 lat? I dlaczego 25, a nie 34 lub 68? Podobnych pytań można by postawić całe mnóstwo, lecz próby udzielenia na nie satysfakcjonującej odpowiedzi byłyby za każdym razem tak samo jałowe. Przyparty do muru obrońca systemu zapewne w końcu stwierdziłby, że cztery lata za rozbój to dokładnie tyle, ile wedle najnowszych badań psychologicznych potrzeba na resocjalizację przez sport i teatr, dożywocie zaś zasądzane jest stosunkowo rzadko, ponieważ utrzymywanie więźnia tak długi czas pociąga za sobą spore koszty finansowe. Ta zmyślona, choć jak najbardziej prawdopodobna, wypowiedź obnaża niepokojącą cechę współczesnego procesu karnego, w którym ofiara przestała właściwie odgrywać jakąkolwiek rolę. Karę za przestępstwo kryminalne ścigane z urzędu wymierza w imieniu całego społeczeństwa sąd, mający na uwadze przede wszystkim rozmaite względy techniczno-finansowe (wydolność państwa) i prospekt resocjalizacyjny (czy więzień rokuje jakieś nadzieje), a rola ofiary, jako podatnika, ogranicza się jedynie do sfinansowania całego przedsięwzięcia i ewentualnie udzielenia odpowiedzi na kilka pytań związanych ze śledztwem. Można właściwie odnieść wrażenie, że współczesny system, zamiast sprawiedliwością, raczy pokrzywdzonych sporymi dawkami soli do zasypywania ran.
Taka ocena wymiaru sprawiedliwości może się początkowo wydać trochę niesprawiedliwa, ale jak inaczej opisać taką oto, całkiem typową, sytuację. Bandyta X napada z bronią w ręku na spokojnie idącego ulicą pana Y. Y dostaje kilka razy po głowie ciężkim, tępym "rekwizytem", traci portfel, oszczędności, które szedł wpłacić do banku, i telefon komórkowy. X natychmiast bierze nogi za pas i za "zarobione" pieniądze baluje przez weekend z kolegami w drogich dyskotekach. Pan Y, kiedy już szczęśliwie wychodzi ze szpitala, rozpoczyna długą pielgrzymkę po urzędach, komisariatach i bankach ? musi wyrobić nowy dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, mimo dręczącego pourazowego bólu głowy złożyć zeznania, zmienić numer telefonu komórkowego, wymienić zamki w drzwiach, no i na koniec sprawdzić, ile to pieniędzy ubyło mu z konta. W sumie, biorąc pod uwagę nieznośne kolejki, co najmniej tydzień spisany na straty. Wreszcie jednak nadchodzi dobra wiadomość: bandzior X został ujęty przez sfinansowaną z podatków pana Y policję! Odbywa się szybki, sfinansowany ? jakże by inaczej ? przez pana Y, proces, i zapada wyrok, na mocy którego pan Y zostaje zmuszony do opłacenia trzyletniej kuracji resocjalizacyjnej swego oprawcy w jedynym ze specjalnie do tego przygotowanych państwowych ośrodków (np. w Białołęce).
(?)
Juliusz Jabłecki

Wyświetlony 4170 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.