Wydrukuj tę stronę
niedziela, 29 sierpień 2010 10:35

Okiem liberała

Napisane przez

Odrzucenie projektu konstytucji europejskiej przez społeczeństwa Francji i Holandii wywołało wśród naszych uniofanatyków reakcje zbliżone do histerycznych.

Szkoda miejsca i czasu Czytelników na znęcanie się nad absurdami wypowiadanymi przez nasze europejskie autorytety moralne (w rodzaju: Konstytucja niweluje deficyt demokracji w UE, ale zupełnie niepotrzebnie poddano ją pod referendum albo: przez szacunek dla demokracji głosowanie należy powtórzyć dla osiągnięcia pożądanego rezultatu). Nie mogę wszelako odmówić sobie przyjemności zacytowania związanego ze wspomnianą sytuacją tekstu czołowego trefnisia III RP Jerzego Pilcha (jaka Rzeczpospolita, tacy trefnisie...). Otóż felietonista pisze tak ("Polityka", nr 23/2005): Guzik mnie obchodzi, na jakich zasadach funkcjonuje fryzjer, u którego się strzygę ? obchodzi mnie jedynie, by strzygł mnie dobrze. Guzik mnie obchodzi, na jakich zasadach zbudowany jest laptop, na którym pracuję, ma on jedynie ulegle służyć zaspokajaniu moich popędów twórczych. Guzik mnie obchodzi konstrukcja tramwaju, którym jadę na Ochotę ? ma mi się jechać dobrze i wygodnie. Podobnie jest z Unią Europejską ? guzik mnie obchodzi, na jakich ona zasadach funkcjonuje ? ma mi być w niej dobrze. Ani mi się śni studiowanie niezliczonych unijnych dokumentów, ani mi się śni studiowanie Konstytucji Europejskiej [ach, koniecznie z wielkiej litery... ? S.L.] [...] Co więcej, tzw. poszerzanie wiedzy o Unii Europejskiej uważam za błąd kardynalny. Ludziom ? że wreszcie raz się w życiu w imieniu ludzkości wypowiem ? na nic teoria Unii Europejskiej, ludziom potrzebna jest praktyka Unii Europejskiej [...] A tymczasem coś mi się zdaje, że z Unią Europejską nieraz bywa tak, jakby ktoś mówił: zanim ty bratku do unijnego tramwaju wsiądziesz musisz całą jego konstrukcję i zasady napędu poznać i dopiero jak to uczynisz to wsiądziesz. A mnie się ? powtarzam ? ani śnią takie studia, ja chcę do tego tramwaju wsiąść, bo on mi się podoba. I cóż tu się dziwić, że konserwatywni liberałowie na darmo starają się rzeczowo i racjonalnie o WE i akcesji dyskutować, skoro dla establishmentu integracja europejska to domena fides, a nie ratio... Ale tutaj tymczasem niespodzianka ? paskudni Francuzi i Holendrzy nie posłuchali światłych zaleceń Pilcha, głoszących uwspółcześnioną wersję Pochwały głupoty. Zresztą to nie dziwota, bo Pilch ma się tak do Erazma z Rotterdamu, jak ja do Jennifer Lopez. Szczyty absurdu osiąga jednak felietonista pod koniec artykułu: W ogóle bez przesady z referendami. Jak powszechnie wiadomo, w prareferendum ludzkości, które się odbyło na Golgocie, lud znaczną przewaga głosów rozstrzygnął, by ukrzyżować Zbawiciela, nie zbójcę. Tego rodzaju referendalne potknięcia za ludzkością ciągną się ? jak widać ? do dziś. Argument krytyczny w odniesieniu do nadmiaru demokracji zasadniczo trafny, ale porównanie obydwu głosowań i ich konsekwencji cokolwiek zwalające z nóg. Niedługo nasi rodzimi uniofanatycy sformułują zapewne nowe Credo, które zaczynałoby się od słów: "Wierzę w Unię Europejską, Günthera Verheugena, dyrektywę 22/kukunamuniu oraz Wspólną Politykę Rolną". No i amen.

***
Chrześcijańsko-demokratyczne "Znaki Nowych Czasów" (14) ? periodyk, który według wszelkiego prawdopodobieństwa podczytuję jedynie ja, autorzy przeglądów prasy w innych pismach oraz rodziny publicystów i redaktorów ? zamieszcza artykuł doktoranta w Instytucie Studiów Politycznych Państwowej Akademii Nauk Andrzeja Zybały pod iście elektryzującym tytułem Chadeckie impulsy. Oprócz rytualnego narzekania na fanatyczny neoliberalizm oraz panujący w Polsce nieograniczony kapitalizm, autor próbuje równocześnie zarysować pozytywny program dla swego środowiska i kierunku polityczno-doktrynalnego: Myśl chadecka wymaga ? jak każdy nurt ideowy ? stworzenia pewnego współczesnego i aktualnego katalogu ideowego. Powinien on dawać poczucie pewnej odrębności, wyznaczać chadecką specyfikę oraz być odpowiedzią na nasze realia. Jego oczywiste komponenty to demokratyczny system polityczny, społeczna gospodarka rynkowa oparta na korporacyjnym konsensusie, zrównoważony rynek pracy z silnym naciskiem na negocjacje partnerów społecznych. Opierając się na encyklikach papieskich za wyróżnik idei chrześcijańsko-demokratycznych należy uznać opcję na rzecz silnej sfery publicznej, odpowiedzialności obywatelskiej, lokalności. Silna sfera publiczna oznacza wybór działań zorientowanych na rzecz publicznej edukacji z zadaniem podnoszenia jej poziomu i zwiększania jej dostępności; oznacza również publiczną służbę zdrowia, nacisk na bezpieczeństwo, na formowanie przestrzeni architektonicznej wolnej od dominacji motywów komercyjnych. Chadecja jest również nurtem podkreślającym rolę państwa. Ale nie chodzi tu o własność w gospodarce, ale o zdolność do współtworzenia stabilnych instytucji gwarantujących stabilny rozwój. W przeciwieństwie do liberalizmu, chadecja podkreśla znaczenie wartości zbiorowych, narodowych, regionalnych, lokalnych. W polityce zagranicznej zasadą jest dążenie do konsensusu z sąsiadami i innymi partnerami [...] Wskazuje to na otwartość w konstruowaniu nowych elementów zarządzania w polityce światowej. I tymże oto sposobem otrzymaliśmy niemalże pełny projekt urządzenia Polski według zamierzeń "lewicy pobożnej". To jednak nic nadzwyczajnego, jeśli wziąć pod uwagę, że czołowym piórem "Znaków Nowych Czasów" pozostaje nie kto inny, jak sam Janusz Zabłocki ? czołowy "koncesjonowany katolik" z czasów śp. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Piękna egzemplifikacja idei "powrotu do źródeł".
***
Teraz czas na dwa teksty oparte na jednakowej zasadzie, że "nie ten ptak zły, co swoje gniazdo kala, lecz ten co mówić o tym nie pozwala". W środowisku "Opcji na Prawo" istniało bardzo znaczące zróżnicowanie poglądów na temat słuszności decyzji Lecha Kaczyńskiego w sprawie odmowy wydania zezwolenia na tzw. Paradę Równości. Skrzydło libertariańskie nie wahało się poddawać tej decyzji ostrej krytyce, podczas gdy konserwatyści przeważnie raczej aprobowali rozstrzygnięcie prezydenta Warszawy. Mimo wszystko warto na chwilę powrócić do wskazanego problemu (chociaż we mnie osobiście roztrząsanie na forum publicum czyichś seksualnych preferencji budzi niejakie obrzydzenie). Zwięzłe stanowisko w rzeczonej materii (pod którym prawie bez zastrzeżeń mogę się podpisać) przedstawił Rafał A. Ziemkiewicz ("Newsweek", nr 23/2005). Otóż, zdaniem publicysty, wskutek posunięcia Lecha Kaczyńskiego zagrożone zostały fundamentalne zasady funkcjonowania państwa, a mianowicie wolność zgromadzeń i prawo każdego obywatela do demonstrowania swoich poglądów, nawet jeśli nie podobają się one większości współobywateli, a już zwłaszcza ?zwłaszcza! ? jeśli nie podobają się władzy. Ta wolność może być czasem ograniczana, ale tylko wtedy, gdy istnieją dowody, że została nadużyta, że planowana demonstracja stanowi jakieś zagrożenie bądź służyć ma propagowaniu postaw uznanych przez prawo za zbrodnicze [...] Nawet podzielając deklarowaną przez Kaczyńskiego niechęć do gejów ? ja, na przykład, ją podzielam ? nie można zgodzić się, aby urzędnik pełniący publiczną funkcję używał argumentu: jestem temu przeciwny, więc korzystam z powierzonej mi władzy, aby tego zakazać. To rzecz horrendalna. Demokracja nie polega na tym, że ten, kto zdoła zdobyć większość głosów albo zmontować większościową koalicję, staje się prywatnym właścicielem państwa czy miasta. Czy naprawdę trzeba to tłumaczyć? Czy trzeba wyjaśniać, że jeśli przeciwko decyzji Kaczyńskiego nie protestujemy, to zgadzamy się, aby jakiś inny polityk za jakiś czas zakazał, powiedzmy, procesji, bo on akurat uważa, że religia źle wpływa na wychowanie młodzieży? Czy rządy prawicy mają oznaczać tylko odwrócenie sytuacji ? teraz my będziemy zakazywać tym, którzy wcześniej zakazywali nam? Nie zgadzam się na to i nie sądzę, by ktokolwiek potrafił się świadomie zgodzić. Cóż, również jestem zdania, że istnieje bezwarunkowa i bezwyjątkowa powinność przestrzegania określonych reguł postępowania, nawet jeśli w danej sytuacji ich respektowanie prowadzi do głęboko niesatysfakcjonujących nas konkluzji. Lepiej przeto nie oddawać zbyt wiele władzy w ręce państwa oraz jego urzędników ? tylko wtedy będziemy mogli czuć się bezpiecznie w innych kwestiach, istotniejszych aniżeli prawo do swobody demonstrowania.
***
Drugi z wspomnianych wyżej tekstów, którym chciałem zaprzątnąć uwagę Czytelnika, to artykuł jednego z bodaj najciekawszych polskich publicystów religijnych Pawła Milcarka, reprezentanta katolicyzmu w wariancie cokolwiek ortodoksyjnym (aczkolwiek pozbawionym lefebvrystycznej przesady). Redaktor naczelny pisma "Christianitas" (nr 19/20) traktuje w nim o stricte politycznym czy też kulturowym aspekcie nauczania pojawiającego się na falach Radia Maryja, które przyciągnęło do siebie wiele osobistości prawicy narodowej właśnie dlatego, że dało się poznać jako ośrodek żywego patriotyzmu polskiego. Niestety, wybrało jego formę na zewnątrz czysto defensywną, a wewnątrz konformistyczną względem polskich słabości, bez aspiracji do budowy chrześcijańskiego nacjonalizmu nowoczesnego Polaka, mniej łzawego i desperackiego, a bardziej obowiązkowego i skutecznego w praktyce życia społecznego. Patriotyzm w wydaniu Radia jako swojskie rozpozna relikty PRL-owskiej gospodarki socjalistycznej, za narodowy ruch oporu uzna blokady dróg, znajdzie uzasadnienia dla kolejnych roszczeń klasowych i zawodowych względem własnego państwa, chętnym uchem i lekkim językiem uczestniczy w każdym wybrzydzaniu na lata odzyskanej niepodległości, przestrzega przed "ingerencją" w sprawy Białorusi, ma zrozumienie raczej dla "dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją" niż dla sojuszu atlantyckiego, słowo "Zachód" kojarzy mu się jak najgorzej, Stany Zjednoczone ? chyba wyłącznie z masonerią i rozwiązłością, za to "bojownicy arabscy" są porównywalni do AK i NSZ. Tak się zresztą składa, że wielkie spiski ciemnych sił rządzą Zachodem, ale omijają Rosję (i kraje islamskie). Ludzie Radia wiedzą, do jakiej loży należy Bush jr., za to KGB-owska tożsamość drużyny Putina nie budzi w nich takich emocji; demaskują "trockizm" neokonserwatystów, ale razem z miejscowymi trockistami protestują przeciw wojnie z Irakiem; ostrzegają przed antychrześcijańskim rządem światowym, a odkrywają dobrodziejstwa multilateralnej "równowagi sił" strzeżonej przez ONZ. Jest to dość zawikłane i dwuznaczne, lecz podstawowe komunikaty, wmiksowane w patriotyczne tony i wchodzące z nimi do samego serca wielu szlachetnych ludzi, są wciąż podobne: Zachód jest szatanem, Polska [sic! ? S.L] niepodległość to pasmo zdrady, liberałowie są gorsi niż postkomuniści, Radio Maryja jest ostatnią szansą dla Polski, nie wierzcie nikomu poza nami. Dokonana przez Milcarka analiza doktrynalnych treści dopuszczanych na antenę RM wydaje się trafiać w samo sedno. Można tylko dodać, że twórca polskiego nacjonalizmu Roman Dmowski (właściwie pierwszy Machiavelli rodzimej teorii oraz praktyki politycznej) zapewne przewraca się w grobie widząc, jak można wypaczyć głoszone przezeń koncepty.
***
Jednym z najbardziej irytujących aspektów "gazetowowyborczego" dyskursu po 1989 roku było (metaforycznie) stawianie pomniczków czy monumencików osobnikom (a niekiedy wprost kreaturom) raczej nieciekawego autoramentu, związanym z PRL-owskim systemem władzy. Tym oto sposobem zbiorowe imaginarium zaludniali rozdarci jak judymowska sosna patrioci; PZPR-owcy Wallenrodzi podważający komunizm na stanowiskach pierwszych oraz pomniejszych sekretarzy; subtelni intelektualiści walczący, pod płaszczykiem traktatów oraz rozprawek o przewodniej roli partii czy też naukowości marksizmu-leninizmu, o pluralizm polityczny, wolność badań i swobodę manifestowania swoich przekonań; ciepli i otwarci na świat oraz Innego liberałowie. Tym większą satysfakcję budzi przeto obecnie przypominanie mniej lub bardziej znaczących epizodów z życia naszych bohaterów. Przykładowo niezwykle ciekawą i wbrew pozorom niebłahą informację na temat jednej z takowych ikonek podał w swoim felietonie we "Wprost" (22/2005) Krzysztof Skiba: Książki opisujące życie muzyczne w PRL mają swój niewątpliwy urok. Można tam natrafić na wiele informacji, które obalają zmurszałe pomniczki pielęgnowane do dziś po kątach. Kilka lat temu ukazała się książka ojca polskiego rocka Franciszka Walickiego "Szukaj, burz, buduj", będąca zbiorem wspomnień z heroicznych czasów początków rocka w Polsce. Wśród wielu smakowitych historyjek jest też informacja, jak to dziennikarz Daniel Passent swoimi donosami prasowymi doprowadził do zakazu występów i urzędowego rozwiązania (w tamtych czasach było to możliwe) pierwszego rockowego bandu w PRL, grupy Rhythm and Blues Bogusława Wyrobka. No i proszę. Niby taki inteligentny człowiek ten Passent i otwarty umysł, a wychodzi, że zwykła świnia. No i sapienti sat... Takie fakty są jednak warte nieustannego przypominania chociażby z uwagi na młodzież. Można zatem wyrazić nadzieję, że, gdy następnym razem młody człowiek zobaczy byłego ambasadora III Rzeczpospolitej w Chile w programie "Loża prasowa" na antenie TVN 24 lub kiedy natrafi na jego kolejny erudycyjny felieton w "Polityce", to zacznie postrzegać owego sympatycznego uśmiechniętego starszego pana tak, jak ten ostatni na to zasługuje.
***
Demokracja pozbawiona wartości łatwo przeradza się w jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm. Słowa ważne, prawdziwe i godne częstego przypominania. Ostatnimi czasy w Polsce wspomniany kamuflaż staje się coraz bardziej przejrzysty, a spod ton makijażu i pudru zaczyna wyzierać strupieszała twarz starej poczciwej tyranii. Jak zauważa Elżbieta Morawiec ("Arcana", 61-62), pojęcie prawdy, podstawowe narzędzie w teorii poznania, dziś najczęściej zabarwia się ideologicznie, co absolutnie uniemożliwia jakikolwiek dialog, dysputę. A także, co ważniejsze: racjonalny opis świata, w którym żyjemy. W Polsce, gdzie wiele środowisk świeżo i bezrefleksyjnie przejęło zachodnie "prawdy ideologiczne" jest to zjawisko niebezpiecznie pustoszące życie umysłowe. A nosicieli takich prawd jest dzisiaj więcej niż misjonarzy Świadków Jehowy. W ich rękach prawda staje się "młotem na czarownice", służy nie do porozumienia, ale do unieszkodliwienia adwersarza. Ci nowi "misjonarze" wywodzą się na ogół z kręgów postkomunistycznych, ale nie wyłącznie. Marcin Król w swojej najnowszej książce "Patriotyzm przyszłości" takie oto zaleca sposoby, gdyby np. powstał w Polsce silny opór przeciwko dalszemu członkostwu w UE: "Co wtedy można zrobić? Oczywiście można perswadować i przekonywać, ale przyjmijmy wersję skrajną, kiedy to perswazja nie doprowadza do żadnych skutków. Wtedy niezbędna jest możliwie zręczna, możliwie prawnie podbudowana [...] decyzja, która sprawia, że głos ewentualnych przeciwników dalszego członkostwa nie zostaje uwzględniony [...] zostają oni usunięci poza teren objęty przez reguły demokratyczne. [...] Może to się odbyć bez użycia siły, ale nie bez użycia pewnych form przemocy". Jak celnie komentuje Elżbieta Morawiec, piękna recepta na zamianę demokracji w nowy grupowy totalitaryzm. Ja za to zaproponuję Czytelnikom pewne ćwiczenie umysłowe. Otóż wyobraźmy sobie, że analogiczną propozycję polityczną prezentują przeciwnicy partycypacji Polski w eurosocjalistycznym potworku. Ach, cóż to by się wtedy działo. Wolno nam trochę pospekulować ? Adam Michnik napisałby erudycyjny esej o groźbie pełzającej faszyzacji Polski, osadzony w realiach Starego Państwa Egipskiego za czasów panowania faraona Chefrena; Władysław Frasyniuk w imię słusznej walki z epidemią nienawiści odważnie poszarpałby autora takowej sugestii za klapy marynarki; stu czterdziestu dwóch intelektualistów, m.in. Andrzej Wajda, Kazimierz Kaczor, Sławomir Sierakowski oraz ks. Stanisław Obirek, podpisałoby list otwarty w proteście przeciwko demonom ksenofobii i nietolerancji (Krzysztof Zanussi swój podpis dołączyłby dwa dni później, albowiem podczas formułowania epistoły piastował właśnie zaszczytną funkcję Honorowego Przewodniczącego Jury na Siódmym Festiwalu niemego kina mongolskiego w Ułan Bator, a inicjatorzy protestu niestety nie zdołali się tamże dodzwonić); Magdalena Środa popełniłaby publiczne autodafe przed pomnikiem warszawskiej Syrenki.. A tu tymczasem, po odważnym i niestereotypowym tekście Króla, cicho, głucho i spokojnie. Jak wyjaśnić tę pasjonującą zagadkę? Cóż, być może eksplanacja jest niezwykle prosta ? tekstów Marcina Króla najzwyczajniej w świecie nikt nie czyta i nikt nie zauważa. Czyż należałoby się zresztą temu faktowi szczególnie dziwić?
***
Kwartalnik "Bez Dogmatu" (63) z uporem zaprawdę godnym lepszej sprawy kontynuuje swoją "oświeconą", "laicką" i "racjonalistyczną" krucjatę skierowaną przeciwko "zabobonom religijnym", "wyznaniowemu fanatyzmowi" i "kościelnej dominacji". Autorka podręczników do logiki (cóż za paradoks) Barbara Stanosz podejmuje przeto kwestią relacji państwo-Kościół w kontekście fundamentów ustroju demokratycznego: Rzecz jest tak oczywista, że właściwie wstyd ją artykułować i uzasadniać: demokracja wyklucza istnienie religii "panującej", nawet w przypadku wspólnoty monowyznaniowej. Jest bowiem z definicji systemem, w którym, po pierwsze, wszyscy członkowie wspólnoty mają równy udział w podejmowaniu decyzji politycznych ? bezpośrednio lub za pośrednictwem swobodnie (i na dość krótko) wybieranych reprezentantów ? oraz, po drugie, kryterium zakresu i treści tych decyzji stanowi interes wspólnoty, wyznaczony przez materialne i kulturalne aspiracje jej członków. "Panowanie" jakiejkolwiek religii, tj. wpływ ? nawet ograniczony ? kierownictwa instytucji wyznaniowej na tryb, w jakim zapadają owe decyzje, oraz na ich zakres i treść, narusza obydwa te definicyjne warunki demokracji. Świeckość państwa jest jej warunkiem sine qua non. Trudno uwierzyć, by ktokolwiek w miarę inteligentny i wykształcony nie był świadom tego faktu. Cóż zrobić, muszę zatem polemizować z szacowną Panią Profesor z pozycji niewyedukowanego tłumoka. Otóż problem demokracji dotyczy jedynie formy (trybu, procedury czy też źródła) wyłaniania władzy. Jeżeli rządzący wybierani są w drodze wyborów opartych na osławionych zasadach równości, powszechności, tajności, bezpośredniości itp., to taki ustrój bez cienia wątpliwości pozostaje ustrojem demokratycznym. Są to właściwie warunki konieczne, ale i wystarczające. Treść podejmowanych przez władze decyzji nie wchodzi w skład definicji ludowładztwa. A zatem w tej perspektywie kompletnie nie ma znaczenia, czy decydenci kierują się dobrem wspólnym, interesem klasowym czy znakami astrologicznymi przy rozstrzyganiu problemów życia społecznego. Ponadto wywieranie wpływu na władzę poprzez lobbowanie, namawianie, naciskanie, ostrzeganie itd. w żaden sposób nie narusza reguł obywatelskiej równości, a co więcej, stanowi nieodzowny komponent wolności politycznej. Jak zresztą uzasadnić fakt, że do oddziaływania na miarę swoich możliwości na kształt stanowionego prawa uprawniony byłby związek zawodowy hydraulików, a prawa tego odmawiano by organizacjom religijnym i kościołom? Dopiero taka regulacja oznaczałaby złamanie podstawowych zasad demokracji i równości obywateli wobec prawa. Trudno więc uwierzyć i zrozumieć, by ktokolwiek w miarę inteligentny i wykształcony nie był świadom tych faktów. No więc ja na przykład nie wierzę.
Stary liberał
Wyświetlony 4425 razy

Najnowsze od

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.