niedziela, 01 sierpień 2010 20:57

Polityka antyrodzinna

Napisane przez

Oglądając wiadomości lub przeglądając gazety, trudno nie odnieść wrażenia, że jesteśmy osaczeni przez problemy. Przekaz kierowany do nas za pośrednictwem mediów od naszych polityków niejednokrotnie przybiera wręcz formę nieustającego lamentu nad stanem kraju, gospodarki, no i przede wszystkim społeczeństwa.

 

Sam lament byłby może rzeczą błahą i niegodną uwagi, gdyby nie to, że pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje. Ambicją polityka jest bowiem nie tylko dostrzec problem, ale przede wszystkim go "zwalczyć". Nie powinno to zresztą specjalnie dziwić, bo przecież gdyby wyborcy doszli nagle do wniosku, że czują się bezpiecznie, że nic im nie grozi, i że ? w skrócie ? wszystko jest mniej lub bardziej w porządku, to mogliby sobie zadać niebezpieczne pytanie, po co im w takim razie każący sobie słono płacić specjaliści od rozwiązywania problemów, tzw. fachowcy, jak lubią się dziś nazywać politycy. Władza musi nam więc nieustannie uświadamiać, jaki to kolejny aspekt rzeczywistości trzeba jeszcze naprawić. Ciekawym faktem jest jednak to, że raz zdiagnozowane "plagi społeczne" praktycznie nigdy nie zostają wyleczone, tylko stają się coraz bardziej problematyczne. Ale tu znów nie ma się czemu dziwić, bo przecież gdyby jakiś problem udało się na dobre zwalczyć, to nie można by z nim więcej walczyć, a to oznaczałoby z kolei, że "inżynierowie społeczni" przestaliby być potrzebni. Tak właśnie od wielu, wielu lat "walczymy" z bezrobociem, inflacją, nierównościami społecznymi, dyskryminacją, itp.
Ostatnio do listy problemów dołączono liczebność naszego społeczeństwa. Jest nas po prostu za mało, jak z nieskrywanym wyrzutem w głosie stwierdzają politycy. Ktoś mógłby przekornie spytać, co w tym jest właściwie złego, że obniżyła się stopa urodzeń, ale byłoby to raczej pytanie retoryczne, zważywszy, że dochody adresata pytania pochodzą z podatków, a więc są w naturalny sposób funkcją wielkości populacji. Tak czy inaczej po zidentyfikowaniu problemu władza zakasała rękawy i przedstawiła społeczeństwu propozycje jego naprawy. Pomysłem, który wzbudził najwięcej chyba kontrowersji, było tzw. becikowe, czyli jedno- lub wielokrotna dotacja ? nawet w wysokości tysiąca złotych ? dla rodzin, którym urodziło się dziecko. Dyskutanci z różnych stron atakowali inicjatywę LPR, lecz ostatecznie podzielili się w zasadzie na dwa obozy. Jedni argumentowali, że bardzo by chcieli pomóc matkom, dzieciom i rodzinom, ale, niestety, państwo nie ma po prostu na taką pomoc pieniędzy. Inni z kolei dowodzili, że tysiąc złotych jest właściwie tak niewielką sumą, że nikogo nie zachęci do posiadania dzieci, a jeśli już, to tylko tych najbiedniejszych obywateli, co mija się z celem, gdyż chodzi przecież o powiększenie bogatych warstw społecznych (tych, które płacą większe podatki), a nie biednych.
Jest rzeczą znamienną, że w całej żywiołowej debacie nad problemem przyrostu naturalnego, tak samo zresztą jak w debatach na temat innych problemów, z którymi ? raczej bezskutecznie acz uparcie ? "walczymy", zupełnie pominięto prawdziwą przyczynę niepokojącego stanu rzeczy i skupiono się wyłącznie na sztucznych sposobach jego odmienienia. Co prawda, zwraca się uwagę na wpływ, jaki na rodzinę wywarły przemiany kulturowe i cywilizacyjne, równouprawnienie i emancypacja kobiet, popularność ruchów feministycznych, "homofilia" itp., ale zręcznie omija się istotę rzeczy, czyli fakt, że jeśli znaczna liczba ludzi zaczyna nagle, niejako wbrew naturze, zachowywać się inaczej niż poprzednio ? w tym wypadku przestaje się rozmnażać ? to najwyraźniej ma ku temu ważny powód. A powodem tym nie jest tylko Zeitgeist czy przemiany cywilizacyjne, gdyż czynniki te rozwijały się na gruncie znacznie głębszego procesu, którym jest bezprecedensowa ekspansja aparatu państwowego w ciągu ostatnich stu lat i wprowadzenie przymusowych ubezpieczeń społecznych jako części programu polityki socjalnej, zainicjowanego w XIX w. w Niemczech i stopniowo także w innych krajach.
Aby to wyjaśnić, zacznijmy od prostej, zdroworozsądkowej obserwacji socjologicznej, że ludzie w swojej masie reagują na rozmaite "nagrody" i "kary" ustanowione przez uwarunkowania społeczne, co często określa się mianem reguły kija i marchewki. Naturalnie nie oznacza to wcale, że po wprowadzeniu takiego czy innego rozwiązania wszyscy zgodnie podporządkują się wspomnianej regule i uczynią dokładnie to, co jest w danym momencie relatywnie najbardziej "racjonalne". Można natomiast śmiało zakładać, że w miarę postępującej z czasem instytucjonalizacji wprowadzonego systemu bodźców będzie mu się podporządkowywać, niekoniecznie zresztą zupełnie świadomie, coraz większa liczba ludzi. Innymi słowy, jeśli na przykład zniesie się kary za wszystkie drobne przestępstwa ? kradzieże, oszustwa itp. ? to liczba przestępców może się wcale nie zwiększyć dramatycznie z dnia na dzień. Przez pewien czas ludzie niejako na zasadzie przyzwyczajenia będą wciąż stronić od niekaralnych już przestępstw. Ale z czasem, gdy coraz mniej ludzi będzie pamiętać, że kiedyś żyło się inaczej i za pewne występki groziła kara, kradzieże i oszustwa staną się zapewne prawdziwą plagą.
Podobne rozumowanie można przeprowadzić w przypadku systemu obowiązkowych ubezpieczeń społecznych (Choć w tym tekście zajmuję się jedynie kwestią zaburzeń przyrostu naturalnego, system przymusowych ubezpieczeń społecznych jest przyczyną wielu współczesnych "plag społecznych". Pierwszą gruntowną analizę jego wpływu na społeczeństwo przeprowadził Ludwig von Mises w swojej książce Socialism, s. 429-432. Zainteresowanego Czytelnika odsyłam więc do tej właśnie pozycji). Instynkt zachowania gatunku, tzn. posiadania potomstwa jest rzeczą jak najbardziej naturalną wśród zwierząt, ale u człowieka jest on dodatkowo wspomagany prostą rachubą: kto nie ma dzieci, ten nie ma też żadnego zabezpieczenia na przyszłość. Są, oczywiście, związki przyjacielskie czy koleżeńskie, ale żaden z nich nie dorównuje chyba siłą związkowi rodzica z dzieckiem. Przez wieki potomstwo było nie tylko gwarancją ciągłości rodu, ale z bardziej prozaicznego punktu widzenia także i swoistą inwestycją. Rodzice musieli przede wszystkim starać się swoje dzieci dobrze wychować, troszczyć się o nie oraz nauczyć miłości i szacunku, aby te, gdy oni sami z czasem zniedołężnieją, odwzajemniły troskę. Dzieci miały więc w oczach rodziców niemałą wartość. Relacja ta była jednak symetryczna, gdyż rodzice mieli też niemałą wartość w oczach dzieci. To przecież oni od maleńkości je wychowywali i dbali o nie, a także zapewniali materialne wsparcie, pomagając wejść w dorosłość i ustatkować się (dziewczęta dostawały z reguły posag, a chłopcy ojcowiznę).
Ta wzajemna zależność i zbudowana na jej podstawie międzypokoleniowa więź pomiędzy dziadkami, rodzicami i dziećmi została jednak przerwana lub w najlepszym razie mocno nadszarpnięta przez wprowadzenie systemu obowiązkowych ubezpieczeń społecznych. A wszystko na zasadzie wspomnianej wcześniej reguły kija i marchewki. Zarówno posiadanie dzieci i troska o nie, jak posłuszeństwo wobec rodziców i troska o nich na starość są czynnościami dość uciążliwymi (na ogół łatwiej jest się nie troszczyć i być nieposłusznym niż troszczyć się i obdarzać wzajemnie szacunkiem), dlatego stopień, w jakim ludzie będą się im oddawać zależy od "kary", która grozi za ich zaniechanie i "nagrody", której można się za wspomniane poświęcenie spodziewać. Przymusowe ubezpieczenia społeczne wpływają na zmianę sposobu postępowania ludzi poprzez zniesienie naturalnego systemu "nagród" i "kar". Oto rodzice nie muszą już w takim stopniu martwić się ani o posiadanie, ani o dobre wychowanie swoich dzieci. Samotna starość i niebezpieczeństwo choroby przestaje stanowić aż tak wielki problem. Przecież odtąd to państwo, wprawdzie nie za darmo, ale jednak bierze odpowiedzialność za swoich obywateli. A skoro ktoś bierze odpowiedzialność, to ktoś inny brać jej już nie musi. Nagle jest jeden powód mniej, aby trudzić się i kłaść do opornej młodej głowy tradycyjne wartości i zasady. Owszem, zostać na starość porzuconym przez niewdzięczne potomstwo nie jest z pewnością czymś przyjemnym, ale w każdym razie można mieć pewność, że nie zostaje się zupełnie na łasce, czy w tym wypadku raczej niełasce, losu. Stąd prosty wniosek, że wartość dzieci w oczach rodziców relatywnie spada. Spada jednak również, znów na zasadzie reguły kija i marchewki, wartość rodziców w oczach dzieci. Po pierwsze, odwrócona zostaje stara prawidłowość, zgodnie z którą to starsze pokolenie było dla młodszego gwarancją udanego wejścia w dorosłość. Istotą systemu ubezpieczeń społecznych jest bowiem, że to młodzi ? będący przecież dopiero na dorobku ? utrzymują starych, którzy już zdążyli się dorobić, a nie na odwrót. Młodsze pokolenie zatem nie tylko przestaje liczyć na wsparcie starszego, ale i spogląda na nie z poczuciem niesprawiedliwości i wrogością. Skoro starsi nie czują się zobowiązani do pomagania młodym, to ci ostatni mają jeden powód mniej, aby słuchać i szanować starszych. Poza tym dzieci doskonale zdają sobie sprawę, że nawet gdyby opuściły swoich rodziców i wyrzekły się opieki nad nimi, o życie i zdrowie rodzicieli zawsze zatroszczy się kto inny, a ponieważ troska o starych, zniedołężniałych rodziców nie jest najprzyjemniejszą rzeczą pod słońcem, dzieci mają z pewnością kolejny powód, aby nie brać tego na siebie.
Jeśli więc zmniejsza się wartość dzieci dla rodziców i rodziców dla dzieci, to w pierwszej kolejności można się spodziewać, że stanie się to, co właśnie się stało, tzn., że obniży się stopa urodzeń. Relatywnie zmniejszy się też troska o posiadane dzieci. Rodzice będą się mniej przykładać do wychowania potomstwa i ? ponieważ ich dalszy byt nie jest już od tego tak silnie uzależniony ? mniej troszczyć się o zaszczepienie mu podstawowych zasad moralnych oraz szacunku dla starszych. Z drugiej strony dzieci będą okazywać mniejszy szacunek swoim rodzicom i starszemu pokoleniu w ogóle. Osłabią się także więzi pomiędzy dziadkami i wnukami. Dzieci będą coraz mniej przydatne rodzicom, a rodzice dzieciom, wobec czego zwiększy się liczba napięć pomiędzy obiema grupami. Konflikt pokoleń przerodzi się w regularny i prymitywny bój ? nie będzie szacunku dla siwych włosów ani dla dziecięcego wieku. Przestępstwa młodych skierowane będą przeciwko starszym, a starszych przeciwko młodym lub zupełnie małym. Napaści na staruszki oraz gwałty na niemowlakach to tylko przykładowe rezultaty tego dramatycznego procesu. System ubezpieczeń społecznych wpływa nie tylko na dzietność populacji, ale zaburza również naturalne relacje międzypokoleniowe. Gdy więc chodzi o przyrost naturalny, trudno nie odnieść wrażenia, że państwo robi co tylko może, aby zwalczać problemy, których w ogóle by nie było, gdyby nie było państwa.
To, że państwo walczy z wiatrakami, które w dodatku samo zbudowało, jest, jak wspomniałem na początku, rzeczą zupełnie oczywistą. Warto jednak zwrócić uwagę także na inną stronę problemu. W propozycji posłów LPR, ale w zasadzie również całego Sejmu (propozycje różnią się bowiem jedynie co do metody, nie co do zasady) można odczytać dość niepokojący przekaz. Oto państwo wchodzi pomiędzy małżonków i usiłuje za nich podjąć decyzję co do wielkości rodziny, którą planują założyć. Innymi słowy państwo odbiera rodzinie jej naturalną funkcję i kompetencje w zakresie decydowania o własnym rozwoju i wielkości. Choć może nie jest to na pierwszy rzut oka jasne, takie kroki doskonale wpisują się w długą listę państwowych zakusów ? na ogół określanych mianem polityki prorodzinnej ? mających na celu pomniejszenie wartości rodziny. Dlaczego państwo miałoby chcieć walczyć z instytucją rodziny? Wciąż dowiadujemy się przecież, że państwo sprzyja rodzinie, prowadzi politykę prorodzinną, ba, mamy nawet partię w parlamencie, która, jak sama jej nazwa wskazuje, reprezentuje głównie interesy rodziny. Nie wolno jednak dać się zwieść ? państwo jako instytucja jest ze swej natury wrogiem rodziny, gdyż może się rozwijać i prosperować tylko jej kosztem. Jednym z podstawowych przymiotów państwa jest wyłączność na tworzenie prawa i podejmowanie na jego gruncie wiążących decyzji. Państwo potrzebuje zatem monopolu w społeczeństwie na kształtowanie norm i reguł, obowiązujących zasad i zwyczajów, w skrócie ? monopolu na autorytet społeczny, a potrzeba ta jest równoznaczna z koniecznością wytępienia lub podporządkowywania sobie wszystkich innych, niepaństwowych autorytetów, tradycji i norm postępowania ? przede wszystkim tych rodzinnych i religijnych. Walka toczy się o ogromną stawkę, gdyż bez statusu monopolisty państwo jako prawotwórca i prawodawca nie ma racji bytu.
(?)
Juliusz Jabłecki




 

 

 
Wyświetlony 7442 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.