niedziela, 01 sierpień 2010 19:47

Bertrand de Jouvenel - Podróżnik po świecie idei

Napisane przez

Wiek XX nie był łatwym okresem dla myślicieli politycznych. Rodzące się nowe idee i koncepcje nie dawały się żadnym sposobem pogodzić z utartym ładem starych prawd. Antagonistyczne wobec siebie i bezpardonowo walczące o wypełnienie swojej dziejowej roli ideologie aż kusiły zbyt prostymi osądami, powierzchownością i uniwersalnością recept na wszystko. W takim właśnie czasie przyszło żyć francuskiemu filozofowi i myślicielowi politycznemu, Bertrandowi de Jouvenelowi, którego dorobek intelektualny i erudycja szły o lepsze z barwnością życia.

Początki
Bertrand de Jouvenel urodził się w 1903 r. w arystokratycznej rodzinie (w późnych latach 40. zrzekł się odziedziczonego tytułu) w Paryżu. Jego ojciec, baron Henri de Jouvenel, był zaangażowanym politycznie wydawcą jednej z francuskich gazet, matka zaś, Sarah Claire Boas, pochodziła z bogatej rodziny żydowskiej i prowadziła, modny w ówczesnym Paryżu, salon kulturalno-polityczny. To właśnie dzięki matce, zagorzałej stronniczce czechosłowackiej niepodległości, młody Bertrand zdobył swe pierwsze szlify w świecie polityki jako asystent Edvarda Benesa. W 1912 r. małżeństwo rodziców de Jouvenela się rozpadło i baron Henri ożenił się powtórnie ze skandalizującą pisarką Sidonie-Gabrielle Colette. Związek między ojcem i synem został wystawiony na ciężką próbę po tym, jak Colette uwiodła szesnastoletniego Bertranda, a trwający przez kilka lat romans doprowadził ostatecznie do rozpadu drugiego już małżeństwa barona de Jouvenela. We wczesnych latach 30. Bertrand ożenił się z amerykańską korespondentką wojenną, Marthą Gellhorn, jednak i to małżeństwo nie trwało długo, on sam zaś ożenił się powtórnie wiele lat później.
Rozwój intelektualny de Jouvenela był nie mniej barwny niż jego życie miłosne. Ukończywszy gimnazjum, dostał się na słynną Sorbonę, jednak obycie polityczne zawdzięczał raczej pracy dziennikarskiej, której podjął się w późnych latach 20., niż formalnemu wykształceniu akademickiemu. W 1926 r. bezskutecznie próbował dostać się do parlamentu, jako kandydat radykalnych socjalistów. Niepowodzenie wyborcze zostało mu jednak w pełni skompensowane w pracy dziennikarskiej. Późniejszy najmniej znany wśród wybitnych myślicieli XX wieku ? jak piszą o nim znawcy jego twórczości, Dennis Hale i Marc Landy ? szybko zyskał sobie uznanie i już jako trzydziestokilkulatek przeprowadzał wywiady z największymi postaciami ówczesnej polityki ? Mussolinim, Churchillem i Hitlerem. Ten ostatni wywiad, przeprowadzony w lutym 1936 r., przysporzył mu zresztą sporo kłopotów. Kanclerz miał bowiem, ukrywając prawdziwe plany, zwodzić młodego dziennikarza swoją wizją pokoju w Europie i gospodarczego odrodzenia Rzeszy. Pech chciał jednak, że wywiad ukazał się tuż przed remilitaryzacją Nadrenii, co było jawnym pogwałceniem postanowień traktatu wersalskiego i stawiało de Jouvenela w nie najlepszym świetle. Jakby tego było mało, ambitny dziennikarz przyłączył się w 1936 r. do kierowanej przez Jacquesa Doriota silnie prawicowej Parti Populaire Français i przez wiele lat przyjaźnił się z późniejszym ambasadorem Rzeszy w Petainowskim rządzie Vichy, Otto Abetzem. Choć już w 1938 r., rozczarowany i zrezygnowany, opuścił partię, cień przeszłości podążał za nim aż do lat 80., kiedy to Zeev Sternhell, izraelski pisarz i profesor Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, oskarżył go ? jak się później okazało bezpodstawnie ? o kolaborację z Niemcami.

W poszukiwaniu tożsamości
Mimo że w 1942 r. de Jouvenel przyłączył się do francuskiego ruchu oporu i ścigany przez gestapo musiał uciekać do Szwajcarii, diametralna zmiana orientacji politycznej i przejście od radykalnego socjalizmu do ? jak byśmy to dziś powiedzieli ? obozu faszyzującej prawicy nigdy nie została mu do końca wybaczona. W udzielonym wiele lat później wywiadzie de Jouvenel przekonywał, że jedyną kwestią, do której przez całe życie podchodził fanatycznie, było bezrobocie. To właśnie miało być przyczyną jego głębokiego podziwu dla Franklina Delano Roosevelta w latach 30. i utożsamienia metod hitlerowskich Niemiec z ? jak nieco nazbyt apologetycznie ujął to Daniel J. Mahoney ? energicznym i eksperymentalnym podejściem demokratycznego reformatora1 .
Wydarzenia II wojny światowej i piętno totalitaryzmu, choć także pewnie rozczarowanie politykierstwem odmieniły spojrzenie de Jouvenela i popchnęły go ku nurtom liberalnym. To właśnie wtedy, od połowy lat 40. do połowy lat 60., powstawały jego traktaty z pogranicza filozofii, socjologii, polityki i ekonomii ? On Power (1945), The Ethics of Redistribution (1952), Sovereignty (1957), Pure Theory of Politics (1963). Pierwszy z nich, pisany, gdy pożoga wojenna miała się już ku końcowi, wyrażał głęboki niepokój de Jouvenela, który u źródła wszystkich bolesnych wydarzeń tamtych czasów dostrzegł niepohamowaną ekspansję władzy państwa, która jak to określił, przez wieki zmieniła tylko swą formę, ale nie istotę. Mistrzostwo pióra, erudycja i niezwykle przenikliwe spojrzenie na realia sprawowania władzy sprawiły, że de Jouvenel, mówiący ? jak mogłoby się zdawać ? wreszcie swym normalnym, dojrzałym głosem, dostał się w sam środek kształtującego się po wojnie grona myślicieli o przekonaniach, ogólnie rzecz biorąc, liberalnych. Dowodem na poważanie, jakim go wówczas darzono, może być fakt, że był on jednym z członków założycieli prestiżowego, powołanego przez noblistę Friedricha A. von Hayeka, towarzystwa Mont Pelerin.
Pod koniec lat 60., mimo niemal dwudziestoletniego flirtu z liberalizmem, de Jouvenel zaniepokojony gaullizmem i ? jak to nazwał ? monarchizacją władzy w V Republice zwrócił się ponownie ku lewicy, popierając studenckie rozruchy z maja 1968 r. Męczyła go atmosfera kultu narodowego, a nowa lewica w swej krytyce społeczeństwa konsumpcyjnego i trosce o kwestie ekologiczne dużo bardziej odwoływała się do kształtującego się w Jouvenelu przekonania, że dwudziestowieczny rozwój gospodarczy przyszedł za cenę jednolitego rozwoju społecznego i prawdziwego szczęścia ludzkości. Szukając lekarstwa na bolączki społeczne, de Jouvenel poparł we wczesnych latach 70. wspólny front lewicowy pod wodzą Mitteranda, którego programowymi celami były nacjonalizacja i potężna redystrybucja dochodów. Ten zwrot ku lewicy dziwi, tym bardziej że niecałe dwadzieścia lat wcześniej ten sam człowiek dokonał najdobitniejszej wówczas krytyki redystrybucji, dowodząc jej głębokiej niemoralności.
Niejako kulminacją intelektualnej wędrówki de Jouvenela była wydana na cztery lata przed śmiercią książka Marx et Engels (1983). Choć nie była ona otwarcie apologetyczna, wyrażała jednak dla Marksa i "ojców założycieli" komunizmu dużo sympatii. Tej sympatii właśnie wielu nie mogło mu wybaczyć. Bertrand stał się marksistą, jak powiedział o nim jeden z jego znajomych, François Revel. Wprawdzie de Jouvenel otwarcie przyznał, że idee lewicowe i troska o człowieka były zawsze bliskie jego sercu, jednak ? a być może właśnie dlatego ? w jego ostatniej książce jak wyrzut sumienia powraca pytanie, dlaczego chcąc dobra ludzkości Marks pragnął koncentracji wszelkiej władzy ekonomicznej i politycznej w jednych rękach. Problemu tego de Jouvenel nie umiał rozwikłać. Temu chwiejnemu, ale jednak niebywałemu umysłowi nie wydawało się możliwe, by dobro ludzkości można było osiągnąć otwierając nad nią parasol absolutnej władzy. To właśnie te wątpliwości i jednak przede wszystkim antytotalitarna wymowa ostatniej książki świadczą, że myśl de Jouvenela zatoczyła ogromne koło, on sam zaś powrócił do ? jak ujął to jeden ze znawców jego dzieł ? melancholijnego, arystokratycznego, nieco niedzisiejszego liberalizmu, którego był stronnikiem, zapełniając karty swego wielkiego studium władzy. Warto zatem nieco bliżej przyjrzeć się przesłaniu On Power, książki, którą przemówił dojrzały Bertrand de Jouvenel, i do której na starość powrócił.

Władza i wojna
De Jouvenel rozpoczyna swe opus magnum od refleksji nad mijającą wojną. Jak to się stało, pyta, że nagle wszyscy ? robotnicy, chłopi i kobiety ? stanęli do walki, sprawiając tym samym, że wszystko ? fabryki, pola i mieszkania prywatne ? stały się celem wojennej machiny? Dlaczego ani Napoleonowi, ani Fryderykowi Wielkiemu, ani Karolowi XII nie udało się to, co udało się dwudziestowiecznym władcom ? zmobilizowanie wszystkich zasobów swojego narodu dla jednego wspólnego celu? Odpowiedzi, według de Jouvenela, nie należy szukać ani w bestialstwie agresorów, ani w obronnych potrzebach ofiar (bo te są od wieków podobne), ale w duchowych i materialnych środkach, którymi dysponowali dwudziestowieczni władcy.
Rzut oka na historię militarną ostatnich wieków pozwala przekonać się o słuszności tego wniosku. Ludwik XIV, symbol władzy absolutnej, nawet nie śnił o powszechnym poborze do wojska swych poddanych. W czasach innego wielkiego władcy europejskiego, Napoleona Bonaparte, do wojska brano tylko mężczyzn, którzy osiągnęli odpowiedni wiek poborowy, lecz bynajmniej nie wszystkich, gdyż zgodnie z powszechną zasadą cesarz mógł powołać jedynie połowę przedstawicieli danej klasy. Zaangażowanie w wojnę ludności cywilnej sprowadzało się do obowiązku płacenia umiarkowanej wysokości podatków, a i to było stosunkowo nowym wynalazkiem. Wojna jest kosztownym przedsięwzięciem i sposób jej prowadzenia zależy przede wszystkim od posiadanych funduszy i kontrolowanych zasobów. Dlatego właśnie średniowieczne armie były małe, a kampanie wojenne relatywnie krótkie. Król mógł oczywiście liczyć na swoich wasali, lecz czas służby, do której byli oni zobowiązani, z reguły nie przekraczał czterdziestu dni. Uzbrojony rycerz był przy tym tak cenny, że wojny były właściwie pojedynkami strategów, opierały się na chytrości manewrów taktycznych i niejednokrotnie wcale nie kończyły się otwartą konfrontacją, a gdy już do niej dochodziło, starano się nawzajem oszczędzać, nie dobijając przegranych, a tylko biorąc ich do niewoli i wypuszczając z pełnymi honorami po zapłaceniu okupu. Co więcej, w czasach kiedy rycerstwo było w znacznej mierze najemne, dzisiejszy wróg mógł być jutrzejszym pracodawcą, co znacznie ograniczało brutalność wojen. Wszystko to w połączeniu ze względnie niewielkim zasobem środków, jakimi dysponowali monarchowie, sprawiało, że ich zakusy i ambicje były dość skutecznie ograniczone.
(?)
Juliusz Jabłecki
Wyświetlony 8755 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.