Wydrukuj tę stronę
sobota, 31 lipiec 2010 18:49

Oddajmy głos uczonym

Napisał

Uczeni mają rację we wszystkim. W tym, jak się poprawnie wysławiać, budować mosty i jak prać skarpetki. Teoria zawsze górą. Idee zwyciężają w walce z rzeczywistością, rzeczywistość skulona i zawstydzona chowa się do kąta. Nauka tryumfuje. A kto się z uczonym kłóci, ten bęcwał i ignorant. Co z tego, że w praktyce wszystko wygląda inaczej. Teoretyk wie lepiej.

Tak było niemal od zawsze, to znaczy, odkąd ludzie zaczęli teoretyzować, a stało się to sporo czasu po tym, jak pozłazili z drzew, rozpalili ogniska, porwali połowice i zasiali owies. Jak już zasiali, to okazało się, że mają dużo wolnego czasu. Aby ten czas jakoś zabić, zaczęli teoretyzować i różne dziwne pytania przychodziły im do głowy. Pytali, na przykład, "po co to?", "a dlaczego?", "a po diabła?", "i czemu to wszystko służy?", "a kto za tym stoi?" i tak dalej. Nic dobrego z tego nie wyszło.

W starożytnej Grecji ci, którzy nie chcieli siać ani owsa, ani żyta, zaczęli funkcjonować na podobieństwo korporacji. Siedzieli rozmyślali, a potem popisywali się naokoło, jacy to są mądrzy. Niejaki Zenon z Elei teoretycznie udowodnił, że ruch jest niemożliwy. Jeden z argumentów brzmiał mniej więcej tak: żeby przebyć drogę z punktu A do B, trzeba najpierw przebyć połowę tej drogi, a wcześniej połowę tej połowy, wcześniej połowę połowy tej połowy i tak dalej w nieskończoność. Ponieważ w skończonym czasie dokonać się tego nie da, dlatego nie możemy się poruszać. Co było do udowodnienia. Na te uczone ekwilibrystyki zareagował w sobie właściwy sposób cynik Diogenes: po prostu zaczął się przechadzać.
W trakcie kolejnych dwóch tysięcy lat niewiele się zmieniło i zawsze istniała spora korporacja teoretyków, których mało obchodzi kontakt umysłowych płodów z faktami. A jeśli ktoś zauważał, że fakty przeczą teoriom, zwykle odpowiadano tak, jak zrobił to Hegel, który na stwierdzenie "Pana teoria nie jest zgodna z faktami" odparł "Tym gorzej dla faktów". Nie ma się czym przejmować, rzeczywistość to tylko wytwór świadomości genialnego myśliciela, a kto próbuje oponować, ten ma nie po kolei w głowie. No i w sumie prawda, bo kto by się kłócił z takim na przykład Saint-Simonem, który wykazał, że najbliższym zwierzęcym krewniakiem człowieka nie jest małpa, ale bóbr, gdyż ma chwytne ręce i zmysł architektoniczny. Dziewiętnasty wiek pełen był takich samorodnych teoretyków. Marks dowiódł, oczywiście, w sposób ściśle naukowy, że rewolucja proletariacka wybuchnie pod koniec XIX wieku w Anglii, Engels wykazał, że najważniejszym wynalazkiem ludzkości jest sikawka przeciwpożarowa, Fourier twierdził, że ponad wszelką wątpliwość planety są żywymi organizmami, które kopulują ze sobą za pomocą aromatów, a powstałe w ten sposób zarodki składują w Drodze Mlecznej. W XIX wieku dowodzono zresztą najprzeróżniejszych rzeczy: że charakter człowieka zależy od kształtu czaszki, że nigdy nie uda się skonstruować maszyny latającej, chyba że wymyślimy metal lżejszy od powietrza, że jeśli liczba tramwajów konnych rosnąć będzie w obecnym tempie, to pod koniec wieku Paryż tonął będzie w końskim łajnie. Każdy, kto chciał, mógł powiedzieć coś mądrego. A ogół miał słuchać i kiwać głową.
Kolejne stulecie nie przyniosło większych zmian. Szczególną estymą darzono przy tym teoretyków od spraw ludzkich. Przemawiali oni niczym delficka wyrocznia, a gdy ktoś im zwracał uwagę, że nieco fantazjują, od razu powoływali się na autorytet nauki, tego zaś nikt nie ważył się kwestionować. Ponieważ w XX wieku wydajność mediów w przekazywaniu i mieleniu informacji w istotny sposób wzrosła, rozmaite teoretyczne mądrości krążyły w społeczeństwie na zasadzie "głuchego telefonu", przy czym często już w punkcie wyjścia były całkowicie błędne. Tak było choćby z badaniami Margaret Mead, która twierdziła, że społeczeństwa pierwotne są z natury dobre, a na dodatek żyją w stanie wolnej miłości, czy osławionym raportem Kinseya dowodzącym powszechności i normalności zachowań homoseksualnych. Teorie te, z faktami mające niewiele wspólnego, nieustannie pojawiają się w rozmaitych wypowiedziach jako punkty odniesienia: badania naukowe donoszą, że..., uczeni już dawno stwierdzili.... i tak dalej.
Należy tu dodać, że owo teoretyczne fantazjowanie w sposób najbardziej twórczy rozwinęło się w postępowych krajach socjalistycznych. Przodowali w tym, rzecz jasna, uczeni radzieccy, którzy, jak powiadała anegdota, jako pierwsi wynaleźli wodę w proszku, tylko na razie jeszcze nie wiedzą, w czym ją rozpuszczać. Ponieważ wszelkie teorie powstawały w zgodzie z duchem marksizmu-leninizmu, który był tak naukową nauką, że bardziej już się nie da, ich kontakt z rzeczywistością nacechowany był heglowskim lekceważeniem faktów. Nie teoria miała pasować do rzeczywistości, ale rzeczywistość miała się dostosować do teorii, ta zaś podporządkowana była aktualnej linii partii. I bardzo dobrze zresztą, bo gdyby nie to, świat nigdy nie usłyszałby o wspaniałych projektach realizowanych przez sowieckich uczonych. Oni to przecież jako pierwsi, opierając się na genialnych teoriach Trofima Łysenki o krzyżówkach międzygatunkowych, postanowili skrzyżować nie tylko buraka z ziemniakiem, ale człowieka z małpą. Czy wyszedł z tego prawdziwy człowiek sowiecki, nie wiadomo, w każdym razie teoretycznie, jak twierdzono, było to możliwe. Podobnie było teoretycznie możliwe nawodnienie pustyń, odmrożenie tundry, no i oczywiście zbudowanie społeczeństwa dobrobytu bez własności prywatnej, gdyż, jak głosiła teoria, człowiek pracując na państwowym, a nie na swoim, pracuje wydajniej i ze śpiewem na ustach. Kołchozy i PGR-y są tu namacalnym dowodem.
W naszych wesołych czasach przewaga teorii nad praktyką stale rośnie. Powstają nowe dziedziny naukowe. Są już teoretyczki od płci, rozprawiające o katastrofalnych skutkach patriarchalizmu, choć podstawowe różnice między mężczyzną a kobietą widziały zapewne jedynie w atlasie anatomicznym. Mamy teoretyków od sodomii, uważających, że rodzaj seksu praktykowanego zwykle w więziennych celach jest nie tylko postępowy, ale i kulturowo twórczy. Są teoretycy od sztuki, którzy kredki porządnie utrzymać nie potrafią, ale wiedzą, że pochlapana końskim łajnem dykta o niebo przewyższa jakieś tam Vermeery i Rembrandty. Nie brak też teoretyków od kina i teatru, wykazujących w rozwlekłych elaboratach, że cechą prawdziwego dzieła jest to, że aktor przez godzinę siedzi i gapi się w ścianę albo, przeciwnie, biega, wrzeszczy, kopulując z czym popadnie. No i oczywiście są uczeni specjaliści od literatury, którzy udowadniają, że prawdziwa powieść nie może mieć akcji, lecz musi być swobodnym strumieniem świadomości bijącym wprost z szamba i niosącym ze sobą wszelkie możliwe śmieci, gnój i inne literacki smakołyki.
(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 4011 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.