sobota, 31 lipiec 2010 13:19

Minister Józef Beck

Napisane przez

Dnia 5 czerwca 1944 r. zmarł w nędzy i zapomnieniu, w zapadłej rumuńskiej wiosce Stanesti pod Bukaresztem, płk Józef Beck, sternik naszej dyplomacji od 1932 r. do klęski wrześniowej. Umierał nie ukończywszy nawet 50 lat, zżarty przez daleko posuniętą gruźlicę płuc, szykanowany przez strażników rumuńskich i nadzór nazistowski. Prawdopodobnie, gdyby w porę poddano go stosownej terapii, przeżyłby wojnę... Dawno minęły już jego "złote lata", gdy wzbudzał znaczne zainteresowanie Churchilla i Hitlera, Edena i Stalina, Petaina i Benesza, Mussoliniego i Lavala. Wielką karierę zawdzięczał Marszałkowi Piłsudskiemu, który miał do jego merytorycznych kompetencji bezgraniczne zaufanie. Także prezydent RP prof. Ignacy Mościcki zwykł był mawiać: - Polska ma takiego ministra spraw zagranicznych, że go nam cała Europa zazdrości!

 

Napisano już całe biblioteki książek, broszur i pamiętników, dotyczących bliżej lub mniej szczegółowo osoby płk. Becka i jego polityki zagranicznej. Nie bez kozery wszak nie dysponujemy dotąd pełną naukową monografią Ministra. Jest to bowiem postać tak dalece niebanalna, kontrowersyjna, że unika ona jednoznacznych, prostych historiograficznych "szufladek". Etykietka "ojca klęski wrześniowej", którą przylepiono mu już zaraz w 1939 roku, utrudnia racjonalniejsze oceny. Niepopularny we Francji, Czechosłowacji, USA, Anglii czy ZSRS, nie mógł też Beck liczyć na obiektywne oceny historyków wspomnianych nacji. Dopiero na dobrą sprawę teraz, po ponad 60 latach od jego zgonu, badacze mogą skusić się na pełniejszą ocenę człowieka.

Dostępne są od dość dawna dotyczące lat 30. archiwalia amerykańskie, francuskie, brytyjskie czy niemieckie, mimo to napisanie całościowej biografii naukowej Becka jest zadaniem bardzo trudnym. Dlaczego? Odpowiedź nie jest tu zbyt trudna. Po prostu Beck umyka jednoznacznej ocenie. Jakiekolwiek dokumenty byśmy zaprezentowali, i tak dla jednych pozostanie naiwnym i nieudolnym "grabarzem" niepodległości Polski (malejąca z biegiem lat większość), dla innych (mniejszość) wielkim wizjonerem i mężem stanu, któremu się po prostu nieszczęśliwie "nie udało". Brakuje tymczasem ? moim przynajmniej zdaniem ? prób ukazania jakiejś racjonalnej alternatywy dla tak krytykowanej "polityki Becka". Nie pracował przecież w próżni politycznej.
Płk Józef Beck miał do czynienia z jednej strony z niesłychanie agresywnym (ale i podstępnym) nazizmem, z drugiej ? ze stalinizmem. Były to dwa systemy zbrodnicze, ateistyczne, totalne, nie liczące się z jakimikolwiek zasadami. O ile jeszcze do 1918 roku, zachowywano w świecie jakieś "reguły gry" w stosunkach międzynarodowych (przede wszystkim zasada pacta sunt servanda), to naprzód rewolta bolszewicka w Rosji (1917-21), a potem dojście do steru faszystów w Italii (1922) oraz nazistów w Rzeszy (1933), otwierało całkiem nową epokę historyczną. Była to wprost dżungla polityczna, gdzie liczyło się prawo silniejszego i bardziej brutalnego. Kraje sąsiadujące z Rosją, Niemcami i Włochami, musiały jakoś na ten stan rzeczy zareagować. Odnosiło się to przede wszystkim do najważniejszych państw, tj. Francji, Wlk. Brytanii, Polski, Jugosławii i Czechosłowacji.
Tragiczny problem w okresie 1933-1938 polegał na tym, że każdy z tych krajów poszukiwał obrony we własnym zakresie, nie tylko nie myśląc o solidarnej tamie dla faszyzmu bądź komunizmu, lecz tak manewrując, aby agresję państw totalitarnych ukierunkować przeciwko swemu własnemu potencjalnemu sojusznikowi. Śmiało stwierdzić możemy, że gdyby owe pięć państw solidarnie dało odpór Hitlerowi jeszcze przed 1938 rokiem, to nie tylko III Rzesza nie poważyłaby się na Anschluss Austrii oraz tzw. Monachium, lecz nie doszłoby do paktu Ribbentrop-Mołotow. Powodem fatalnego przebiegu początków II wojny światowej były zatem m.in. niefrasobliwość i błędna polityka zagraniczna Pragi, Paryża, Londynu i Warszawy.
Beck był tylko jednym z aktorów europejskiej sceny, wielu badaczy ? z grubą przesadą ? twierdzi, że kluczowym. Ale Polska nie była mocarstwem, tak jak jej dwaj sąsiedzi z zachodu i wschodu czy Anglia, a jako taka nie miała znaczącej swobody manewru. Pozycja Polski była, niestety, zbliżona do roli Czechosłowacji, Hiszpanii, Rumunii, Szwecji, Austrii, Węgier, Jugosławii, Grecji czy Holandii, czyli krajów raczej średniej wielkości i potencji militarnej. Minister Beck chyba zbyt optymistycznie oceniał swoje możliwości. Robił wrażenie wyniosłego, pysznego i chłodnego; potrafił groźnie fuknąć nie tylko na dyplomatów włoskich czy rumuńskich, lecz wyniośle pouczać ministrów sowieckich, francuskich i brytyjskich. W dużej mierze było to przysłowiowe "robienie dobrej miny do złej gry", ale gros partnerów ? przyznać trzeba ? dało się nabrać.
Jeszcze po swej przedwczesnej śmierci, po II wojnie, minister J. Beck jawił się jako złowrogi "Mefistofeles" takim chytrym luminarzom dyplomacji jak Stalin, Churchill, Benesz czy De Gaulle. Tymczasem najwyraźniej przeceniali oni jego spryt i talenty, a także wpływy osobiste w obrębie "sanacyjnej" elity. Pewnie, że na salonach Europy czuł się niczym ryba w wodzie; był bystry, inteligentny, elokwentny, elegancki, wysoki, przystojny, władał biegle francuskim. Kiedy Polska podpisała z Hitlerem układ o nieagresji 26 stycznia 1934 r., gros dyplomatów światowych było przeświadczonych o istnieniu w tym temacie jakiegoś tajnego protokołu. Tymczasem dyplomatyczna teka Becka była pusta...
Analogicznie wygląda sprawa z pozycją Becka w łonie sanacyjnej "góry". Owszem, jako sternik naszej dyplomacji, cieszył się bezgranicznym zaufaniem Zamku. Ale jak wspomina St. Wachowiak ? wybitny ekonomista i przedwojenny działacz gospodarczy ? sabotowali jego innego typu posunięcia wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski czy wojewoda śląski Michał Grażyński. Także marszałek Śmigły odnosił się doń chłodno. Ogólnie nie był lubiany ani przez media, ani przez opinię publiczną w kraju. Prywatnie był człowiekiem nerwowym i dość schorowanym, nazbyt ulegającym emocjom. Jak wiadomo z psychologii, a także z historii dyplomacji, takie podejście nie ułatwia prowadzenia racjonalnej gry.
Beck nie lubił np. Czechów, Rosjan i Francuzów, co niestety, ujemnie rzutowało na stosunki Polski z Paryżem, Pragą i Moskwą. Czy był germanofilem, jak chcieli endecy, sikorszczycy, a po wojnie komuniści? Z pewnością nie, w takim sensie jak Władysław Studnicki czy Adam Ronikier. Ale jego polityka była znacznie bardziej "proniemiecka", niż gra starego Marszałka. Prawdę pisał w 1964 r. Stanisław Cat-Mackiewicz, że Beck w okresie 1935-38 oddał Rzeszy największe przysługi, nie uzyskawszy niczego konkretnego w zamian. Inna sprawa, że sam Cat zupełnie co innego pisał w swym "Słowie" przed wojną, a co innego po powrocie z Londynu do PRL w roku 1956.
Przejdźmy teraz do bezpośredniej prezentacji zagadnienia tytułowego. Urodzony w Galicji w 1894 roku, młody Beck dość szybko związał się z Piłsudskim i jego robotą paramilitarną u progu Wielkiej Wojny. Przerwał nawet studia na Akademii Ekonomicznej w Wiedniu, by zaciągnąć się do Legionów. Już wtedy Komendant docenił jego spryt, zimną krew, mobilność, dyskrecję oraz skierował do wywiadu. Już w wolnej Polsce jako pracownik II Oddziału wyrusza z tajną misją do Rosji, gdzie trwała wojna domowa; z owych lat powiększył się jeszcze jego kompleks antyrosyjski i antysowiecki.
Potem skierowano go na placówkę attaché militaire w Paryżu. Był wtedy majorem i zaliczano go do ścisłego "sztabu" Piłsudskiego. Dlatego też po udaniu się Marszałka na emeryturę sulejowską w maju 1923 r. Beck został odwołany do Polski. Złośliwi dyplomaci francuscy wymyślili przy tym "legendę" o rzekomym wykradzeniu jakichś dokumentów przez Becka dla... wywiadu niemieckiego. Jest to ewidentna bajeczka, już dawno zdementowana przez poważnych badaczy. Ale mit "germanofila" prześladował Becka już do końca. Prawda wszelako wyglądała tak, że po prostu bardziej lubił on Niemców (oraz Anglików i Amerykanów) niż Francuzów, Rumunów, Czechów czy Rosjan.
Po tak niefortunnej misji francuskiej w latach 1923-26 Beck studiował w Akademii Sztabu Generalnego, uzyskując dyplom pułkownika artylerii konnej. Dyplom ów i stosowny mundur cenił sobie znacznie wyżej niźli dyplomatyczny frak czy smoking. I w jednym zresztą, i w drugim wyglądał świetnie. Żądny szybkiej kariery, dyspozycyjny wobec Piłsudskiego (który starszy o 27 lat żywił dlań chyba uczucia ojcowskie), był obok gen. Orlicz-Dreszera i Wieniawy "spiritus movens" przewrotu państwowego w maju 1926 roku. Po zwycięstwie Marszałka, 32-letni Beck został szefem jego gabinetu, jako minister spraw wojskowych; był tedy de facto wiceministrem resortu. W sierpniu 1930 r. obejmuje tekę wicepremiera przy Piłsudskim. Była to kariera błyskawiczna.
(?)
Tomasz Serwatka

Wyświetlony 3767 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.