sobota, 31 lipiec 2010 15:04

Mroczny rachunek sumienia Jana van Eycka

Napisane przez

Interpretacje współczesne

Nie istnieje zbyt wiele opracowań na temat Jana van Eycka i malarstwa tego okresu. Ich lektura tylko mnoży pytania, skoro faktów udało się zebrać tak mało. Historycy dotarli do kresu swojej sztuki, gdyż dokumentów i zapisów z tamtego czasu na temat owego malarza po prostu nie ma. Z owych pytań zrodziła się ta powieść ? czysta fantazja, w której wprawdzie podstawowe fakty odpowiadają prawdzie historycznej, ale materiał łącząc je w narracyjną całość, jest wymysłem autora. Tak oto wyjaśnia swój zamysł Czesław Karkowski, autor świeżo wydanej książki o zagadce Jana van Eycka i słynnego ołtarza w kościele Św. Bawona, Adoracji Baranka Mistycznego, dumy flamandzkiej Gandawy, zarazem jednego z najbardziej enigmatycznych w swym przesłaniu, arcydzieł epoki rządów księcia Filipa Dobrego, Ale czy o tym, w istocie, jest ta propozycja?
Co skierowało uwagę współczesnego krytyka sztuki i filozofa ku tak odległej erze "jesieni średniowiecza", w dalekich ,w dodatku, Niderlandach? Na jakiego czytelnika liczył Czesław Karkowski, komentator i edytor nowojorskiego "Nowego Dziennika", składając tę powieść w toruńskim wydawnictwie Adama Marszałka? Czy nie są to aby ćwiczenia w abstrakcji, ku własnej, li tylko autorskiej satysfakcji piszącego, których związku z czasami, w jakich dziś żyjemy, trudno doprawdy dociec? Bawię się teraz oczywiście w adwokata diabła, bowiem po lekturze "Drugiego w sztuce", pierwszej, jeśli się nie mylę, próbie Czesława Karkowskiego w literackiej prozie, sam takich wątpliwości nie mam. Jest to niezwykła, w dodatku mądrze pomyślana i napisana opowieść, którą chłonie się jednym tchem. Na czym polega jej sekret?
Odwołam się, na zasadzie wyrazistego kontrapunktu, do dwóch przykładów, książki i filmu, burzliwie dyskutowanych w ostatnich sezonach, które dziwnym trafem sięgają również do epok oddalonych od nas o stulecia, a przecież wywołały prawdziwy dreszcz emocji. Z jednej strony chodzi o wielce prowokacyjny "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, z drugiej o "Dziewczynę z perłą", wprowadzającą nas do pracowni i sztuki malarskiej Jana Vermeera, twórcy niderlandzkiego, tworzącego w Delft, dwa stulecia po Janie van Eycku. Kod, choć jest otwarcie fikcją literacką, zelektryzował opinię publiczną sugerowanymi tam rewelacjami, dotyczącymi nie tyle mistrza Renesansu i prawdopodobnych korekt dokonanych na jego sławnej "Ostatniej wieczerzy", mających źródło w cenzurze religijnej, co w wielkiej konspiracji, w której istnienie autor ewidentnie wierzy. Jeśli dla wielu tezy książki okazały się nie do przyjęcia, a konspiracja zdecydowanie wymyślona, autor bestselleru zdołał ponad wszelką wątpliwość przekonać dzisiejszego czytelnika, że w odległej przeszłości historii sztuki i religii pełno jest wciąż pasjonujących dla nas sekretów i tajemnic, daleko ciekawszych od tego, co nas dziś otacza.
Znacznie szlachetniejsza dla mnie próba filmowa (z jakże powabną Scarlett Johansson w roli Dziewczyny z perłą) pokazania czasów Vermeera i jego sztuki przyniosła jakże głęboko przemawiający ludzki dramat twórcy, który żyjąc w mieszczańskim środowisku, nieoczekiwanie odnajduje bratnią duszę i wrażliwość w bardzo młodej służącej, modelce dla jego słynnego, tytułowego płótna, wystawiając go na dużą próbę i poważny konflikt z całym najbliższym otoczeniem. Sięgnąłem po te żywe przykłady, aby obalić aprioryczne uprzedzenia co do "dawnych czasów" i tematu, w jakich osadzona została powieść Karkowskiego o Van Eycku, "Drugi w sztuce". Zarazem po to, aby zapewnić czytelnika, że emocje, jakie wzbudza lektura omawianej książki, nie są od tamtych wcale mniejsze! Mówiąc najprościej, autor nie tyle z powodzeniem zrekonstruował tu świat późnośredniowiecznej Gandawy z trzeciej dekady XV wieku, podobnie jak i problemy, z którymi musiał się borykać Jan van Eyck (1390 -1442) odziedziczywszy odpowiedzialne zamówienie malarskie po przedwczesnej śmierci swego starszego brata, Huberta. Karkowski dostrzegł w tym epizodzie splot spraw, które brzmiały dla niego żywo i dramatycznie, mających istotne reperkusje dla człowieka, czyli czytelnika, współczesnego.
"Drugi w sztuce" wprowadza nas rzeczywiście w pytania i niepokoje, artystyczne i etyczne, rezonujące dostatecznie silnie , aby podjąć trud wyprawy (w sferze wyobraźni) do Burgundii i Flamandii pod rządami księcia Filipa, postaci wielce kontrowersyjnej, np. nieoczekiwanego, acz politycznie przezornego sojusznika, malowniczego brytyjskiego monarchy, Henryka VIII, co mu się sowicie opłaciło. Raz jeszcze ? nie jest to książka o zamierzchłych czasach, choć daje o nich wyraziste wyobrażenie (dzięki doświadczeniu i wiedzy autora w zakresie historii sztuki). Posmakiem jest już rozdział pierwszy, który tak malarsko i soczyście kreśli uroki kroczenia ulicą miasta tamtej epoki, kiedy potknąć się było łatwo o szczura czy też wnętrzności pospiesznie przez rabusiów poćwiartowanych zwierząt...
Czesław Karkowski należy do bliskiej mi duchowo kategorii ludzi piszących, rozmiłowanych w labiryncie malarskiego dorobku ludzkości poprzedzających nas wieków, autorów, którzy szukają w nim wyższego pułapu wartości, jakie mogą stać się dla nas oświetlającym mrok kagankiem, a zarazem udzielić nam odpowiedzi, na podstawowe zupełnie pytania, które uporczywie nękają wciąż człowieczeństwo, pomimo pozornie osiągniętego dotąd postępu cywilizacyjnego.
"Drugi w sztuce" ma chwytliwą dla czytelnika strukturę powieści o przestępstwie, a właściwie całej serii tajemniczych włamań i napadów.
Akcja rozpoczyna się od powierzenia nadwornemu artyście (który takich "misji specjalnych" otrzymywał sporo) zadania rozplątania zagadki niepokojącego monarchę bezwstydnego rozboju. Jakaś bezkarna szajka wdziera się nocami do mieszczańskich domów, kościołów i klasztorów, grabi i niszczy, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Malarz nagle w roli detektywa? Książę powiada, że to sprawa delikatna i chce ją rozszyfrować nader dyskretnie. Być może, jednak wie, co robi, a także ma po temu istotne powody. Ważniejsze dla nas, że czyni to w istocie pisarz, który pragnie z jednej strony, wejść śladami Jana Van Eycka w cały przekrój świata tamtej Gandawy, a jednocześnie wedrzeć się w strumień świadomości samego malarza, który go z wielu względów intryguje. Ma on zaledwie czterdzieści parę lat, a jest już zaufanym i dobrze płatnym dworakiem, jak widać też, zajmującym się nie tylko samą sztuką. Czy istniał już wtedy konflikt sumienia dworaka-funkcjonariusza i artysty?
Sprawa nabiera dodatkowych kolorów przez fakt istnienia starszego brata, który wprawdzie przedwcześnie zmarł, ale zaskarbił sobie powszechną sławę i uznanie. Dlatego, że był w sztuce tak dobry, czy też dlatego, że jako malarz pozostawał niezależny, przyjmował zamówienia od różnych patronów i w dodatku obracał się wśród zwykłych ludzi? Wchodząc w pozostawione zamówienie szczególnej kategorii (reprezentatywny ołtarz dla świątyni miasta Gandawy), Jan Van Eyck przejmuje cały dom brata wraz ze wszystkimi jego przynależnościami, nie wyłączając czeladników w tym fachu, jak i jego żony. Czujemy, jak dramatycznie poszerza się skala wyzwań stojących przed Janem, naturalnie zawistnym o wszystko to, co stworzył, jako malarz jego brat, tak jak i o reputację, jaką on osiągnął. Karkowski wie, że po bracie Hubercie badacze dziejów sztuki cenniejszej niż złoto nie zdołali znaleźć ani jednego dzieła. Traf, a może i czyjeś świadome staranie?
W powieści, która jest oczywiście jawną spekulacją dzisiejszego pisarza, na wątłej kanwie kilku historycznych faktów, najważniejszym materiałem dowodowym, owym corpus delicti, są dokonania malarskie, dzieła sztuki tamtej epoki i braci Van Eyckow. Zrozumieć ducha ludzi i czasów, ich stopień samowiedzy o sobie i świecie to gigantyczne wyzwanie, przypominające sytuacje Sergiusza Eisensteina, stojącego pod murami Pskowa i patrzącego na zachowane cerkwie z czasów Aleksadra Newskiego, o którym postanowił zrobić epickie dzieło. Podobnie, jak później Andreja Tarkowskiego, kiedy przystąpił on do filmu o Andreju Rublowie, patrząc w zachowane po nim ikony, a nie mając żadnej wiarygodnej biografii ich malarza. Czesław Karkowski demonstruje więc swoje nieprzeciętne doświadczenie historyka dawnej sztuki, rekonstruując cały zawiły wywód w głowie Jana Van Eycka, zanim dochodzi on do wielowątkowej struktury ołtarza w kościele Św. Bawona w Gandawie. Jest w tym cała, właściwa dla ludzi tamtych czasów, kalkulacja: jak przedstawić to, co święte, i łączy się z fundamentalnymi dogmatami wiary, kluczowymi w tamtych czasach i społeczeństwie, w którym pamiętać trzeba było również o tym, "co cesarskie".
W praktyce to zadanie w sztuce: jak podkolorować obecność sponsorów i miejscowych notabli w obrazie, jak ustawić adorujące grupy, zachować ich uznaną hierarchię, aby nikt nie poczuł się zawiedziony i urażony, bo miałoby to rychłe konsekwencje w dalszej dworskiej karierze malarza... Kiedy w finale wędrówki bohatera powieści Jan Van Eyck zaczyna dochodzić do konkretnych wniosków na temat śledztwa, jakie mu powierzono, wstrząśnięty jest przede wszystkim konkluzjami pod swoim własnym adresem. Uzmysławia mu to nieoczekiwanie zasłyszana legendarna przypowieść: Porażka szlachetnego Gawaina nie oznacza, iż był on z gruntu zły, tylko zewnętrznym polorem mamiąc dobrego króla Artura, rycerzy okrągłego stołu i cały Camelot ? znamiennie analizuje bohater książki to, co usłyszał. Człowiek nie jest zły ani dobry, takim staje się w zależności od okoliczności, a przede wszystkim od ludzi, z jakimi ma kontakt ? konkluduje malarz. Gdy przestaję z określonymi osobami, wtedy ujawniam cechy, których w przypadku obcowania z innymi nigdy bym nie zdradzał. Nie jestem więc takim to, a takim Janem, ale staję się uniżony, albo opryskliwy, władczy czy przyjacielski, serdeczny albo odpychający, człowiekiem dobrym, albo złym. Średniowiecze to, czy nie aby nasz dobry, XXI wiek?
To zaledwie jeden z tuzina godnych przytoczenia cytatów o moralności i etyce, refleks czasów Van Eycka, ale czy nie naszej także epoki, nad którymi czytelnik zmuszony jest się kiedyś pochylić, dokonując głębokiego obrachunku sumienia własnego. Tak jak i świata, w którym przyszło mu żyć. To prawdziwe, nieocenione ostrze książki Czesława Karkowskiego. Modląc się na kolanach do Boga o litość nad jego wyborem, postępkami i grzechami, słowami psalmistów: Wejrzyj na mnie i zmiłuj się nade mną, Bom jest samotny i ubogi, Uciski serca mego mnożą sie, Wyrwij mnie z moich utrapień (...) Powieściowy Jan Van Eyck ma równie brzemienną świadomość błądzenia w swojej sztuce: Obraz na zamówienie Joosa Vijda był dlań szczytem kunsztu, który prześcignie, przewyższy dokonania Huberta, pierwszego malarza Flandrii. Tymczasem okazuje sie, że Hubert był lepszy, bo był gorszy… Bo jego dzieła powstawały nie dla wyrafinowanych znawców, wielmożnych panów, wytwornych i wyedukowanych, ale dla zwyczajnych mieszczan. Znakomity obraz Jana dla tych pierwszych jest tylko jeszcze jednym kosztownym i szykownym elementem ozdobnym; dzieło Huberta dla tych drugich było częścią ich życia, ich codziennością.
Ostatecznie pisarz udziela odpuszczenia grzechów i winy swemu bohaterowi. Dzieje się to z chwilą, kiedy dochodzi on do fundamentalnej prawdy o odkupieniu sztuki przez jej piękno. Moim kunsztem ? rozumuje malarz ? odtwarzałem ów porządek ("gdzie każdy zajmuje nakazane i wyznaczone mu przez Boga miejsce"). Tymczasem sztuka może być czymś innym: co ja mowię ? jest w istocie czymś innym ? przede wszystkim tworem piękna. W kontakcie z nim, z takim dziełem artystycznym, człowiek wyłamuje się z tego sztywnego podziału ról, jaki mu przypada wśród ludzi. Gdy ma do czynienia z pięknem, wtedy staje się sam ? wolną, suwerenną jednostką, wobec dzieła. Jej sąd jest tak samo dobry, jak każdego innego, jej poczucie przyjemności doznawane tak samo (albo i silniej) niż księcia biskupa albo innego wielmoży. Jest sobą, niepowtarzalnym bytem, boskim stworzeniem w swej wyjątkowości...
Pozostawiam teraz już Państwa ? sam na sam ? z tą książką, niewątpliwie bogacącą nie tylko nasze rozumienie tradycji malarskiej, dorobku przeszłych kultur i cywilizacji, tak jak niejedynie ukazanego z tej perspektywy słynnego malarstwa niderlandzkiego, Jana Van Eycka oraz jego olśniewającego ołtarza w Gandawie. Czesław Karkowski wymyślił i opisał wyimaginowane doświadczenie myślowe malarza epoki jesieni Średniowiecza ? tak, by otwierało również nas samych na konieczne pytania, jakie i my musimy ostatecznie sobie postawić ? wobec własnego sumienia, otaczającego nas świata, dziedzictwa i dorobku sztuki oraz kultur wszystkich, odziedziczonych przez nas epok. Pretekst był godny zamysłu, chodzi bowiem o pytania, przed którymi nie sposób uciec.

Czesław Karkowski: "Drugi w sztuce", Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2006, stron 218.
Wojciech A. Wierzewski

Wyświetlony 4078 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.