sobota, 31 lipiec 2010 11:32

Nowa pamięć Europy?

Napisane przez

Pamięć Europy jest podzielona, ale to może bardziej naturalne niż sztuczne i polityczne jej dekretowanie i ujednolicanie. Wystarczy, że nie będzie to pamięć konfliktowa, wystarczy rzetelne i obiektywne przedstawienie przeszłości, różnej, jak wiadomo, na Zachodzie i na Wschodzie Europy w jej ostatnich, totalitarnych dziejach, wystarczy poszukiwanie tego, jak naprawdę było. W każdym razie nie można stworzyć wspólnej pamięci europejskiej, opierając się na ignorancji, amnezji lub nawet fałszerstwie, na niewiedzy, czym był Katyń, czy Powstanie Warszawskie to Powstanie w Gettcie, kto jest odpowiedzialny za holokaust, kto zabijał w Auschwitz, czym był komunizm. Akurat Polacy mogą o tym przypominać.

Zapomnieć Auschwitz?

Zapomnienie niewygodnej z różnych przyczyn, bolesnej przeszłości wydawałoby się procesem niemal naturalnym i poniekąd zrozumiałym, choć z powodu totalitarnej zagłady niemożliwym do przyjęcia. Jej pełne doświadczenie i prawda o takiej przeszłości miały stać się częścią świadomości, a tym samym tradycji teraz już całej Europy. Wiedzieliśmy, że społeczeństwa zachodnie niewiele wiedzą o tym, co się działo w Europie Wschodniej podczas wojny i po niej, a ich najwybitniejsi przedstawiciele mylili nieraz powstania w odległej Warszawie. Teraz jednak odkrywamy z przykrością, że sprawy zaszły dużo dalej. Nie tylko sankcjonuje się ignorancję i amnezję, ale chce się z nich uczynić nowe reguły wiedzy wyzwolonej z niedawnych pojęć i kategorii, po prostu z faktów i realiów historycznych, które zmuszałyby do reorientacji politycznej i zmiany układu historycznego, do przemiany obrazu Europy pod wpływem historycznych doświadczeń Europy Wschodniej po dwóch totalitaryzmach.
Wstępne sformułowania z rezolucji Parlamentu Europejskiego o "polskich obozach zagłady" i ofiarach, którymi byli "Żydzi, Romowie, homoseksualiści i Polacy", były nie tylko niezręczne lub podyktowane niewiedzą, były swego rodzaju próbą zadekretowania nowego obrazu tamtej przeszłości według zasad, jak to się dziś nazywa, polityki pamięci (czy lepiej niepamięci) lub polityki historycznej, która podlega z kolei raczej dzisiejszej politycznej poprawności niż niedawnemu jeszcze liberalnemu rozumieniu historii i rozwoju społeczeństw także w kategoriach narodowych. O istnieniu tej tendencji świadczą nie tylko trudności w poszerzeniu i zmianie tych sformułowań podczas obrad Parlamentu, ale i w niewielkim, jak się okazuje, znaczeniu jego ostatecznej rezolucji. Nie zmieniła ona przecież nastawienia potężnych mediów zachodnich, telewizji, prasy, internetu do funkcjonującego już stale schematu Auschwitz. Nadal mówi się i pisze o polskich obozach koncentracyjnych. Nadal poprawne jest stwierdzenie "polskie obozy zagłady", a niepoprawne okazuje się określenie "niemieckie obozy zagłady". Tłumaczy się przy tym pokrętnie, że to przecież wszyscy wiedzą, iż mordowali jacyś naziści, a chodzi tylko o lokalizację obozów. Jednakże ta nowa poprawnościowa nowomowa wprowadza tu charakterystyczny zamęt, który przy dotychczasowej niewiedzy sugeruje po prostu innych sprawców, inne realia, inną odpowiedzialność. Nowomowa ta stara się zmienić dyskurs i komunikację międzyludzką, przesuwając ją na jakąś inną płaszczyznę poza kategoriami prawdy i fałszu, a także winy i odpowiedzialności, zerwania z takim porządkiem. Kłamstwo nie jest już kłamstwem, nawet gdyby to było "kłamstwo oświęcimskie", zakłada ono bowiem i istnienie jakiejś prawdy, a ta jest zbyt fundamentalna, więc nie do przyjęcia. Fałsz jest co najwyżej słabością, którą należy tolerować.

Dekonstrukcja zagłady?
Ta "polityka pamięci" to bardzo ciekawy, choć enigmatyczny wynalazek ostatnich czasów. Nie dotyczy ona, jak widać, faktów, dociekania prawdy historycznej, kształtowania według tego opinii i stosunków międzyludzkich. Często jest po prostu realizacją jakichś okazjonalnych interesów grupowych czy nawet narodowych według założonej jednak z góry pewnej ideologii. Czy ma to być poprawnościowa ideologia europejska przeciw przeszłości poszczególnych narodów i krajów, którą ostatnia wojna przypomina. Nie ma wspólnej pamięci europejskiej, a zwłaszcza unijnej, właśnie z powodu wojny i dwu totalitaryzmów. Jest pamięć niemiecka, polska, żydowska, rosyjska, angielska czy francuska i żadne jej uogólnienie, pamięć wspólna nie jest możliwa. Również dlatego, by zachować doświadczenie Auschwitz, nie zatrzeć i nie zrelatywizować prawdy o zagładzie, by móc odróżnić sprawców od ofiar. To właśnie Auschwitz jest przykładem, niestety, negatywnym tego, że coś trwałego pozostaje z historii. Całkiem inna jest jednak pamięć dzisiejszych Niemców, którzy nie chcą odpowiadać za winy swych przodków i wolą mówić o niemieckich ofiarach i "wypędzeniach", inna jest pamięć Polaków, którzy nie mogą się dotąd uporać ze skutkami dwóch totalitaryzmów, a inna pamięć Rosjan, którzy nie mają świadomości sprawców wojny, tylko jej zwycięzców, Katyń zaś uważają za jeden z usprawiedliwionych zresztą epizodów. Trzeba więc raczej polegać na naturalnym procesie historycznym, gdy faktyczne wydarzenia i konflikty XX wieku wejdą z czasem do tradycji europejskiej, tworząc ex post ciągłość Europy. Żadna inżynieria historyczna nie może zmieniać i konstruować przeszłości z punktu widzenia jakiejś założonej z góry zideologizowanej przyszłości, jaką wyobrażają sobie internacjonalnie nastawieni czy globalni politycy "przyszłości". Taka "polityka historyczna" byłaby uzurpacją, zwłaszcza gdyby posługiwała się nieprawdą lub fałszem, co jak widać, nie jest wcale wykluczone. Nie ma "historii alternatywnej", byłaby ona całkiem wirtualna, historia to właśnie to, co dane, dokonane, czego nie możemy zmienić, wybrać, skonstruować. Nie jest ona jednak jakimś fatalizmem, lecz naturalnym i konkretnym środowiskiem, które ? dzięki kulturze, językowi, obyczajom ? może zapewnić nam tożsamość i własne miejsce w świecie.
Być może, według pewnych założeń unijnej "polityki historycznej" dawna Europa skończyła się symbolicznie w Auschwitz, nowa ma powstać po Auschwitz czy też po zapomnieniu Auschwitz, jako zjednoczona "ponad podziałami" Europa. Jej poprzednią przeszłość należy tylko jasno "sfalsyfikować" według zasad wpływu silniejszego w takiej właśnie nowomowie i nowym myśleniu, które znajduje odbicie w sformułowaniach, takich jak "polskie obozy koncentracyjne". W ten sposób tworzy się też dobrze brzmiącą i odpowiadającą wszystkim stronom ogólną prawdę pacyfistyczną, "że ludzie ludziom zgotowali ten los". Należy przy tym zmienić znaczenie i konkret Auschwitz w ogólnoludzki symbol zagłady, by więcej nie pytać, dlaczego zginęły miliony ludzi, wśród nich tak różni, jak, powiedzmy, Dietrich Bonhoeffer, o. Maksymilian Kolbe czy Edyta Stein. Pytanie, kto ich zabijał, z jakich powodów i czy nic z tego nie wynika, staje się w takiej sytuacji bezprzedmiotowe i poniekąd niepoprawne, wręcz niegrzeczne. "Polityka historyczna", korzystając z ignorancji i amnezji, zmierza wyraźnie do przedawnienia przeszłości i jakiegoś ogólnikowego przebaczenia. Czy to jednak możliwe i właściwe w obliczu zagłady, ludobójstwa, holokaustu? Tu niewątpliwie, na gruncie Auschwitz, dokonuje się także próba wytrzymałości wszelkiej ideologii lewicowo-liberalnej, która w części kształtuje nową dla Europy "politykę historyczną". "Polityka wybaczania", gdyby miała prowadzić do dalszego zacierania lub fałszowania przeszłości, do "kłamstwa oświęcimskiego" w majestacie prawa, byłaby niesłychanie destrukcyjnym nadużyciem. Czy bowiem wstępna wersja prawdy o Auschwitz w Parlamencie Europejskim nie jest lewicowo-liberalną wersją tego, co nazywa się "kłamstwem oświęcimskim"?
(?)
Marek Klecel
Wyświetlony 3012 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.