sobota, 31 lipiec 2010 14:59

Sanacyjne autostrady

Napisane przez

Kiedy w listopadzie 1806 r. wojska napoleońskie, bijąc jak zawsze beznadziejnie schematycznych Prusaków w kaczy kuper, znalazły się na ziemiach polskich, Marcelin Marbot, adiutant marszałka Bernadotte (zajadłego wroga Napoleona, posiadacza pięknych nóg i małego móżdżku militarnego oraz założyciela, pożal się Boże, dynastii, co to dzisiaj karykaturalnie panuje w socjalistycznej Szwecji: czyż normalny władca może jeździć na rowerze i zapisywać się w książce telefonicznej?!) pisał okrutnie: Jesteśmy w Polsce... Po przejściu Odry żadnych dróg, błoto i piasek (...). Niech mu tam będzie, gadzinie francuskiej. Że też my za takich "koalicjantów" przelewaliśmy krew pod Somosierrą. Tak; jak zawsze my: "Za Waszą i (ewentualnie - DR) Naszą Wolność".

 

Mijały lata, dziesiątki lat, stulecia. Nadrabialiśmy, jakby to powiedział tow. Edward Gierek, wielowiekowe zacofanie. Aż tu nagle przyjeżdża do mnie znajomy Anglik, to jest atawistyczny wróg wspomnianego Marbota (niech mu ziemia, szczególnie lechicka, ciężką będzie). Wizytacja krótka. Ot, kolacja, pogaduszki, spanie, śniadanko i prośba o podwiezienie do Krakowa. Z gracją, pożyczonym wehikułem marki dacia-logan (naprawdę zmyślne, bo obszerne autko konstrukcji romańskiej, to jest rumuńskiej, to jest francuskiej) kołuję na "Polish Pride" ("Polską Dumę"), czyli legendarną autostradę A-4. Pech chce, że za chwilę Albiończykowi chce się "na stronę" (a było pić piwo przed jazdą?!). Trudna sprawa. "Motorway", czy też " Highway" jest, ale stacji benzynowej z pisuarem nie uświadczysz. Dopiero za Mysłowicami, czyli bramką oddzielającą odcinek gratisowy od płatnego. Ja to wiem, biedny Angol potnieje. Docieramy wreszcie na małopolsko-śląskie pogranicze. Zbawcza stacja "Orlenu". Poddany Jej Królewskiej Mości oddaje się wiadomym przyjemnościom, a ja ? twardy polski autochton ? popalam papierocha (chociaż " doktory" zabraniają) . Wiadomo: twardzi faceci palą i nie tańczą.

Tuż przed Krakowem Albiończyk pyta: To wy macie autostrady bez ubikacji? ? Widzisz stary ? kluczę, bo trudno mi wyjaśnić wszystkie te ustawione, złodziejskie przetargi itd... ? Widzisz... W każdym razie nasze dziewczyny są ładniejsze od waszych (Anyway, our girls are nicer than yours). Yes, yes, yes ? jakby ponownie powiedział p. premier Marcinkiewicz, daj Boże, włodarz prawdziwej IV RP. Strzał w dziesiątkę. Kupiłem gościa.
My tu "gadu, gadu", a właściwie "piszu, piszu", a czas na historyczne i wspomniane w tytule autostrady sanatorów, czyli podkomendnych Marszałka Piłsudskiego ? postaci wielbionej, jakże słusznie, przez rzesze Polaków, w tym, o dziwo, wszystkich pp. Prezydentów III Rzeczypospolitej.
Cofnijmy się do lat trzydziestych ubiegłego wieku. Polską rządzą piłsudczycy, wmawiając społeczeństwu, że jesteśmy nieomal europejskim mocarstwem. Gdyby mierzyć ową mocarność stanem naszych dróg i stopniem zmotoryzowania Polaków (a są to istotne elementy cywilizowanego kraju wtedy i obecnie) wypadlibyśmy gorzej niż źle, czyli beznadziejnie. W 1938 r. na 10 tysięcy mieszkańców przypada w Polsce 10 samochodów. Rozumiem, że nie możemy równać się z Francją (523 wehikuły), Wielką Brytanią (511), Belgią (268), Italią (100), Czechosłowacją (69 ? w samych Czechach na pewno więcej), ale żeby wyprzedzała nas nawet bratnia (wspólna granica i układ sojuszniczy) Rumunia?!
A tak: w karpacko-czarnomorskiej krainie na 10 tysięcy Rumunów, Węgrów, Niemców, Cyganów, Gagauzów, Rusinów, Bułgarów, Tatarów, bukowińskich Polaków itd. przypadało 13 samochodów. A nie produkowali jeszcze słynnych dacii z wydatnym tyłkiem, czyli sobowtórów "Renault 12"! Inna sprawa, że współczesny kontrowersyjny (czyli ciekawy) historyk rumuński, Lucjan Boia ("Rumuni, świadomość, mity, historia", Kraków 2003) notuje spostrzeżenia pewnego (ponownie) Anglika peregrynującego po Bukareszcie lat trzydziestych ubiegłego wieku. Cudzoziemiec nie może się nadziwić, że w alejach "Paryża Bałkanów" ? obok fantastycznych, lśniących chromem wehikułów ? człapią poczciwe drabiniaste wozy zaprzężone w woły z długimi rogami. Cokolwiek by powiedzieć: nasi włościanie preferowali bardziej cywilizowane koniki.
Pod koniec okresu niepodległości w II RP było zaledwie 34 tysiące samochodów, czyli mniej więcej tyle samo, co w roku... 1929. Cóż, "Wielki Kryzys Gospodarczy" skutecznie wymiótł automobile z polskich bezdroży; bardziej opłacało się dać złotówkę biednemu jak mysz kościelna chłopu, który i tak dowiózł towar tam, gdzie trzeba. Zestawmy tę mizerię z pewnym małym śląskim miastem ? Opolem. Otóż moje rodzinne piastowskie Opole, z niemiecka zwane Oppeln, istotnie przed wojną metropolią nie było. Latem 1930 r. liczyło 45 tysięcy mieszkańców, w dużej części urzędników (Beamtenstadt) . W rzeczonej mieścinie 1 lipca 1930 r. w prywatnym posiadaniu było niemal pół tysiąca samochodów. W jednym prowincjonalnym Opolu!. W dodatku w czasie głębokiej w Niemczech zapaści gospodarczej.
Na miły Bóg ? powróćmy jednak ostatecznie do właściwego tematu, czyli przedwojennych "autostrad". Zestawmy polski stan posiadania z biedniejszymi państwami Europy.
(?)
Dariusz Ratajczak

Wyświetlony 3443 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.