Wydrukuj tę stronę
niedziela, 29 sierpień 2010 11:00

Unia - TAK, wypaczenia - NIE

Napisał

Kiedy Francuzi a potem Holendrzy odrzucili projekt Traktatu Konstytucyjnego, część elit zareagowała mniej więcej tak, jak profesor Geremek na wieść o klęsce wyborczej Tadeusza Mazowieckiego: ludzie są tępi i nie dorośli do demokracji. Oczywiście nie wszyscy ludzie, lecz tylko ci, którzy głosują niezgodnie z mądrymi dyrektywami elit.

 

Cóż. Z takim stwierdzeniem po części można się zgodzić. Faktem bowiem jest, że w ustroju demokratycznym, w którym, jak obrazowo i dosadnie wyraził się Platon, suki prowadzą się tak jak ich panie, chwilowe emocje i irracjonalne sympatie często biorą górę nad racjonalną kalkulacją i mało kto dba o coś więcej, niż swoje partykularne interesy. Dlatego niektórzy twierdzą, że w podejmowaniu decyzji politycznych uczestniczyć powinni jedynie ludzie do tego predestynowani z uwagi na pochodzenie, majątek bądź wykształcenie. Krótko mówiąc, pospólstwem powinna rządzić wąska elita, która wie lepiej, czego zwykły człowiek powinien chcieć.

Paternalizm w imię wolności
Tego rodzaju paternalizm przypisywany jest zwykle ? zresztą całkiem słusznie ? konserwatystom, monarchistom i wszystkim tym, którzy otwarcie twierdzą, że ludzie równi nie są i nie będą, w związku z czym kierowanie państwem należy powierzyć tym, którzy stoją na szczycie hierarchii. Krytycy takiego stanowiska, uważając, że stanowi ono prostą drogę do totalitaryzmu, proponują w miejsce takiego butnego podejścia wzniosłe ideały wolności, równości i braterstwa. Ideały, jak to ideały, ładnie wyglądają na papierze. Problem polega jednak na tym, że niezależnie od deklaracji, owi bojownicy o szczęście ludzkości w praktyce stosują taki sam paternalizm, jak ich konserwatywni adwersarze. Tradycja myśli określanej mianem "postępowej", od ideologów rewolucji francuskiej, przez Marksa, Lenina, aż po szkołę frankfurcką, naznaczona jest swego rodzaju krypto-arystokratyzmem, który Orwell podsumował znanym stwierdzeniem: wszystkie zwierzęta są równe, ale są zwierzęta równiejsze. Ot i cała dialektyka. Ludzkość musi zostać wyzwolona (czy też wyemancypowana) od religii, nietolerancji, kapitalizmu, patriarchatu ? co tam kto woli ? jednakże nie może dokonać tego sama, gdyż zazwyczaj nawet nie wie, że jest zniewolona i trwa w gnuśnym samozadowoleniu. Muszą więc wyzwolić ją inni, których należy słuchać, gdyż oni dobrze wiedzą, czego prości ludzie powinni chcieć. A kiedy ludzie nadal chcą tego, czego chcą, a nie tego, czego powinni, z ust oświeconej elity sypią się połajanki i groźby, że jak tak dalej pójdzie, to demokrację odrzuci się precz i wola ludu zostanie zrealizowana nawet wbrew ludowi.

Ratyfikacja za wszelką cenę
Zwolennicy zjednoczenia Europy nawet wbrew Europejczykom oczywiście nie byli aż tak dosadni, niemniej jednak z ich wypowiedzi można było wnioskować, że najchętniej machnęliby ręką na te wszystkie referenda i własnoręcznie podpisali traktat w imieniu wszystkich narodów. Bez wątpienia uprościłoby to sprawę, tak jak, ich zdaniem, przyjęcie Traktatu uprości sprawę zarządzania UE, gdyż dzięki poszerzonym uprawnieniom centrala będzie mogła dużo lepiej kontrolować politykę państw członkowskich. Ojciec chrzestny traktatu Valery Giscard d'Estaign oraz premier Luksemburga Jean-Claude Juncker po ogłoszeniu wyników francuskiego referendum zaczęli przebąkiwać o konieczności jego powtórzenia, co niewątpliwie stanowi twórczy wkład w ideę demokratycznego głosowania. Można by to od razu wykorzystać w parlamentach: jeśli nasz wniosek nie przejdzie, to powtarzajmy głosowania tak długo, aż je wygramy. Pojawiły się również głosy, że w ogóle ratyfikacja traktatu na drodze referendum jest błędna i Francja oraz pozostałe kraje powinny, wzorem Niemiec czy Włoch, przyjąć go w drodze ustawy. Podobne opinie można było usłyszeć również u nas, np. Antoni Podolski, szef Centrum Stosunków Międzynarodowych, w artykule dla GW przekonywał, że dla nas wszystkich będzie najlepiej, jeśli konstytucję ratyfikuje Sejm, gdyż w trakcie referendum do głosu dojdzie demagogia. Zgodnie z tą logiką można dojść do wniosku, że najlepiej byłoby w ogóle zrezygnować z jakichkolwiek powszechnych wyborów i podejmować wszystkie ważne dla państwa decyzje w zaufanym gronie fachowców, ponieważ nie mamy szans ustrzec się przed demagogią. Wszystko to świadczy o tym, że zwolennicy przekształcania Unii w jedno wielkie państwo najchętniej realizowaliby swoją wizję ponad głowami wyborców.

Mit trzeciej drogi
Jak wiadomo, Francuzi odrzucili konstytucję, gdyż była dla nich zbyt liberalna, Holendrzy zaś, przeciwnie, odrzucili ją dlatego, że uważali ją za zbyt socjalistyczną. Twórcy i obrońcy traktatu twierdzą, że świadczy to o kompromisowości ich projektu, który wykracza poza opozycję lewica-prawica i kreśli wizję "trzeciej drogi". Problem polega na tym, że Unia od dłuższego już czasu stara się podążać ową mityczną trzecią drogą i jak na razie efektem tego jest pogłębiający się kryzys gospodarczy, zaniechanie koniecznych reform i wynikające stąd problemy społeczne, takie jak np. hodowanie rzesz ludzi, którzy uważają, że państwo powinno za nich wszystko załatwić. Można więc się obawiać, że konstytucja nie tylko nie usunęłaby tych problemów, ale raczej je pogłębiła, zwłaszcza że pozwalałaby np. na ingerencję w systemy podatkowe państw członkowskich czy też odgórne narzucanie prawa pracy. Również zawarte w niej regulacje dotyczące polityki socjalnej, takie jak np. pomysł powoływania pracowniczych rad współzarządzających prywatnymi przedsiębiorstwami, stałyby się hamulcem dla gospodarki.
Prezydent Czech Vaclaw Klaus stwierdził, że odrzucenie traktatu konstytucyjnego potwierdza istnienie bezgranicznych różnic między europejską elitą polityczną a poglądami zwykłych Europejczyków. Z tej perspektywy widać, że Konwent Europejski opracował projekt konstytucji "dla wszystkich i dla nikogo" i chcąc zadowolić rozmaite grupy interesu, ostatecznie nie zadowolił żadnej, czego wyrazem był wynik referendum. Niektórzy politycy spekulują o tym, jak zmienić konstytucję, żeby ostatecznie została zaakceptowana, problem jednak nie polega na tym, jakiej konstytucji potrzebuje Europa, ale czy w ogóle jej potrzebuje.

Mania planowania
Teza, że Unia będzie działać lepiej po przyjęciu konstytucji jest wyrazem biurokratycznego przekonania, że skuteczność państwa rośnie wraz z ilością przepisów. Mamy tu do czynienia z irracjonalną wiarą w to, że doskonałe państwo to takie, w którym wszystko jest wyregulowane za pomocą odpowiednich ustaw, których realizacji pilnuje armia pilnych urzędników. Ten mechanicystyczny pogląd rodem z XIX stulecia wiąże się z obsesją na punkcie planowania, cechującą wszystkich budowniczych utopii. Pod tym względem UE - niestety - bardzo przypomina kraje tzw. realnego socjalizmu, których przywódcy co rusz ogłaszali szumne deklaracje, że za rok, a najdalej za dwa przegonią pod względem potęgi gospodarczej i militarnej USA. W 2000 r. przyjęto np. tzw. strategię lizbońską, w której radośnie zaplanowano, że w ciągu 10 lat Europa stanie się najbardziej dynamicznym i konkurencyjnym regionem gospodarczym na świecie i rozwijać się będzie szybciej niż gospodarka amerykańska. Po pięciu latach wiadomo, że Unia nie tylko nie rozwija się szybciej, ale znajduje się w gorszym stanie niż w 2000 r., kiedy ogłaszano te szumne deklaracje. W maju tego roku pojawiły się kolejne proroctwa. Zapowiedziano, że dzięki zwiększeniu wydatków na badania naukowe, UE znów prześcignie USA i cały świat. Problem polega jednak na tym, że w obecnej sytuacji UE nie tylko nie ma szans wygrania wyścigu z Ameryką, ale może go przegrać również z Chinami i Indiami, które powoli stają się konkurencją również dla gospodarki amerykańskiej.
W takiej sytuacji nie pomoże planowanie. Można zwoływać kosztowne konferencje, przegadać tysiące godzin, opublikować setki raportów i ogłosić dziesięć nowych strategii lizbońskich, ale nie będzie to niczym więcej niż magicznym zaklinaniem rzeczywistości. Można napisać kolejny traktat konstytucyjny, dwa razy bardziej obfity, w którym dokładnie wykaże się, co i jak produkować, można nawet odstawić na bok demokrację i oddać pełnię władzy Konwentowi Europejskiemu, który będzie ustalał, co dla Europejczyków dobre, a i tak niewiele to zmieni. Nie chodzi bowiem o wadliwą realizację słusznej idei. Z biurokratyczną wizją Europy jako superpaństwa jest podobnie jak z komunizmem: kiedy sama idea jest błędna, każda jej realizacja będzie prowadziła do podobnych, opłakanych skutków.
(?)
Damian Leszczyński


 

Wyświetlony 4653 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.