wtorek, 03 sierpień 2010 11:42

Wolontariat, czyli smutki i radości bezrobocia

Napisane przez

No tak, nie mam pracy. Szukam, szu kam i nic. Piszę cv, poprawiam cv, listy motywacyjne: moim największym marzeniem, odkąd pamiętam, jest praca w takiej firmie.

 

Z każdym dniem coraz mniej wiem o tym, co chciałabym robić w życiu, z każdym dniem jestem coraz bardziej skłonna do kompromisów i powoli fluktuuję od pracy naukowej do fabryki odżywek, od literatury ku brutalnej rzeczywistości rynku. Ale i to nie pomaga. W takich sytuacjach człowiek zaczyna tracić wiarę w siebie. Kiedyś myślało się o sobie jako o pewnym potencjale możliwości. A teraz, skoro nie profesura, nie copywriter w agencji reklamowej, nie agent ubezpieczeniowy i w końcu nie asystentka ani sekretarka, to kto?

Już nie mówiąc o tym, że po pewnym czasie bezowocnych poszukiwań stałam się skłonna do surrealistycznych zachowań. Na przykład konstruowania karkołomnych literackich konstrukcji przybierających formę listów motywacyjnych. Wędrowałam ostatnio ulicą Bitwy Warszawskiej. Zapadał zmierzch. Zanim jeszcze latarnie zdążyły zapłonąć, moim oczom ukazał się niezwykły widok. Myślałam, że mam do czynienia ze statkiem kosmicznym lub może świątynią. Tysiące świateł płonęło wewnątrz. Budynek otaczała wyczuwalna aura świętości, niezmienności, czasu, który tam, w środku, staje w miejscu i trwa. Na zwieńczeniu zobaczyłam napis "Grupa X". Pomyślałam wtedy: tak, to jest moje miejsce. Nie odejdę stąd, póki nie będę mogła pracować właśnie tu... O tak, porwijcie mnie w niebo doskonałej realizacji zawodowej. Albo inaczej: Jeszcze się nie narodziłam. Jeszcze mnie nie ma. Jestem nikim, niczym z wiersza Emily Dickinson. Jestem nikim, bo formy wciąż jeszcze nie wypełnia treść. Stanę się kimś dopiero, gdy dostanę etat w Państwa Firmie. Zastanawiam się tylko czasem, czy z tej nerwowości nieuchronnie związanej z poszukiwaniem pracy, nie przyjdzie mi w końcu udać się po rentę do ZUS, kiedy moje myśli zamiast trzymać się ziemi, odlecą kompletnie w inne, doskonalsze rewiry rzeczywistości.
W tej opresyjnej sytuacji zastaje mnie mnóstwo wspaniałych ofert pracy w charakterze wolontariusza. Bynajmniej nie chodzi tu o działalność na rzecz osób w jeszcze trudniejszej sytuacji, chorych, niepełnosprawnych czy ubogich. O nie, chodzi o pracę, którą powinnam wykonywać za godziwą opłatę: redakcja, nauczanie w szkole, PR czy promocja. Zgłaszają się do mnie z niewinnym uśmiechem, twierdząc, że mają dla mnie coś, co da mi maksimum satysfakcji, poczucie sensu życia, chęć do pracy, co zapobiegnie zagrażającej mi na bezrobociu demoralizacji. Po prostu pracuj za darmo! To nic, że problem wyżywienia i edukacji własnych dzieci pozostanie nierozwiązany ? nie można wymagać wszystkiego od razu; to nic, że żyjesz kątem w ciasnym zagrzybionym mieszkaniu i choćby ze względu na dzieci dobrze byłoby mieć perspektywę zmiany sytuacji ? nie rozwiążemy wszystkich twoich problemów, ale za to praca charytatywna ma sens, nie można być materialistą. Mamienie i mydlenie oczu. I wcale się nie dziwię, że firmy proponujące pracę w charakterze wolontariusza radzą sobie całkiem nieźle. Szefostwo ani przez moment nie zdecydowałoby się popracować charytatywnie tak, by móc podzielić się zarobkami z tymi, co pracują za darmo. Ale wiadomo, że jeśli emocjonalna, pseudoidealistyczna argumentacja na rzecz darmowej pracy trafi na podatny grunt, wszyscy będą zadowoleni.
(?)
Joanna Sarnecka-Drużycka

Wyświetlony 3730 razy

Najnowsze od Joanna Sarnecka-Drużycka

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.