Wydrukuj tę stronę
wtorek, 03 sierpień 2010 11:28

Ekonomika niewolnictwa i wyzwolenia

Napisane przez

Wojna secesyjna była niewątpliwie najkrwawszą z amerykańskich ofiar. Pochłonęła blisko 620 tys. ofiar, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej niż II wojna światowa czy wojna w Wietnamie, i kosztowała obie strony ponad sześć miliardów dolarów.

 

A jednak jej apologeci przekonują nas nie tylko o tym, że wojna była słuszna, ale wręcz konieczna, gdyż ? jak zręcznie ujął to Marek Król ? toczyła się wyłącznie o ideały równości i demokracji. Abstrahując od rzeczywistych przyczyn wojny secesyjnej (dla której kwestia niewolnictwa z całą pewnością nie była kluczowa), wypada zauważyć, że naiwne pytanie o celowość wojny secesyjnej jest jednocześnie pytaniem o sens i cenę takich wartości jak "równość" i "demokracja" oraz o to, czy siła militarna jednego państwa powinna być ich gwarantem w innym państwie. Skoro zaś stawka jest tak wielka ? ? a idzie przecież o legitymizację całego obecnego ładu demo-imperialnego ? nie należy się dziwić, że całe rzesze "dworskich" intelektualistów pospieszyły, aby "naukowo" dowieść, że niewolnictwo w stanach południowych było nadzwyczaj zyskowne, i że w związku z tym do jego zniesienia konieczna była militarna interwencja obcego państwa, jakim była już wtedy Unia. W argumentacji tej widać jak na dłoni stary i dobrze znany argument etatatystów o zawodności rynku ? ? to przecież rynek "wyprodukował" niewolnictwo i rynek zadecydował o jego opłacalności, a gdyby nie ingerencja państwa, w tym przypadku akurat nieco bardziej brutalna niż zwykle, być może czarni do tej pory harowaliby zakuci w kajdanach na plantacjach bawełny. Rzecz w tym, że niewolnictwo w stanach południowych nie było wcale "produktem rynku", ale raczej rezultatem ingerencji państwa, i to nie "rynek", ale prawodawstwo państwowe było odpowiedzialne za jego zyskowność.



Mit "rynkowego" niewolnictwa
Właściwie można by odnieść wrażenie, że żyjemy otoczeni przez niewolników. Dziś "niewolnicą" jest pani kasjerka z Biedronki, "niewolnikiem" zaś pan rencista "zmuszony" przeżyć za marne 600 zł miesięcznie. "Zniewolona" jest też młodzież przez "brak perspektyw", feministki przez "nierówny status kobiet" oraz środowiska gejowskie przez "brak tolerancji". Oczywiście, cel takich sztuczek semantycznych jest jasny: im więcej zniewolonych, tym większe pole do popisu dla wyzwolicieli, którzy tylko liczą na to, aby móc wyzwolić każdego od wszystkiego (w pierwszej kolejności od nadmiaru pieniędzy, rzecz jasna). Nie wolno jednak dać się zwieść ? niewola jest asymetryczną, opartą na przemocy relacją pomiędzy panem i sługą. Pani kasjerki nikt nie zmusza do podjęcia pracy w supermarkecie, jest to jej dobrowolny i suwerenny wybór (choć najczęściej, oczywiście, podyktowany palącą potrzebą zarobienia pieniędzy ? jak zresztą każda praca). O niewoli można mówić tylko i wyłącznie wtedy, gdy prawo własności jednego człowieka do jego własnej osoby i ciała zostaje pogwałcane przez innego człowieka.
Pytanie o to, czy niewolnictwo mogłoby wykształcić się samodzielnie na wolnym rynku, należy uznać za jedno z gatunku tych źle postawionych. Ludzie mają wolną wolę, co oznacza, że w każdej chwili podejmują świadome decyzje, określając tym samym swój stosunek do otoczenia ? wybierają, co i jak produkować oraz z kim i w jaki rodzaj relacji wchodzić. Mogą się sobie kłaniać na ulicy i zapraszać na imieniny, lecz mogą się także zabijać i krzywdzić, a żaden system organizacji społecznej, dopóki umożliwia w ogóle jakikolwiek rodzaj kontaktu, nie wyklucza z góry żadnego zachowania. Tyczy się to również ładu własności prywatnej, który jest wprawdzie rezultatem zrozumienia przez ludzi faktu, że dobrowolne wymiany i poszanowanie praw własności prowadzą do wyższej produktywności niż przemoc lub wyzysk, ale nie łączy się wcale ze stworzeniem nowego, lepszego, człowieka ? homo privatusa ? który nie wiedziałby nawet, na czym polega agresja. W tym wypadku jednak nie sama potencjalna możliwość zwrócenia się ku agresji i przemocy jest najważniejsza, ale fakt, że są one zupełnie niekompatybilne z ładem własności prywatnej. A zatem choć nie można wykluczyć, że na rynku dojdzie do pobicia czy zniewolenia pana A przez pana B, to z całą pewnością naturalne mechanizmy rynkowe szybko uczynią taki niecny proceder nieopłacalnym i doprowadzą do jego marginalizacji lub zaniku. Przemoc i agresja mogą więc tryumfować tylko mając ochronę prawa państwowego. Na takiej właśnie zasadzie, pod ochroną specjalnej struktury instytucjonalno-legislacyjnej funkcjonuje dziś np. kradzież ("prawo" jednych do pieniędzy drugich) czy przymus ("prawo" jednych do zmuszania innych, by świadczyli określone usługi, na przykład ochraniali granice). Okazuje się, że bardzo podobne czynniki stały za zyskownością niewolnictwa w stanach amerykańskiego Południa.

Prawna instytucjonalizacja niewoli
Choć handlarze niewolników nie zasługują raczej na obronę, często przypisuje się im więcej, niż faktycznie mieli za kołnierzem. Dotyczy to w szczególności zarzutu, jakoby to oni "wprowadzili" niewolnictwo w Afryce i Ameryce. W rzeczywistości jednak niewolnicy, którzy docierali na amerykańskie plantacje, byli już na ogół niewolnikami, zanim opuścili swój rodzimy kontynent. Niewolnictwo istniało bowiem w społecznościach afrykańskich na długo przed przybyciem tam białego człowieka i stanowiło właściwie jeden z filarów tamtejszego systemu społecznego. Wiele plemion toczyło ze sobą walki, a nawet całe wojny, niekiedy tylko w celu zdobycia jeńców, których później można było z dużym zyskiem sprzedać ? nie tylko białym kupcom ? jako niewolników.
Podobne nieporozumienie dotyczy roli rodzącego się wówczas dopiero kapitalizmu w instytucjonalizacji niewolnictwa. Twierdzenie, że to rynek przemienił czarnych w niewolników, jest oczywiście bardzo wygodne dla współczesnej doktryny lewicowej, bo przecież jeśli to rynek "wymyślił" kiedyś niewolę, to zapewne jest jej gwarantem również i teraz, czego przykładem mają być kasjerki z "Biedronki", renciści itd. Dzisiejsze "niewolnictwo" nie jest jednak wcale niewolnictwem, gdyż nie opiera się na przemocy fizycznej i nie warto się więcej nad tym faktem rozwodzić. Warto natomiast odnieść się do roli, jaką kapitalizm miał rzekomo odegrać w sprowadzeniu niewolnictwa do Ameryki.
W atlantyckim handlu niewolnikami głównymi rozgrywającymi były faktycznie wielkie kompanie handlowe, takie jak Holenderska Kompania Wschodnioindyjska czy angielska Królewska Kompania Afrykańska (Royal Company of Adventurers for the Importation of Negroes), ale nie zmienia to faktu, że z wolnym rynkiem miał on niewiele wspólnego. Kompanie handlowe były kapitalistyczne tylko z nazwy, gdyż sposób ich zorganizowania odpowiadał raczej strukturom parapaństwowym. Miały one na ogół własną armię i flotę, prawo bicia pieniądza, a także zagwarantowany prawnie monopol handlowy oraz prawo reprezentowania interesów imperium, w konsekwencji czego stawały się po prostu agendami państwa w odległych zakątkach świata.
Najpoważniejszym i jednocześnie najbardziej "naukowym" argumentem na rzecz wojny secesyjnej nie jest jednak kwestia początków niewolnictwa, ale teza o jego rzekomej zyskowności, na którą dowodem mają być dane historyczne świadczące o tym, że ceny niewolników rosły miarowo w latach 1802-1860 od 900 do prawie 1800 dolarów i gdyby im na to pozwolić (tzn. nie wszczynać wojny), wzrosłyby jeszcze bardziej. Chociaż ten ostatni wniosek jest już zdecydowanie mniej oczywisty ? metodom ilościowym w historii gospodarczej można zarzucić wiele od strony czysto merytorycznej ? warto przez chwilę zastanowić się, co sprawiało, że ceny niewolników były tak wysokie (rosnące), a tym samym, że niewolnictwo było tak opłacalne.
(?)
Juliusz Jabłecki

Wyświetlony 7082 razy
Juliusz Jabłecki

Najnowsze od Juliusz Jabłecki

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.