wtorek, 03 sierpień 2010 11:32

Odys mógłby buty jej nosić

Napisane przez

Czasem trzeba obejść równik, żeby trafić do domu. Wiedzą o tym doskonale tysiące kresowiaków, których w czasie II wojny światowej dotknęły sowieckie represje. Janina Goebel z Jurkiewiczów ze Złoczowa, załadowana z rodziną do pociągu w kwietniu 1940 roku, wracała do Polski przez sześć lat i cztery miesiące. Tułała się przez step i pustynię, w 40-stopniowych mrozach i burzach piaskowych, Kazachstan, Uzbekistan, Iran, Irak, Syrię, Liban, Francję i Szwajcarię. Ani epidemie, ani cały sowiecki aparat ucisku nie pokonały woli życia nastoletniej Janiny.

 

Jurkiewiczowie przeszli gehennę II wojny światowej, zginęło pięciu z dziewięciu członków rodziny. Historia Pani Janiny przyćmiewa mityczne poszukiwania Itaki. Chociaż to tylko jedna z wielu polskich odysei wojennej zawieruchy.

Wiosną 1940 roku 12-letnia Janina razem z matką i dwoma młodszymi braćmi została wywieziona do Kazachstanu. Była to czwarta z sowieckich wywózek Polaków z ziem zagrabionych we wrześniu 1939.
? Podróż koleją trwała trzy tygodnie. Wszyscy na drogę brali zapasy. Rosjanie ulokowali je w ostatnim wagonie składu. Po czym zajadali się nimi przez całą drogę, a nam tylko dwa razy na postoju dali kaszę ? wspomina Janina Geobel. Nieco wcześniej aresztowano i zesłano do łagrów ojca rodziny ? Józefa Jurkiewicza. 17-letni brat Stanisław, uczeń Szkoły Morskiej w Gdyni, wraz z "Darem Pomorza" został internowany w Szwecji. Rok starszy Adam, aresztowany już w 1939 roku, uciekł z niewoli i ukrywał się we Lwowie. Z kolei 19-letni Longin od samego początku wojny walczył w armii. Najpierw brał udział w kampanii wrześniowej, a w dniu wywózki rodziny bił się pod Narvikiem.

Droga przez mękę
Po dotarciu do Kazachstanu Janina wraz z matką ? Marią, sześcioletnim Jerzym i rocznym Zbyszkiem trafiła do wioski Sadczykowka, zamieszkanej niemal w całości przez wrogo nastawionych przesiedleńców z Ukrainy. O dziwo, w tamtejszym kołchozie nie chciano zatrudniać Polaków. A to za sprawą szefa gospodarstwa, "polakożercy" o swojsko brzmiącym nazwisku Krzyżanowski.
? Mieszkaliśmy w 10 osób w lepiance. W okropnych warunkach. Najpierw musieliśmy się wyprzedać z wszystkiego. Dopiero wtedy matka dostała pracę pomocnika murarskiego w "Maszynno-Traktornej Stancji". Nosiła cegły na budowę, a ja zajmowałam się dziećmi ? opowiada Janina Goebel.
Jedynym dobrym wspomnieniem "czasów kazachskich" byli miejscowi.
? Stosunek Kazachów do nas był bardzo dobry. Byli bardzo życzliwi i mili. Strasznie łasi na herbatę ? z uśmiechem relacjonuje gdynianka.
? Oni naprawdę byli Kirgizami i nie znosili, kiedy mówiono na nich "Kazachowie" ? wspomina. ? Byli poza władzą, żyli w stepie. Porywali dziewczyny z wiosek, ale nic złego im nie robili, po prostu wymieniali je za okup.
W sierpniu 1941 roku na mocy umowy Sikorski-Majski Polacy zostali objęci amnestią. Tysiące ludzi ruszyły do Uzbekistanu, gdzie gen. Anders tworzył polskie wojsko. Kierunek na Taszkient i Samarkandę obrali też Jurkiewiczowie. Podróż okazała się tragiczna w skutkach. Co rusz, armia radziecka rekwirowała pociągi, którymi Polacy usiłowali dostać się na południe. W drodze z Trojecka do Orenburga zaginęła matka pani Janiny. Wysiadła podczas jednego z postojów w polu, żeby zdobyć jedzenie dla dzieci, a pociąg nieoczekiwanie ruszył w dalszą drogę... 13-letnia dziewczynka została z dwójką braci pod swoją opieką. Po kilkudniowej podróży dotarli do Kata-Kurganu. Tam zamieszkali w czajhanie, uzbeckiej poczekalni, gdzie tubylcy zatrzymywali się wraz ze swymi wielbłądami.
? Zaczęły się epidemie. Rosjanie z obawy przed ich rozprzestrzenieniem... rozrzucili nas po kołchozach ? kręci głową na głupotę Sowietów pani Janina. Jurkiewiczowie trafili do miasteczka Mitan. Kilka dni później zmarli bracia Jerzy i Zbyszek, obydwaj skrajnie wycieńczeni podróżą, chorzy na dyfteryt. Dano mi łopatę i kazano ich pogrzebać na szpitalnym cmentarzu, gdzie grasowały zwierzęta rozgrzebujące groby! ? wspomina ze smutkiem ich siostra. Jedynym oparciem dla nastolatki pozostali mieszkający wraz z nią w prymitywnej lepiance, ziomkowie z rodzinnego Złoczowa. Jednak wkrótce okolicę dopadła epidemia tyfusu. Choroba zabrała trójkę dorosłych mieszkańców jej "domu".

Brytyjczycy wybawcy
Wiosną 1942 roku w Kata-Kurganie powstał polski sierociniec. Janina, 12-letni towarzysz niedoli, Januszek Wawrzyniak i setka innych dzieci znaleźli w nim schronienie.
? Na początku spaliśmy w lepiankach krytych gałęziami. Posłaniem były kuleczki bawełny i koce. Był kwiecień, więc z tych gałęzi spadały skorpiony. Jeden ukąsił mnie w nogę. Miałam szczęście, bo był jeszcze zielony, czyli młody ? opowiada gdynianka. O
piekunami dzieci byli lwowiacy: inż. Kanarowski z żoną oraz polonistka z Uniwersytetu Jana Kazimierza prof. Maciejowska.
? To byli cudowni, oddani ludzie ? wspomina pani Goebel.
Sierociniec przetrwał zaledwie cztery miesiące.
? W pierwszych dniach sierpnia kierownik otrzymał wiadomość z naszej Delegatury, że wczesnym rankiem następnego dnia przez Kata-Kurgan będzie przejeżdżał pociąg z polskim wojskiem, kierujący się do Krasnowodzka ? opowiada gdyńska kresowianka. Krasnowodzk to taszkiencki port, z którego, Polacy mieli przedostawać się do irańskiego Pahlavi. Iran był dla 70 tys. Polaków więzionych w ZSRS "ziemią obiecaną". Kilka miesięcy wcześniej angielska interwencja doprowadziła tam do zmiany władzy. Jeszcze w 1941 roku, Iran podobnie jak ZSRS był niemieckim sojusznikiem.
? Ewakuacja to był wyczyn bardzo rzadki. Kanarowski nas dosłownie wykradł. To była Boska opieka ? relacjonuje pani Janina.
(?)
Bartłomiej Rabij

Wyświetlony 3952 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.