sobota, 31 lipiec 2010 11:25

Byłam w Marakeszu

Napisane przez

Marakesz to wioska w Karpatach. Zagubiona w dolinie między górami.

Czy istnieje? Dokładnie nie wiadomo. Na pewno mogłaby istnieć. Podobnie jak jej mieszkańcy: Wasyl Gonduliak, który ponoć zaszedł w ciążę, Janko Fuj, wędrowny dziad przepowiadający nadejście katastrofy, Martuszka, co grywała na fisharmonii i marzyła o młodym inżynierze z miasta. Wszyscy oni istnieli albo istnieją do dziś zawieszeni w swoim bezczasie, w swoim nieprawdopodobnym trwaniu, rozsypani, jak boża układanka w przypadkowym miejscu gdzieś na końcu świata.

Vaclav Pankovcin, słowacki pisarz, który zmarł w wieku chrystusowym w 1999 roku musiał być jednym z nich. Znał ich wszystkich na wylot. Słabości, nałogi, skryte marzenia i cały mitotwórczy potencjał. Dzięki temu w jego prozie te osoby z krwi i kości mogły nagle przeżyć przygody, które zdarzają się tylko w baśniach. Tak jak Laco Kulbaga, którego przenosiło. Wychodził z domu i nagle, ni z tego ni z owego znajdował się na Tahiti albo na Saharze. Wszystko było możliwe. Niby mała wieś, dwie drogi na krzyż, świat prosty jak kawałek kija, a tu nie. Pankovcin widział nie tylko geometrię przestrzeni, ale jej magiczne możliwości, które ożywają, kiedy zwykłe, codzienne drogi spotykają się nagle z wyobraźnią.
Pankovcin był jednym z nich. Ale czasem trudno w to uwierzyć, przeczuwając jego wrażliwość i poetycki romantyzm. Ponoć wyjechał do Bratysławy do pracy i tęsknił. Jego Marakesz to raczej obraz pragnienia, miejsca, które było zarazem realne i ukształtowane z materii pamięci. W tym zderzeniu staje się ono rodzajem ikony. Tak jak i mieszkańcy. Prości ludzie, którzy nagle w ogromnej karpackiej pustce stają jak bohaterowie ikon pośród świetlistego tła odwieczni i na wieki czynią swoje symboliczne gesty. Opowiadają historię o życiu, najbardziej egzystencjalną i metafizyczną opowieść, jaką można sobie wyobrazić. O tym momencie, w którym to, co rzeczywiste, kończy się, gdzie rozpada się struktura zwykłego świata i zaczyna nieskończone.
Opowiadania Pankovcina są krótkie i proste. Takie jak jego bohaterowie i opowiadane historie. Taki świat. Ale w tym krótkim zapisie, nagle, jak w lustrze, staje przed nami postać zarazem realna i widmowa. Pisarstwu Pankovcina najbliżej do magicznego realizmu, bo opisywanej rzeczywistości pozwala popłynąć w kierunku wyobrażenia, bada ją nie tylko na poziomie faktów, ale także w sferze wewnętrznej, w mitologii, pragnieniach ludzi i ich wrażliwości. To oni stanowią istotę opisywanego świata. Tak naprawdę nie ma tu miejsca ani na opisy przyrody, ani na geometrię ulic, architekturę domów. Mimo to Marakeszowi niczego nie brakuje. Jest trójwymiarowy, jak żywy. Każdego czytelnika z pewnością ten paradoks zaskoczy. Ale pokazuje on wyraźnie, że sam realizm nie wystarcza lub nie musi wystarczać, by opisywać świat taki, jaki jest w ludzkim doświadczeniu.
Kończę czytać z poczuciem, że Marakesz to miejsce mi bliskie, że znam je przecież i byłam tam nie raz. Kończę z nadzieją, że któregoś dnia, znowu się tam znajdę. W Marakeszu, który ominęła rzeka czasu.

Vaclav Pankovcin, Marakesz, Wyd. Czarne, 2006
Joanna Sarnecka-Drużycka

Wyświetlony 2441 razy

Najnowsze od Joanna Sarnecka-Drużycka

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.