niedziela, 01 sierpień 2010 11:26

Bez nich zginiemy

Napisane przez

Minąłem tablicę z napisem Łęty ani przypuszczając,że przyjdzie mi spędzić w tej pipidówie całe popołudnie.

Kilometr dalej i minutę później czułem się jak bohater slapstickowej komedii: para buchała z chłodnicy, a ja biegałem dookoła samochodu, budząc wesołość tubylczej dzieciarni.

Naturalnie mogłem wezwać pomoc drogową, ale właściwie nigdzie mi się nie spieszyło. Przeszedłem drogę i zadzwoniłem do drzwi niewielkiego domu. Po chwili otworzyła urocza, filigranowa blondynka z zapłakanym bobasem na rękach. Nawet nie słuchała moich wyjaśnień. Podeszła do okna wychodzącego na tyły domu i zawołała: Romek! Romek, chodź tutaj, pan do ciebie!
Romek miał jakieś trzydzieści lat, prawie dwa metry wzrostu i bardzo marsową minę na nieco dziecinnej twarzy. Wysłuchał mnie bez słowa. Obejrzał samochód. Kiedy zauważył naklejkę z unijną chorągiewką i napisem "Nie, dziękuję" popatrzył na mnie przyjaźniej.
? We wsi jest warsztat, a to pewnie termostat się zawiesił. Poczeka pan pół godziny, aż silnik podstygnie, dolejemy wody i dojedzie. A teraz dla zabicia czasu zapraszam na wodę z sokiem. Głos miał tubalny. W ogóle cały pan Romek przypominał moje szkolne wyobrażenie Longina Podbipięty i trudno było nie poczuć do niego sympatii.
Siedzieliśmy w gościnnym pokoju, rozmawiając o ostatniej fali upałów i popijając znakomitą lemoniadę. Jednak coś mnie niepokoiło. W końcu zapytałem:
? Panie Romanie, co tu tak chrzęści?
Mój gospodarz popatrzył na mnie jak na wariata, ale po chwili roześmiał się i powiedział:
? Tak człowiek przywykł, że nie słyszy! Chodźmy w pole, to sam pan zobaczy.
Poszliśmy. Za domem było sześć hektarów kartofli. Dokładniej mówiąc: miało być sześć hektarów kartofli. Zostały nędzne badyle i resztki liści. Widok był makabryczny
? Co tu się stało? To od słońca? O, u sąsiadów to samo!
Pan Romek pochylił się i podniósł coś z najbliższego, marnego krzaka. Pokazał pasiastego żuczka.
? Widzi pan, to jest stonka.
? Ale trzeba z tym walczyć, na pewno jest jakiś sposób!
Popatrzył na mnie przeciągle.
? A pan myśli, że co ja robię?
? No, to ma pan jeszcze mnóstwo roboty!
? Roboty? ? zdziwił się.
? Z tą stonką. Przecież tak jej pełno, tak żre, aż się rozlega!
Uśmiechnął się wyrozumiale.
? Proszę pana, to jest nasza stonka, polska. Dopasowana do ekosystemu. Żyjemy w symbiozie. Gdybym ją wyniszczył, to powstałaby wyrwa w środowisku naturalnym i skutki tego mogłyby być katastrofalne.
Uniósł dłoń do ust i łagodnie chuchnął. Stonka zabrzęczała i odfrunęła.
? No to z czym pan właściwie walczy?!
Uśmiech znikł mu z twarzy. Tym razem szukał dłuższą chwilę. Wreszcie triumfalnie krzyknął ? Tu cię mam! ? i pokazał kolejne znalezisko.
? To jest brzyd ? wyjaśnił.
? Mam rozumieć, że to nie jest stonka?... ? zapytałem niepewnie.
? Stonka, ale obca.
Powaga, z jaką to powiedział, wykluczała kpinę. Sprawa wyglądała coraz ciekawiej.
? Zapewne są jakieś cechy, po których odróżnia pan naszą stonkę od tych...
? Od brzydów. Tak. Przy pewnej wprawie można je rozróżnić na pierwszy rzut oka. Szkodliwe paskudztwo! ? otrząsnął dłoń i energicznie zaszurał obcasem.
Sortowanie ruchliwych owadów wydało mi się dosyć pracochłonne. Pan Romek zgodził się ze mną, ale podkreślał, że nie istnieje lepsza metoda. Muszę się przyznać, że nie przekonał mnie. Zacząłem wypytywać o sąsiadów i, jak się okazało, trafiłem w czuły punkt. Gospodarze byli skłóceni. Owszem, większość zgadzała się, że problem istnieje i coś trzeba zrobić (choć nie brakowało i takich, którzy twierdzili, że wszystko jest w jak największym porządku). Co do konkretów, to różniło ich wszystko. Choćby sprawa tych nieszczęsnych brzydów. Jedni przyznawali (raczej półgębkiem), że coś jest na rzeczy, inni mówili wprost, że to "ekologiczny fijoł Pana Romana". Tuż za miedzą mogłem obejrzeć tablice ostrzegawcze rozstawione przez niejakich Gdaczyńskich, którzy twierdzili, że nauczą robactwo moresu. Istotnie, rysunki na plakatach były sugestywne, "Stonce mówimy kategoryczne NIE!!!" ? brzmiało zdecydowanie, ale pole wyglądało jakby je ktoś podlewał napalmem. Podobno niektóre owady zareagowały zgodnie z intencjami autorów akcji, ale większość była tak zaabsorbowana smakowitą nacią, że nie miała czasu na czytanie. Zupełnie odmienną filozofię wyznawał pan Plutoń. Dzielny ów włościanin uważał, że należy iść ze stonką na wyścigi. "Co się nachapię, to moje" brzmiała jego dewiza i podobno nawet się sprawdzała ? przynajmniej po części. Szkopuł polegał na tym, że spryciarz karmił siebie z najbliższą rodziną oraz pasiastą chmarę. Na sprzedaż nie zostawało nic. Nawet najemnym pracownikom zalegał z płacami.
Ktoś rzucił ideę radykalnego powiększenia areału. Koncepcja wydawała się niegłupia: "może się cholery w końcu nażrą i dla nas zostanie". Nie musiałem pytać o efekty: zniszczone pola ciągnęły się aż do majaczącego w oddali lasu.
Spojrzałem na zegarek. Pan Roman zreflektował się i poprowadził mnie w prawo, aby obejść dom i zająć się samochodem. Mimochodem spojrzałem za płot i po prostu zamurowało mnie: niewielki spłachetek ziemi pysznił się soczystą zielenią. Jakiś tyczkowaty jegomość w masce ochronnej majestatycznie kroczył obciążony plecakowym opryskiwaczem. Miarowo poruszał tłokiem i opylał krzaczek za krzaczkiem. Na nasz widok zatrzymał się i ukłonił. Mój gospodarz odwzajemnił ukłon z wyraźną niechęcią.
Siedziałem już za kierownicą. Pan Roman miał wracać do swoich zajęć, ale podszedł i wyjaśnił półgłosem:
? On pryska wszystko jak leci, jeszcze innych namawia. Ale na szczęście to się nie przyjmie.
? Dlaczego?
? Każda wioska ma swojego głupka. No i ten taki właśnie jest. Sam pan widział.
Chciałem odpowiedzieć, że widziałem jego kartofle, ale nie chciałem być nieuprzejmy. Dlatego zmilczałem.
Wzruszyłem ramionami. ? Z pewnością ma pan rację. A ja się na tym nie znam. Jestem z miasta. Tam pasożyta nie uświadczy pan nawet na lekarstwo.
Julian Drozd

Wyświetlony 3179 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.