sobota, 31 lipiec 2010 14:58

Bony - etatystyczny pomysł na edukację

Napisane przez

Przeglądając spis treści kwietniowego numeru mojego ulubionego miesięcznika, natrafiłem na wielce intrygujący tytuł: Bony - leseferystyczny pomysł na edukację. Przypomniawszy sobie, iż nawet Milton Friedman porzucił przed laty ową ideę (przekonany przez Lysandera Spoonera), postanowiłem od razu rzucić okiem, co też pan Tomasz Tokarz napisał o nieświeżej koncepcji odgrzanej nie tak dawno przez Platformę Obywatelską.

 

Na początku artykułu Autor wymienia, słuszne, niewątpliwie, zarzuty wobec państwowego szkolnictwa. Posłużę się cytatami: system narzuca rodzicom rozwiązania; odbierając podatnikom duże sumy pieniędzy, decyduje odgórnie, na jaki typ usług muszą zostać przeznaczone; państwowe placówki edukacyjne stanowią (...) pas transmisyjny, przez który władza przekazuje dzieciom swoje wartości, wpaja taki model organizacji społeczeństwa, jaki uznaje za słuszny; państwo, czyniąc ze szkół narzędzie ideologicznego formowania dzieci i młodzieży, wkracza w zakres władzy należnej rodzicom. Dalej jeszcze pisze pan Tokarz o małej efektywności państwowego szkolnictwa, niskiej jakości usług i wysokich kosztach. Wszystko to prawda i słusznie domaga się Autor: laissez faire! Tylko dlaczego to właśnie oświatowe bony mają być rozwiązaniem? Są leseferystyczne? Prawie. Ale wiemy przecież, że prawie robi wielką różnicę...

Bon oświatowy (...) miałby taki efekt, że prywatne szkoły straciłyby resztkę swojej niezależności (...) Wynika to z tego, iż państwo naciskałoby, że te bony edukacyjne mogą być wykorzystane jedynie na finansowanie jednostek, które mają przydzieloną koncesję. Nie pozwolono by mi na przykład na uczynienie mojego dużego pokoju szkołą, finansowaną dobrowolnie przez rodziców; twierdzono by, że mogę to tylko robić, jeśli mam otrzymaną wcześniej państwową licencję. A państwowa licencja wymagałaby ode mnie dostosowania się do wszystkich wymogów, jakie państwo ma ochotę narzucać jednostkom edukacyjnym. Dlatego prywatne szkoły stawałyby się coraz bardziej podobne do publicznych ? odpowiadał Mateuszowi Machajowi Hans Herman Hoppe (wywiad z numerów 21, 22 "Opcji na Prawo"). Czy nie miał racji? Przecież sam pan Tomasz przyznaje, że zasadne wydaje się ustalenie i egzekwowanie przez państwo podstawowych standardów programowych, zarówno w kwestiach merytorycznych, jak i aksjologicznych. Postępowy ten leseferyzm. Ale czemu w takim razie ze spostrzeżeń o państwowym narzucaniu rozwiązań czy pasie transmisyjnym czynił wcześniej zarzuty wobec obecnego systemu?
Kolejna, chyba na równi fundamentalna, wada systemu bonów edukacyjnych: oderwanie od ekonomicznej kalkulacji. Korzyść uzyskiwana przez ucznia (nabywana wiedza) nie wiąże się z bezpośrednimi wydatkami, szkolnictwo wciąż jest przecież socjalistyczne ? czyli "darmowe", utrzymywane z podatków. A skoro nauka to potęgi klucz, który dają za darmo... W ten sposób branża edukacyjna nie ma nic wspólnego z rynkiem i optymalizacją nakładów ? jest permanentnie przeinwestowana. No dobrze ? powie ktoś ? lecz przecież dzięki temu ludzie są lepiej wykształceni, więc to chyba nie takie złe, prawda? Nieprawda! Kiedy już uczniowie zaczną (wreszcie, po wielu latach nauki) pracować, będą musieli pokryć koszty edukacji następnych pokoleń (ach, te umowy między generacjami). A te, jak już wiemy, niewspółmierne są z korzyściami, jakie osiągnęli.
Raz jeszcze zacytuję H.H. Hoppe: dlaczego rząd ma określić, ile pieniędzy powinni ludzie wydawać na edukację? To taki sam pomysł, jak decydowanie przez państwo, ile pieniędzy masz wydawać na jedzenie i dawanie ci "bonów jedzeniowych". A to jest wielkość pieniędzy, jakie możesz wydawać na wakacje, a oto i "bon wakacyjny". Zaś to jest wielkość pieniędzy, jakie możesz wydawać na alkohol, a oto i "bon alkoholowy". Taki pogląd uznaje, że państwo wie lepiej, na jakie cele masz wydawać swoje pieniądze, ponieważ bony oświatowe mogą zostać wydane jedynie na edukację w rozumieniu urzędników państwowych. Czy w przyszłości ze strony pana Tokarza możemy spodziewać się pomysłów również i na takie bony? Idea zabierania ludziom pieniędzy (liniowo czy progresywnie, w każdym razie wedle zasady: im więcej masz, tym więcej oddaj), a potem fundowania za nie różnych towarów czy usług w określonym zakresie, to socjalizm, nie zaś leseferyzm ? nazywajmy rzeczy po imieniu! Gdy słowa tracą swe znaczenie, ludzie tracą wolność ? jak mądrze zauważył Konfucjusz.
Reasumując: "trzecia droga" jest mrzonką! Zarówno w edukacji, jak i gdziekolwiek indziej. Gdy wybieramy, jaki system oświaty chcielibyśmy mieć w Polsce, jedynie dwa mamy wyjścia: państwo albo rynek. Wybierzmy mądrze. Nawet jeśli mądre rozwiązanie jest, jak napisał pan Tokarz, na dziś mało realne. Z dedykacją dla Niego przytoczę słowa Karola Hessa: Ekstremizm w obronie wolności nie jest grzechem. Umiarkowanie w dążeniu do sprawiedliwości nie jest cnotą.
Daniel Nogal

Wyświetlony 6641 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.