sobota, 31 lipiec 2010 11:31

Czy poprawność polityczna zatrzyma inwazję barbarzyńców?

Napisane przez

Trudno nie zauważyć- i nie jest to chyba tylko projekcja subiektywnej oceny mieszkańca warszawskiej Pragi – że chamstwo pleni się w Polsce w zastraszającym tempie. Widać to wszędzie, poczynając od wypowiedzi panów z Wiejskiej, przez napisy na murach, a kończąc na języku dresiarzy, którzy posługują się już tak zdegradowanym językiem, że - jak zauważył mój znajomy – nawet od przedwojennych knajaków z Czerniakowa dzieli ich wprost lingwistyczna przepaść.

Zresztą nie jest to tylko i wyłącznie polski problem. Inny mój znajomy, Niemiec mieszkający od pewnego czasu w Anglii, zwrócił mi uwagę, jak bardzo różni się język niemiecki od angielskiego, nie tyle na płaszczyźnie lingwistycznej, co czysto praktycznej. Według niego, na przykład, jeśli jeden Niemiec chce drugiemu powiedzieć, że tamten coś robi głupio, to wypala prosto z mostu: "Hans, jesteś kretynem!". Anglik natomiast w podobnej sytuacji zachowa się zupełnie inaczej. Powie raczej coś w stylu: "Well, John, z przykrością stwierdzam, że nie do końca się z tobą zgadzam, ale możemy to jeszcze omówić w klubie przy szklaneczce czegoś mocniejszego". Jest to, oczywiście, ilustracja odmalowana celowo trochę za grubą kreską, niemniej jednak rzeczywiście wydaje się, że język Goethego zapadł na tę samą chorobę schamienia, co nasz ojczysty. Odzywamy się do siebie coraz mniej uprzejmie, obrażamy się nawzajem, wyśmiewamy swoje przekonania, zwyczaje, preferencje. Sytuacja zaszła zresztą na tyle daleko, że nawet nasi przywódcy uznali, iż konieczna jest jakaś forma cywilizującej cenzury, czy też ? jak to się dziś elegancko nazywa ? poprawności politycznej. Co sprawiło, że ? w dobitnych słowach Bertranda de Jouvenela ? nie potrzebujemy już najazdów hord mongolskich, bo sami dla siebie staliśmy się Hunami? I czy aby na pewno poprawność polityczna jest najlepszym środkiem podniesienia kultury polskiego dialogu i zażegnania różnych społecznych animozji?
Mogłoby się wydawać, że większość z nas zdecydowanie woli słyszeć pod swoim adresem spokojne i grzeczne uwagi niż obraźliwe odzywki, a jednak niejako na przekór temu gotujemy sobie nawzajem takie ziemskie piekiełko. Cóż, proste socjologiczne prawo mówi, że jeśli duża grupa ludzi zaczyna zachowywać się inaczej, niż wskazywałby na to zdrowy rozsądek, to znaczy, iż musiała zajść jakaś ważna instytucjonalna zmiana, która odwróciła naturalny porządek rzeczy. Uprzejmość i kultura w prowadzeniu dialogu są pochodną kultury osobistej w ogóle ? samodyscypliny, cierpliwości, wyrozumiałości, dystansu i przede wszystkim szacunku dla drugiego człowieka. Nie ma wątpliwości, że nie rodzimy się automatycznie z ogładą godną angielskiego gentlemana i wszystkie wspomniane cechy dopiero mozolnie w sobie wyrabiamy, integrując się z resztą społeczeństwa. Oczywiście, na proces ten mogą wpływać bardzo różne czynniki, gdyby jednak chcieć podać jeden, o absolutnie fundamentalnym znaczeniu dla rozwoju, nie tylko w sensie gospodarczym, ale ? co nas akurat w tym miejscu bardziej interesuje ? kulturowym, to byłaby to z całą pewnością własność prywatna. Okazuje się bowiem, że tam, gdzie prawa własności są uznawane i szanowane, tam ludzie są dla siebie milsi. Dlaczego? Choćby dlatego, że to się najzwyczajniej w świecie opłaca. Spójrzmy, na przykład, na tak błahy fakt jak jakość obsługi w sklepach, która ? choć wciąż pozostawia pewnie wiele do życzenia ? poprawiła się znacznie w stosunku do PRL-owskich standardów.
Łatwiej teraz zrozumieć, dlaczego Anglicy mają z natury więcej ogłady niż Polacy lub Niemcy: po prostu żyją w kraju, który mimo Partii Pracy, luddystów i związków zawodowych przez wieki sprzyjał relatywnie dużemu poszanowaniu własności prywatnej. To właśnie w Wielkiej Brytanii, jeszcze w XV w., zrodziła się idea grodzenia posiadłości, tzn. naznaczania wyraźnych granic między tym, co jeszcze moje, a tym, co już cudze. Takie obiektywnie rozpoznawalne tytuły własności pozwalają ? teoretycznie, rzecz jasna ? uniknąć wszystkich konfliktów społecznych, które w swojej istocie są przecież zawsze sporami o to, kto ma prawo dysponować jakąś konkretną rzeczą. Kiedy granice władania zostaną już sprawiedliwie wyznaczone, dalsze spieranie się o cokolwiek traci właściwie sens, a wchodzące z czasem coraz bardziej w krew poszanowanie praw własności zaczyna dotyczyć nie tylko przedmiotów posiadanych przez drugiego człowieka, ale i jego samego, jego gustów czy opinii, co z kolei znajduje bezpośrednie odbicie w języku, który ? jako narzędzie komunikacji ? staje się bardziej łagodny, stonowany, przyjazny. Wynika to z najzupełniej naturalnego faktu, że każdy z nas inaczej zachowuje się "w gościach", a inaczej u siebie. Idąc do kogoś z wizytą, staramy się nie tylko zadbać o schludny strój, ale i o eleganckie zachowanie, tak aby nie wystawiać gościnności gospodarza na ciężką próbę. A przecież im większy jest zakres precyzyjnie określonej własności prywatnej, tym większa jest ilość miejsc czy sytuacji, w których musimy zachowywać się jak goście. Stąd prosty wniosek, że kultura osobista i relacje społeczne odzwierciedlają relacje własnościowe. Jeśli te pierwsze są w nie najlepszym stanie, to znak, że te drugie także kuleją ? tak właśnie, jak to jest obecnie w Polsce.
Mam co najmniej mieszane uczucia, obserwując zachwyt tak zwanych liberałów z powodu publikacji karykatur Mahometa, obrazoburczych wystaw, wyśmiewania cudzych zwyczajów, preferencji seksualnych, narodowości itd. Niby powinienem popierać takie akcje, bo każda z nich jest przecież manifestacją swobody dysponowania swoją prawowitą własnością (choć można mieć naturalnie wątpliwości, czy aby nasze media ze swą mieszanką przepisów koncesyjno-regulacyjnych i masą zależności państwowo-prywatnych faktycznie mają czysto własnościowy charakter). W pewnym sensie tak, ale czy na tej samej zasadzie pomnikiem prawa własności do mieszkania miałoby być doprowadzenie go do kompletnej ruiny? Chyba jednak nie. Gazety mają, oczywiście, prawo pisać, co im się podoba, a ludzie gadać, co im ślina na język przyniesie ? mogą się nawzajem krytykować, obrażać, zniesławiać, wyśmiewać ? ale fakt, że postępowanie takie pozostaje w granicach prawa własności, nie zmienia zupełnie jego moralno-estetycznej oceny jako pozbawionego klasy, wyczucia i dobrego smaku.
(?)
Juliusz Jabłecki
Wyświetlony 3771 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.