niedziela, 29 sierpień 2010 06:26

Sprzątanie po Tarantino

Napisane przez

Woli sprawiedliwość niż krwawą zemstę. źródłem jego duchowej siły jest tradycyjna rodzina. Wyżej ceni grupową solidarność aniżeli indywidualistyczne popisy. O kim mowa? O popkulturowym wzorcu osobowym lansowanym obecnie przez rozpasane obyczajowo Hollywood.

 

We wrześniu na ekrany polskich kin wszedł "Człowiek ringu" Rona Howarda. Jest to, zrealizowana na podstawie faktów, opowieść o bokserze Jimie Braddocku, który w czasach Wielkiego Kryzysu ? chcąc zapewnić byt rodzinie ? zaryzykował zdrowie i życie, powracając po długiej przerwie do zawodowego uprawiania sportu. W tytułową postać wcielił się specjalista od ról "szlachetnych twardzieli" ? Russell Crowe. Jego poruszająca, wielowymiarowa kreacja, podobnie jak sam film, zyskała duże uznanie za oceanem. Wybitny krytyk Roger Ebert napisał o występie Crowe'a: Ani on, ani nikt inny w amerykańskim kinie, dawno już nie stworzył tak wiarygodnego wizerunku szlachetnego człowieka. Trzeba obejrzeć stare filmy ze Spencerem Tracy czy Jamesem Stewartem, by odnaleźć podobną dobroć i prostolinijność.
Trudno nie zgodzić się z tą opinią. Aliści "Człowiek ringu" nie zrodził się w próżni. Od kilku miesięcy daje się bowiem w Hollywood zauważyć tendencja przywracania do łask dawnego, "rycerskiego" bohatera. Wystarczy wspomnieć filmy, które stały się w naszym obszarze kulturowym największymi przebojami kasowymi tegorocznego lata. Pomijając produkcje dla dzieci i komedie, były to: "Batman ? początek", "Wojna światów" i "Gwiezdne wojny III. Zemsta Sithów".
Każda z tych ekranowych opowieści dość zasadniczo odbiega od stereotypu efektownie zrealizowanych, lecz nieskomplikowanych psychologicznie filmowych komiksów w rodzaju "Szklanych pułapek", cyklu o Jamesie Bondzie, "Mission Impossible", "Hulka", "X-Menów" czy nawet wcześniejszych (w czasie realnym, nie filmowym) perypetii człowieka-nietoperza i rodu Skywalkerów. O powodzeniu tamtych produkcji decydowały przede wszystkim: wartkość narracji, efekty specjalne, wyraziści i przystojni bohaterowie, pomysłowe gadżety, uproszczony podział na dobro i zło oraz - w drodze miłego wyjątku - intrygująca oprawa plastyczna ("Batmany" Tima Burtona), nieprzeciętna siła mitotwórcza ("Gwiezdne wojny IV. Nowa nadzieja"), tudzież psychoanalityczne podteksty ("Hulk"). Dzisiaj na pierwszy plan wysuwa się tonacja serio oraz dążenie do realizmu, zarówno jeśli chodzi o psychikę głównego bohatera, jak i sposób wizualizacji rzeczywistości, w której działa. Z pozoru zakrawa to na paradoks ? mowa przecież o filmach z nurtu science fiction.
Nie sposób wszakże nie dostrzec, że zdjęcia Janusza Kamińskiego w "Wojnie światów" wręcz ostentacyjnie pozbawione są stylizacji, obecnej choćby w "Raporcie mniejszości" czy "A.I. Sztuczna inteligencja", również zrealizowanych przez duet Kamiński-Spielberg. Tym razem wszystko jest "jak w życiu": brudnawe, szarawe, nieefektowne. Kinowy ekran został w "Wojnie światów" potraktowany jak przykurzone okno, przez które oglądamy, co się dzieje na ulicy. Zwęziła się też perspektywa narracji. Zagładę Ziemi pokazał Spielberg (podobnie jak wcześniej Shyamalan w "Znakach") wyłącznie z punktu widzenia jednej rodziny, dlatego jest tak namacalna, nieprzewidywalna i budzi lęk, jaki odczuwa każdy człowiek wobec Nieznanego.
Podobnie w najnowszym "Batmanie". Jego reżyser, Christopher Nolan, z wielką determinacją sprowadził mit na poziom bruku. Aliści nie w celach obrazoburczych, lecz po to, by uczynić go bliższym widzowi. W "Batmanie - początku" znalazły się rzadko spotykane w komiksowo-heroicznej konwencji sceny zamawiania przez Bruce'a Wayne'a i jego lokaja (za pośrednictwem podstawionych firm!) elementów składowych bat-kostiumu, mozolnego przystosowywania obskurnej groty do statusu ultranowoczesnej bat-jaskini, tudzież pierwsze, niezbyt udane próby "bohaterskich" wyczynów "mrocznego rycerza".
Jeszcze radykalniejszym przemianom uległa sylwetka głównego bohatera dzisiejszych hollywoodzkich superprodukcji. W dawnych, zimnowojennych czasach James Bond "kiwał Ruskich" jak chciał, uwodząc im przy okazji co seksowniejsze agentki, Arnold Schwarzenegger zaś ? wystrzelawszy jak kaczki pół dywizji wrogów ? mocarnym ramieniem otaczał kibić długonogiej stewardessy i odchodził z nią w siną dal, ku nieutulonemu żalowi "biurokratów z Waszyngtonu", ewentualnie "chłopców z Pentagonu". Konstrukcja psychiczna głównego bohatera była prosta i twarda niczym kawał pniaka, który niezwyciężony Arnold, prężąc malowniczo biceps, dźwiga w jednej z początkowych scen "Commando". A dziś...
Anakin Skywalker z "Zemsty Sithów" to postać godna antycznej tragedii. Zwodzony przez "ciemną stronę mocy" staje przed dramatycznym życiowym dylematem: poświęcić republikę dla ratowania swej żony i dzieci czy poświęcić tych, których najbardziej kocha i ocalić miliony przed tyranią? Anakin wybiera pierwsze wyjście. Zdradzając ethos Jedi, definitywnie wchodzi na drogę pychy, przestaje kontrolować kłębiący się w nim strach, przez co sprowadza zgubę nie tylko na państwo, ale także na tych, których zamierzał ocalić. To sugestywny i wyrazisty typ współczesnego antybohatera, egoistycznie "chowającego pod korcem" swe nieprzeciętne umiejętności, zamiast oddać je w służbę zagrożonemu społeczeństwu.
Z własnymi lękami i wyrzutami sumienia musi sobie również radzić Bruce Wayne. On także, zwodzony przez swego mentora Ducarda ma okazję przejść na "ciemną stronę mocy". Cel jest z pozoru szlachetny ? "wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu", by użyć słów Josepha Conrada. Ducardowi sprawiedliwość pomieszała się wszakże z okrucieństwem i krwawą zemstą. Jego celem jest wyłącznie zniszczenie "pogrążonej w dekadencji" cywilizacji, której symbol stanowi zdeprawowana metropolia Gotham City. Dlatego Wayne buntuje się i ? pokonawszy własną słabość ? wybiera inną drogę, polegającą na tępieniu zła, ale także ocaleniu tych, których kręgosłup moralny nie został jeszcze przetrącony. Jego krucjata pozostałaby jednak niespełnionym marzeniem, gdyby nie sojusz z "ostatnimi sprawiedliwymi" w mieście: mądrym lokajem Alfredem, sympatią z dzieciństwa Rachel, geniuszem techniki Luciusem Foxem oraz policjantem Jamesem Gordonem.
(?)

 

Marek Łazarowicz
Wyświetlony 4162 razy
Więcej w tej kategorii: « Dekalog apologety Świat utracony? »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.