poniedziałek, 30 sierpień 2010 08:22

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

Nie ma to jak inicjatywa społeczna. "Gazeta Wyborcza" (nr 99/2005) kontynuuje swoją ważką akcję, romantycznie i patetycznie zatytułowaną "Tiszert dla Wolności", polegającą generalnie na selekcji jakiegoś przejmującego i doniosłego hasła zwracającego uwagę na istotny problem społeczny, a następnie wydrukowaniu go i noszeniu na rzeczonych koszulkach.

Dziennikarze najlepszego pisma od Lizbony po Władywostok i od Glasgow po Palermo tak oto uzasadniają celowość i niezbędność swojej inicjatywy: Rozejrzyj się wokół. Czy nie ma spraw, wokół których przechodzisz obojętnie? Czy nie unikasz pewnych tematów tylko dlatego, że są "zbyt śmiałe" lub "niewygodne"? Czy wszyscy, którzy żyją obok ciebie, są traktowani godnie i sprawiedliwie? Czy tolerancja nie jest pustym hasłem wyrażającym w najlepszym razie obojętność wobec słabszych? A przecież w nowoczesnym świecie nie ma już miejsca dla społeczeństw zamkniętych, w których innych spycha się na margines. Szacunek dla drugiego człowieka, dla jego człowieczeństwa ? niezależnie od tego, jakie wartości wyznaje i do jakiej grupy należy ? jest podstawą i miarą demokracji. Czy potrafimy w Polsce sprostać tej zasadzie? Czy przestrzegamy i bronimy konstytucyjnych praw do wolności wypowiedzi, swobody religii czy równości wobec prawa? Niestety, nie zawsze. Co gorsza, rzadko rozmawiamy na te kontrowersyjne tematy. Ogłaszamy ogólnopolski konkurs na nowe hasła kampanii Tiszert dla Wolności. To Ty będziesz decydować, o jakich problemach warto zacząć mówić. W akcję zaangażowały się między innymi tak znane postaci naszego, pożal się Boże, życia publicznego, jak Władysław Frasyniuk, Piotr Najsztub, Muniek Staszczyk i Agnieszka Holland. Skądinąd niezwykle interesujące są przykładowe hasła (przypomnijmy, do umieszczenia na T-shirtach) zaproponowane przez samych żurnalistów "Gazety Wyborczej": Nie chodzę do kościoła, Jestem ze wsi oraz Mam okres... O, tak, sugeruję, aby w koszulkę z tym ostatnim napisem koniecznie ubrać do sesji zdjęciowej na billboardy pana Władysława Frasyniuka. Rzeczony zabieg bez cienia wątpliwości zwróciłby uwagę społeczności na akcję, jej organizatorów oraz ciekawy problem życia zbiorowego. Zresztą mam kilka innych propozycji na rzecz kampanii (copyleft by Stary Liberał), jak np. "Mam hemoroidy", "Lubię filmy Krzysztofa Zanussiego", "Kocham Magdalenę Ś. (i Kingę D.)" czy chociażby "Głosuję na Partię Demokratyczną". W końcu czymś koniecznym i humanitarnym jest dopieszczenie wszelakich mniejszości.

***

"Newsweek" (nr 18/2005) w następujący oto sposób awizuje artykulik autorstwa rosyjskiego dziejopisa: Z polskimi mitami rozprawia się historyk Aleksiej Isajew. Wspomniane wyżej mity mają, oczywiście, dotyczyć stosunków polsko-rosyjskich (właściwie polsko-radzieckich) na przestrzeni całego dwudziestego stulecia. Niestety, jestem zmuszony przyznać, że dawno nie zdarzyło mi się czytać tekstu podobnie przesiąkniętego półprawdami, nadinterpretacjami, niedomówieniami, falandyzacją rzeczywistości i transparentnym fałszowaniem faktów. Tylko tytułem egzemplifikacji, warto przywołać dwie supozycje Isajewa: Nic [...] dziwnego, że w międzywojniu Polska była uważana za głównego potencjalnego wroga ZSRR. Pojawienie się Hitlera nie zmieniło stosunku radzieckich przywódców do Polski. Zwłaszcza, że złe wrażenie wywarł udział Polski w zainicjowanym przez Niemców podziale Czechosłowacji. Wizja "wojsk polsko-niemieckich" zaczynała przybierać coraz bardziej realne kształty [gratulacje dla rosyjskiej agentury i służb specjalnych, które, jeśli teza Isajewa jest prawdziwa, nie miały bladego pojęcia o koncepcji polityki zagranicznej ministra Becka ? S.L.]. Dlatego propozycja Berlina, by "rozwiązać polski problem", która pojawiła się w 1939 r., spotkała się w Moskwie z pozytywną reakcją. Strona rosyjska wykorzystała nadarzającą się okazję likwidacji jednego z przeciwników rękami drugiego. I tym oto sposobem dowiadujemy się, że akt Ribbentrop-Mołotow i sowiecka agresja z 17 września 1939 roku były niczym innym, jak aktami obrony koniecznej przed złowrogimi zamiarami imperialistycznej Polski, sprzymierzonej z siłami narodowosocjalistycznych Niemiec oraz bezpardonowo dążącej do zaatakowania miłującego pokój batiuszki Stalina. Jakby to Studnicki czy też Mackiewicz kształtowali polską politykę w sprawach międzynarodowych. Równie wesołe (a nawet i zabawniejsze) konstatacje pojawiają się w dalszej części wywodów historyka. Jak bowiem zupełnie poważnie utrzymuje Isajew, w jeszcze więcej mitów (...) obrosła konferencja jałtańska, która odbyła się 4-11 lutego 1945 r. Omawiając z sojusznikami przyszłość Polski, Stalin nie postulował stworzenia państwa satelickiego wobec ZSRR ani nie domagał się zdobyczy terytorialnych. "Zależy nam na tym ? mówił ? żeby Polska miała rząd odnoszący się przyjaźnie do ZSRR, żeby po raz kolejny nie stała się przyczółkiem czy korytarzem dla uderzeń wymierzonych w Rosję". Z uwzględnieniem tych tez przyjęto w Jałcie "deklarację o wyzwolonej Europie" [swoją drogą, cóż za orwellowskie nazewnictwo ? S.L.]. W tym dokumencie strona radziecka obiecała, że w wyzwolonych krajach zostaną przeprowadzone wolne wybory ? i to formalnie zostało spełnione [podkr. ? S.L.]. Co zaś tyczy się dalszych działań ZSRR w Europie Wschodniej, to wynikły one z logiki zimnej wojny [podkr. ? S.L.], która ograniczała prawo narodów do samostanowienia. Powojenne wybory w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wolne? Chyba jedynie pod warunkiem pojmowania wolności jako heglowsko-marksowskiej uświadomionej konieczności. Logika zimnej wojny? No tak, pewnie wywołali ją amerykańscy kapitalistyczni faszyści do spółki z knującym krzyżakiem Adenauerem i Watykanem, rozpościerającym swe złowrogie macki po całym globie. Po przeczytaniu tych elukubracji, pozostaje mi tylko znów zaapelować, aby w pełni usprawiedliwiona niechęć licznych środowisk prawicowych wobec struktur Wspólnoty Europejskiej nie skłoniła ich do poszukiwania remedium na współczesną sytuację w aliansie Polski i Rosji oraz nie przesłoniła im rzeczywistej natury i prawdziwych celów rosyjskiej doktryny imperialnej. Mam nadzieję, że nie jest to wołanie na puszczy.

***

I oto kolejny kwiatek z łączki stosunków polsko-rosyjskich. W "Polityce" (18/2005) Ludwik Stomma (autor wiekopomnej biografii Leszka Millera) przekonuje, że cała zachodnia Europa spogląda dzisiaj na Polskę z rosnącym ubolewaniem z uwagi na naszą rzekomo postępującą rusofobię. Felietonista przestrzega, że tamtejsi politycy i intelektualiści wkrótce będą na nas patrzeć nie tylko z politowaniem, ale i rosnącym zdenerwowaniem. Polacy bowiem nie tylko obnoszą się, ale również pouczają. Rosja ma na przykład rozliczyć się ze swoją historią i bardzo nieładnie ? w tym miejscu groźnie kiwamy paluszkiem ? że tego jeszcze nie zrobiła, nie założyła włosiennicy i nie pomasochizowała się wystarczająco. A jeśli Rosjanie uważają po prostu, że odwrócili kartę i babranie się w niechlubnych rozdziałach przeszłości do niczego konstruktywnego ich nie doprowadzi? Tak w końcu grosso modo potraktowali Hiszpanie swój frankistowski garb, Francuzi ? cienie Vichy albo blizny wojny algierskiej, Słowacy ? czasy księdza Tiso etc. W świetle cytowanych fragmentów artykułu Aleksieja Isajewa supozycja o przezwyciężeniu przez Rosjan demonów przeszłości i ich dostatecznej ekspiacji za zbrodnie i występki komunizmu zaiste zdaje się pocieszna. Warto również zwrócić uwagę na niezwykle subtelne zrównanie przez Stommę generałów Franco i Petaina (a więc postaci, wobec których żywię zgoła znikomą sympatię) z Józefem Wissarionowiczem. Cóż, nie ma jak intelektualista z cepem, toczący jakże już anachroniczne boje z polskim nacjonalizmem i romantyzmem.

***

Najzwięźlej i najdosadniej podsumował teoryjki na temat stosunków polsko-rosyjskich typu tych głoszonych przez Stommę redaktor naczelny "Gazety Polskiej" Piotr Wierzbicki (18/2005). Skonstatował bowiem zwięźle, że jak tylko odżywa pytanie, jak niepodległa Polska powinna odnosić się do Rosji, to (...) socjaldemokraci, światowcy, niepodległościowcy nieodmiennie żądają miękkości, grzeczności, układności i ustępliwości za wszelką cenę. Tym razem już nie powołują się na miłość. Ich uczucia są skrzętnie skrywane. Padają argumenty bardziej ? na oko ? racjonalne. Pierwszy, to nie upokarzać Rosji. Rosja to natura subtelna, wrażliwa, delikatna. Strasznie łatwo Rosję urazić. A to jest niehumanitarne, nieludzkie (...) Trzeba uszanować wrażliwość Rosjan, nie przypominać im zbyt często o Katyniu, no i w żadnym wypadku nie robić im afrontów (...) Drugi, to nie drażnić Rosji. Rosja to groźny niedźwiedź. Nie drażni się niedźwiedzia, bo na przykład mógłby czegoś zażądać. Należy zatem to żądanie spełnić wcześniej (...) Trzeci, to nie narażać się Zachodowi. Zachód chce, żebyśmy byli grzeczni wobec Rosji. Zachód wymaga, żebyśmy mieli z Rosją stosunki sielankowe. Jak postawimy się Rosji, na coś się tam nie zgodzimy, czegoś tam zażądamy, to Zachód będzie na nas zły. Pobłażliwy i ironiczny styl tego tekstu przypomina najlepsze polskie pamflety polityczne. Ale najcelniejsza pozostaje puenta redaktora Wierzbickiego: Ja pierwsze słyszę, żeby Rosja była przewrażliwioną, neurasteniczną pensjonarką. Ten kraj znany jest raczej z grubej skóry. Ja pierwsze słyszę, że Rosję można rozdrażnić, że ona kieruje się emocjami, a w tym żądzą odwetu, jest wprost przeciwnie, ten kraj miał zawsze i ma nadal bardzo profesjonalną dyplomację, nigdy nie kierował się emocjami, nigdy nie działał pochopnie, raczej szanuje odważnych niż nimi gardzi. Ja też pierwsze słyszę, żeby Zachód oczekiwał akurat od nas merdania ogonkiem na Kremlu: od merdania ogonkiem są inni [a zwłaszcza panowie Chirac czy Schröder ? S.L.]. No cóż, nic dodać, nic ująć. Do Stommy i tak pewnie nic nie dotrze.

***

Slavoj Żiżek straszy ponownie. Tym razem baaardzo długi esej słoweńskiego filozofa został zamieszczony na łamach "Krytyki Politycznej" (nr 7/8/2005). Artykuł jak artykuł, zawierający typowe dla współczesnej lewicy deliberacje z pogranicza marksizmu, postmodernizmu oraz pseudopsychologizmu. Moją uwagę zwrócił jednakże krótki passus traktujący o relatywnie kiepsko znanym na polskim gruncie (aczkolwiek przytaczanym już półgębkiem przez media) aspekcie tzw. rewolucji studenckiej 1968 roku w zachodniej części kontynentu europejskiego. Fakty przytoczone przez Żiżka dotyczą postępowania ikon ówczesnej walki z imperializmem, faszyzmem, amerykanizmem itd. w odniesieniu do dzieci. Jak oto przypomina niedoszły (na szczęście) prezydent Słowenii, angielski dziennik "The Independent" poruszył problem tego, co radykałowie '68 roku myśleli o seksie z dziećmi. Ćwierć wieku temu Daniel Cohn-Bendit [obecnie wielki przyjaciel Adama Michnika oraz poseł do Parlamentu Europejskiego, który uwielbia pouczać wszystkich dookoła w sprawach z zakresu historii i moralności... ? S.L.] pisał o swoim doświadczeniu nauczyciela w przedszkolu: "Mój nieustający flirt ze wszystkimi dziećmi wkrótce przybrał charakter erotyczny. Odczułem na własnej skórze, jak dziewczynki po ukończeniu piątego roku życia uczą się podrywać i prowokować seksualnie mężczyzn (...) Kilka razy dzieci rozpinały mi spodnie i zaczynały mnie dotykać (...) Kiedy nalegały, odwzajemniałem pieszczoty". Shulamith Firestone poszła jeszcze dalej, wyrażając swoją nadzieję, że w świecie "bez tabu kazirodztwa (...) związki z dziećmi będą obejmowały tyle seksu genitalnego, na ile tylko dzieci będą miały ochotę ? najprawdopodobniej o wiele więcej niż teraz jesteśmy sobie w stanie wyobrazić". Jak trafnie odnotowuje w dalszej części eseju Żiżek, dziesiątki lat później, skonfrontowany z tymi wynurzeniami Cohn-Bendit próbował bagatelizować całą sprawę mówiąc, że "to nie miało miejsca naprawdę. Ja tylko chciałem sprowokować ludzi. Kiedy dziś to czytam, jest to nie do przyjęcia". Jednak wciąż pozostaje pytanie, jak to możliwe, że w tamtych czasach można było prowokować opinię publiczną przez prezentowanie gier seksualnych między dziećmi w wieku przedszkolnym jako coś pociągającego. Cóż, ponieważ byłem już wcześniej zaznajomiony z wspomnianymi powyżej faktami, tekst Żiżka nie był dla mnie jak dotąd szczególnie szokujący. Nawet jednak taki stary cynik jak ja popadł w lekki stupor przy czytaniu puenty artykułu: Nie opowiadając się po żadnej ze stron [podkr. ? S.L.] biorących udział w tej debacie, powinniśmy odczytać to ["to", czyli zbulwersowanie, jakie budzą współcześnie cytaty z Cohn-Bendita i Firestone ? S.L.] jako znak zmiany obyczajów: od utopijnej energii końca lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do współczesnej zatęchłej Politycznej Poprawności, w ramach której każde autentyczne spotkanie między ludźmi jest denuncjowane jako doświadczenie wiktymizacji. To, czego nie jesteśmy dziś w stanie sobie nawet wyobrazić, to idea rewolucji, czy to seksualnej, czy społecznej. Być może, w dzisiejszych, nieświeżych czasach rozmnażających się bez liku apeli o tolerancję, powinniśmy podjąć ryzyko przywołania wyzwalającego wymiaru takich "ekscesów" [podkr. ? S.L.]. Uff, ja wiem, że apologeci Żiżka zaraz zaczną gardłować, iż takie wypowiedzi to tylko zwykła prowokacja, postmodernistyczna zabawa, postwittgensteinowska gra językowa, grammatologiczne manipulowanie sensem i tym podobne ecie pecie (mimo że cały esej napisany jest w tonie jak najbardziej poważnym), ale pozwalam sobie cicho wyrazić nadzieję, iż pan Jacek Żakowski nie przeprowadzi kolejnego wywiadu z Żiżkiem dla "Polityki" w pobliżu jakiegoś przedszkola. Nawet jeżeli bowiem potraktować owe enuncjacje w kategoriach ironiczno-żartobliwych, to poczucie humoru Żiżka budzi niejakie wątpliwości. Poza tym, szczerze mówiąc, powinienem poprosić Wydawcę i Redaktora Naczelnego "Opcji na Prawo" o powiększenie honorarium autorskiego z tytułu pracy w szkodliwych warunkach, polegających na konieczności ciągłego wczytywania w tym podobne obrzydlistwa...

***

Jak zwykle na całość idą także panie z feministycznej "Zadry". W dwudziestym numerze pisma Agata Żylińska (przedstawiająca się jako doktor polonistyki Uniwersytetu Szczecińskiego i trenerka WenDo ? czemu nie doktorka?) opowiada historyjkę o swojej bytności u ginekologa. Osią opowiastki jest oczekiwanie przez autorkę na przyjęcie przez lekarza. W kolejce, jak to w kolejce ? płaczące i niecierpliwiące się dzieci, wchodzące poza kolejnością ciężarne kobiety (co wzbudza oburzenie pozostałych pacjentek), ogólne zamieszanie i rozgardiasz. Intrygujące jest natomiast, do jakich konkluzji prowadzi p. Żylińską wspomniana wizyta: Wyszłam stamtąd ze świadomością następującą: oto ja, uczona w piśmie [cóż to za uderzająca skromność ? S.L.], wierząca i praktykująca feministka skonfrontowałam się właśnie z kobietami nieświadomymi faktu, że szpital, a szczególnie ginekologia stanowią miejsce szczególne patriarchatu, w którym opresja kobiet sięga szczytu, czemu należy przeciwdziałać, budząc świadomość wspólnoty kobiecego losu dającą siłę do jego zmiany. Załamywałam ręce nad biernością kobiet czekających posłusznie na swoją kolej, zależną każdorazowo od decyzji lekarki przeprowadzającej badanie USG; ubolewałam nad ich obojętną zgodą na ból pęcherza małych dziewczynek, zaczynających dopiero pojmować, że cierpienie jest immanentnym elementem kobiecej egzystencji; ze zgrozą myślałam o ich braku zrozumienia wyjątkowego statusu kobiety ciężarnej, kobiety niejako do kwadratu. Uff, instytucje szpitalne oraz konieczność przestrzegania odpowiedniej kolejności przy wstępie do lekarza kwintesencją opresywnego i tłumiącego kobiety patriarchatu? Nie pretendując do szczególnej oryginalności, sądzę, iż pani Żylińska powinna także odwiedzać lekarza o nieco innej specjalności aniżeli ginekolog...

***
W "Rzeczpospolitej" (100/2005) miłośnik mądrości (hi, hi...) Jacek Hołówka podjął się zaiste karkołomnego zadania obrony filozofii en bloc przed zarzutami stawianymi jej przez niektóre kręgi konserwatywne. Oto, jakie intrygujące i oryginalne prawdy wychodzą spod pióra, było nie było, profesora Uniwersytetu Warszawskiego: Filozofia nigdy nie była odpowiedzialna za żadne zło społeczne. Filozofia to nie partia polityczna, zorganizowana instytucja czy utrwalona metoda indoktrynacji. Filozofia to poszukiwanie prawdy. Ani Marks, ani Engels nie nawoływali do krwawej rewolucji. Bronili dość uproszczonej wizji świata, ale byli przekonani, że prawdziwa rewolucja proletariacka będzie krótka, przeprowadzona sprawnie i nie spowoduje wielu ofiar. Marks nie cierpiał rewolucjonistów dążących do przewrotu za każdą cenę. Marks i Engels byli humanistami. Znali literaturę i filozofię [to ci dopiero ważki merytorycznie argument ? S. L.], z obrzydzeniem pisali o filistrach, którzy stawiają sobie w życiu tylko przyziemne materialne cele. Hmm, ponieważ oczywiście Hołówki nie przekona klarowna teza, że same w sobie teorie walki klasowej i historycznej konieczności komunizmu ewidentnie zawierają w sobie zalążki zbrodniczości czy nawet ludobójstwa, to spróbujmy w zamian przyjrzeć się przykładowo temu, co humanista Marks pisał o "filistrach" pochodzenia żydowskiego: Jaka jest świecka podstawa żydostwa? Praktyczna potrzeba, własna korzyść. Jaki jest świecki kult Żyda? Handel. Jaki jest jego świecki Bóg? Pieniądz. Otóż właśnie! Emancypacja od handlu i od pieniądza, a zatem od praktycznego, rzeczywistego żydostwa, byłaby autoemancypacją naszych czasów (...) Chrystianizm jest to wysublimowana myśl żydowska, żydostwo jest pospolitym zastosowaniem chrystianizmu (...) Wtedy (...) mogło żydostwo zapanować powszechnie i uczynić z wyobcowanego człowieka i wyobcowanej przyrody rzecz zewnętrzną, przedmiot kupna i sprzedaży, znajdujący się w niewoli egoistycznego interesu i handlu1 . Oceniając słowa naszego wielkiego humanisty, możliwe byłoby uznanie pp. Bubla i Tejkowskiego za dobrodusznych filosemitów. Podejrzewam, że de Maistre czy Burke po wypowiedzeniu podobnych tez byliby skreśleni przez postępową część ludzkości raz na zawsze. A oto egzemplifikacja tego, co pisał drugi z wymienionych herosów intelektu: Historia zawsze miała i mieć będzie prawo do dysponowania życiem, szczęściem i wolnością jednostki, jest ona bowiem aktywnością całej ludzkości, życiem gatunkowym, a więc suwerenną władzą: nikt nie może buntować się przeciw historii, gdyż ma ona zawsze absolutną rację2 . Prawda, jakie to urocze? Jednak Hołówka broni swoim pociągłym piórem nie tylko Marska i Engelsa, ale i francuskich oświeceniowych pseudoliberałów. Jak bowiem peroruje, osiemnastowieczni filozofowie byli zwolennikami powszechnej oświaty, walki z zabobonem i religią [ciekawy komplement, nieprawdaż... ? S. L.], nauki pojętej jako czynnik modelujący życie społeczne. Wierzyli w racjonalizm, empiryzm, kolektywne negocjacje, prymat życia doczesnego nad pośmiertnym, rozwój przemysłu i transportu, w wolność i demokrację. Tego "programu oświeceniowego" nie udało się nigdzie zrealizować w całości. Jednak łatwo można stwierdzić (...), że istniejące dziś społeczeństwa są tym szczęśliwsze, im więcej udało im się z tego programu urzeczywistnić. Pewnie do rzeczonych intelektualnych dobroczyńców ludzkości Hołówka zalicza także apologetę Katarzyny II Woltera oraz Denisa Diderota, autora słynnej paremii, że naród odradza się tylko w kąpieli z krwi? Pomijam już litościwie merytoryczne błędy w tekście (Wolter jako piewca powszechnej oświaty i ustroju demokratycznego? Wolne żarty). Ale cóż, mentalność korporacyjna zwycięża także i tutaj.
______________
1 K. Marks, W kwestii żydowskiej, cyt. za A. Walicki, Marksizm i skok do królestwa wolności. Dzieje komunistycznej utopii, Warszawa 1996, s. 61.
2 Cyt. za ibidem, s. 130.
Stary liberał
Wyświetlony 5263 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.