poniedziałek, 30 sierpień 2010 09:22

Trzecia szansa (cz. 2)

Napisane przez

Trzecia szansa ? 2005 rok
Oświeceni i ciemniacy. Poprawni politycznie i politycznie niepoprawni. Wczoraj poglądy radykalne, dzisiaj ledwie umiarkowane, chociaż nie zmieniły się na jotę. Wczoraj oszołom, dzisiaj wizjoner. Tak się narobiło.


Narobiło się. Zwolennicy spiskowej teorii dziejów mogą triumfować: rzeczywistość przeszła najgorsze ich podejrzenia. Zwykli ludzie są wstrząśnięci, co innego bowiem domyślać się, co innego ? dostać dowody. Jak u Mrożka: To nie moralność nami rządzi, tylko pan Edek. Moralności jeszcze nie widać, ale pan Edek wychynął już z mroku. Poszła kurtyna w górę.
Gotowało się w kotle od dawna, aż pokrywka podskakiwała. Wreszcie pokrywka spadła, wylewać się zaczęły szumowiny. Wylewają i wylewają, dna wciąż nie widać. Są tacy, co powiadają, że to już nie polityczny kocioł, lecz polityczna puszka Pandory.
Pokrywka spadła, otwarła się puszka. Sprawił to, rzecz jasna, Adam Michnik, do którego przyszedł z korupcyjną ofertą Lew Rywin. Dwaj goście z tego samego Towarzystwa. Łączyły ich nie tylko interesy, również biesiadowanie. Do niedawna mogliśmy się tylko domyślać, dziś już wiemy, że tak funkcjonuje Towarzystwo. Chwała Michnikowi, że złamał zasadę towarzyskiej "omerty". Mniej chwalebne, że zwlekał pół roku z ujawnieniem zapisu rozmowy. Tłumaczenie, że zwłokę spowodowało przedłużające się śledztwo dziennikarskie jest równie dziecinne, jak argument, że opóźniano ujawnienie afery, by nie zakłócać negocjacji Polski z Unią Europejską w sprawie akcesji. Łyżka dziegciu zepsuła smak miodu w tej beczce. Tak to jednak jest z Michnikiem. Mógł być jednym z autorytetów moralnych współczesnej Polski, wolał jednak kolekcjonować "bruderszafty", dzięki którym dorobił się ksywki "Wiceprezydent". Mógł strzec niezależności i obiektywizmu swej gazety, wolał się jednak wdawać wraz z nią w różne polityczne i biznesowe gry. Tak czy inaczej, przyczynił się on w ogromnej mierze do wywołania wielkiego fermentu, którego skutki dla Polski mogą być zbawienne. Niestety, tylko stać się mogą, wcale nie muszą. Czy uda nam się ten ferment spożytkować dla dobra kraju, jeszcze się okaże.
Potajemny zapis rozmowy Rywina z Michnikiem wstrząsnął opinią publiczną. Szokująca była zresztą nie tylko treść, ale i forma. Obaj przedstawiciele high society porozumiewali się językiem "knajackim", jakby zaczerpniętym ze Słownika tajemnych gwar przestępczych Klemensa Stępniaka. Po takim wstrząsie treść SMS-a Halbera czy stenogramy z rozmów Dochnala z Pęczakiem łatwiej było strawić.
Forma formą, ale treść?
Komisja śledcza do spraw afery Rywina podniosła kurtynę. Ludzie zajrzeli za kulisy, prysnęły ostatnie złudzenia. Król jest nagi. Na politycznych salonach aż kłębi się od knajaków i prostaków. Poziom intelektualny i etyczny ludzi z pierwszych stron gazet, luminarzy polityki i biznesu okazał się żenująco niski. Obnażyły to publiczne obrady tej komisji, a i następnych. Opadła zasłona dymna. Jeszcze wczoraj ? jeśli nie podziw, to chociaż zazdrość. Dzisiaj ? zdumienie i narastająca pogarda. Wszystko zaczęło się wyjaśniać. Łatwiej teraz zrozumieć, co się stało niegdyś na Ziemi Kaliskiej, gdzie prezydencki minister Marek Siwiec przedrzeźniał Ojca Świętego. Łatwiej pojąć, dlaczego sam Aleksander Kwaśniewski chwiał się na nogach w Katyniu.
Elity polityczne, głosując za powołaniem komisji śledczej, popełniły harakiri czy inne sepuku. Wczoraj krążyła ledwie plotka, że można każdą ustawę kupić za ok. trzy miliony "baksów", dziś się okazało, że to święta prawda, że to tylko kwestia ceny. Dopisać czy usunąć "lub czasopisma" może bez trudu nawet mała grupka cwaniaków, to tylko ? powtórzmy ? kwestia ceny.
Michnik rzucił śniegową kulę i zerwał lawinę. Zaczęło się moralne przesilenie. Nic już nie jest takie, jak przed aferą Rywina. Ludzie uwierzyli, że znów prawo może znaczyć prawo, a sprawiedliwość ? sprawiedliwość. Pstryk! W różnych zakątkach całego kraju zaczęto włączać dyktafony, nazwane nie bez kozery "małymi Michnikami". Chcąc czy nie chcąc, Michnik stał się prekursorem nowej ery. Ery, w której potwór zwany państwem, musi się mieć na baczności, bo jego czyny mogą być policzone, bo ktoś gdzieś zrobi pstryk! I pójdzie z tym do prokuratury. Nawet Grupa Trzymająca Władzę nie zna teraz dnia ani godziny, nie ma już poczucia totalnej bezkarności, nie może uprawiać swoich szwindli ponad naszymi głowami, bo ktoś nagle może zrobić pstryk! Albo zażądać billingu.
Nic nie jest już takie, jak przed aferą Rywina. Róża obnażyła kolce. Komfort władzy był komfortem do czasu, aż ucho się urwało.
I zaczęły się ucha urywać. Jedno po drugim.
Komisja śledcza do spraw Orlenu wydobyła na światło dzienne jeszcze wyższy poziom degrengolady klasy panującej. Widzowie i słuchacze otrzymali oczywiste dowody, że Polska to postaw sukna, że Ojczyzną się frymarczy, że sprzedaje się ją za ruble czy srebrniki.
Poseł Oleksy mógł biesiadować z rosyjskim szpiegiem, Ałganowem, doktor Kulczyk mógł rozmawiać o interesach z Ałganowem na spotkaniu organizowanym przez Kunę i Żagla, dlaczego więc Pierwsza Dama (ksywka "Chlipek") nie miałaby się dzielić opłatkiem z przestępcami? Dama z Kuną zamiast Damy z Łasiczką?
Czy jeszcze coś jest w stanie nas zadziwić? Czy jest jeszcze coś, co może nas bardziej przerazić? Bardziej, niż obnażany krok po kroku przez śledczych z komisji udział służb specjalnych w naszym życiu politycznym i gospodarczym? Powiązania służb specjalnych ze światem przestępczym, z biznesem i polityką. Ciągłość personalna między służbami PRL i RP. Nikt nigdy, jak się okazuje, tego nie przerwał, nie rozerwał nici. Tak było, tak jest, tak będzie, jeśli nie starczy nam determinacji, by oczyścić tę naszą stajnię Augiasza.
Wróciły do obiegu teorie spiskowe, tym razem jednak zrodzone nie w chorej wyobraźni, lecz poparte "twardymi dowodami", jak to się mawia na komisji śledczej. Ciarki biegają po grzbiecie, gdy słucha się zeznań świadków. "Rywingate" dawała nam jeszcze raz po raz okazję, by się uśmiechnąć, najczęściej z politowaniem. Częściej zdejmował nas dreszcz obrzydzenia. Komisje do spraw Orlenu i PZU wywołują już tylko grozę. I nic to, że wieje czasem nudą, że oglądalność spada w miarę wzrostu fachowości przesłuchań. Już dzisiaj wiadomo, że obie komisje dostarczą porażającego materiału.
Że jest źle, wiadomo było od dawna, teraz wyjaśnia się, dlaczego jest aż tak źle. Skutki każdy widział, teraz do powszechnej wiadomości przedziera się wiedza o przyczynach. Są tacy, co powiadają, że taka wiedza to balast, który zatruwa społeczną atmosferę. Gdyby się dało, pochowaliby znów wszystko pod sukno lub zamietli pod dywan. Nie balast to wszakże, lecz kapitał, który zaważyć może na dalszych losach kraju.
Cierpliwość rodaków jest jednak na wyczerpaniu. Czekają jeszcze na prawo i sprawiedliwość. Jeszcze nie tracą nadziei, że winni zostaną ukarani, że wreszcie złodziei puści się w skarpetkach. Od nowa zaczynają wierzyć, że organa ścigania i wymiar sprawiedliwości wybiją się na niepodległość, uwolnią się spod politycznych wpływów, obudzą z letargu i wyrwą z marazmu. W aferze Rywina prokuratura nie chciała jakoś dostrzec Grupy Trzymającej Władzy, w aferze starachowickiej zapadły jednak wyroki, które podsycają tę, jakże wciąż nikłą, nadzieję. Nadzieję, że sądy w Polsce mogą być rzeczywiście niezawisłe, a prokuraturą nie da się już ręcznie sterować.
Aleksandra Jakubowska stwierdziła wprawdzie (po aresztowaniu męża), że sędziowie i prokuratorzy starają się odzyskać wiarygodność, bo czują pismo nosem. Nadchodzące wybory pewnie zmiotą ze sceny politycznej ich obecnych dysponentów, chcą więc w porę zasłużyć się przyszłym mocodawcom. Jeśli nawet w tej obelżywej opinii jest łut prawdy, niechaj sędziowie i prokuratorzy pracują nad odzyskaniem wiarygodności, która pod rządami postkomunistów zmalała do zera. Oni też przecież dostają trzecią szansę.
Wiadomo, nikt nie ma złudzeń: jeśli nie polecą głowy, jeśli nie zostaną ukarani winni, ludzie zwątpią po raz ostatni, do końca i na długo. Jeśli okaże się, że sejmowe komisje śledcze to tylko... igrzyska, wszystko pójdzie wniwecz. Zmarnowana zostanie wielka okazja, która nie wiadomo kiedy znów się powtórzy.
SLD wyjątkowo skwapliwie przystało na zamiar powołania sejmowej komisji śledczej do spraw prywatyzacji PZU. Ujrzała w niej szansę na częściowe chociaż rozmycie swego aferowego wizerunku. Komisja w przekonaniu postkomunistów ma dowieść, że wszyscy są umoczeni, zarówno lewa, jak i prawa strona sceny politycznej. Fakt, prawicowi politycy w tej, jak i innych sprawach, są nie bez winy. Trzeba więc im tę winę wykazać i winowajców ukarać. Taka tylko bowiem jest droga ratowania Rzeczypospolitej. I nie wolno z niej nawet na krok zboczyć. Wykazać winę i ukarać, niezależnie od politycznej opcji. Tak ma być teraz, jak i w przyszłości. Tego bowiem oczekuje naród. I nie popuści. Niech nikt się nie łudzi.
Skończyło się społeczne przyzwolenie dla matactwa, łajdactwa, złodziejstwa. Jeszcze wczoraj zdawać się mogło, że w mętnej wodzie, w bagnie i gnoju lubi się taplać nie tylko klasa panująca, biznesowo-polityczna, ale i znakomita większość obywateli. Jeszcze wczoraj im bardziej cyniczny był cwaniak, tym większy mir miał w towarzystwie czy sąsiedztwie. Ludzie patrzyli przez palce na łamanie czy omijanie nie tylko prawa, ale i zasad moralnych, miara się jednak przebrała. Ostatni "pragmatycy" zaczynają przeglądać na oczy. Widzą już, że to droga donikąd, że to za wysoka cena, że płacić będziemy nie tylko my, lecz nasze dzieci i wnuki, jeśli się tego nie powstrzyma. Jeśli rozkład państwa i nikczemnienie społeczeństwa nadal będzie postępować.
Roman Giertych skłamał. Zapytany o spotkanie z Janem Kluczykiem na Jasnej Górze, najpierw skłamał, potem zaczął kręcić. Dyskwalifikacja. Co wolno kłamcy lustracyjnemu Oleksemu, nie przystoi Giertychowi. On przecież na szyldzie wypisał sobie Dekalog, on głosi na co dzień: Bóg, Honor, Ojczyzna. To naprawdę zobowiązuje. I wyborcy będą o tym pamiętać. Będą bardziej surowi dla wszystkich tych, którzy wołają dzisiaj, że tylko prawda nas wyswobodzi. Niech któryś z nich skłamie, niech któryś z nich skrewi, nie ujdzie to dziś płazem, jak jeszcze wczoraj uchodziło. Ludzie będą patrzeć na palce.
Skoro o Jasnej Górze mowa... Jan Kulczyk sponsorował restaurację klasztoru, nad czym wierni jakoś przejdą do porządku dziennego. Mało kto jednak przeboleje fakt, że generał paulinów pożyczył dwa miliony złotych na kaucję dla aresztowanego barona paliwowej mafii. To oburza, to boli, jak afera "Stelli Maris". Padają ostatnie autorytety, profanuje się ostatnie świętości.
Poprawność polityczna, czyli totalny relatywizm, już się kończy, wraca moralny rygoryzm. Niech mają to na uwadze politycy, którzy szykują się do przejęcia władzy. To i dla nich szansa, mają już dzisiaj przyzwolenie na sanację Rzeczypospolitej. Jeśli jednak ich dzisiejsze szczytne hasła to tylko kiełbasa wyborcza, pewne jest, że sami się nią udławią.
Nic nie jest już takie jak przed Rywinem. Ludzie się ośmielili, zaczynają prostować grzbiety, podnosić głowy.

(?)

 

Jacek Indelak
Wyświetlony 5038 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.