poniedziałek, 30 sierpień 2010 11:03

Państwo po śmierci Jana Pawła II

Napisał

Śmierć Jana Pawła II ma wiele wymiarów. Przede wszystkim religijny, duchowy, ale nie tylko. Była potężnym wstrząsem dla Polaków i bez wątpienia wpłynie na nasze życie społeczne i polityczne. Zostawiając religijne i duchowe aspekty śmierci Papieża teologom, filozofom i duszpasterzom, warto rozważyć jej społeczne i polityczne konsekwencje.

 

Ten tekst jest taką próbą spojrzenia na rzeczywistość po śmierci Papieża, w jednym tylko wymiarze, nie wyczerpującego, a nawet nie zarysowującego innych. Nie jest to próba objęcia choćby drobnej cząstki duchowego dziedzictwa, które zostawił Jan Paweł II, ale próba przewidzenia, co zdarzyć się może w Polsce w wymiarze społecznym i politycznym.

Zamilkły upiory
Kiedy Jan Paweł II umierał, codzienne życie w naszym kraju zatrzymywało się. Polacy różnie przeżywali śmierć Ojca Świętego i różnie szukali pociechy. Niektórzy w samotności, inni z najbliższymi, jeszcze inni zbierali się w miejscach, których nikt im nie wyznaczył, ale sami uznali je za szczególne, bo związane ze Zmarłym.
Stanęło nawet życie tych rodaków, którzy na co dzień na pół zwierzęco dążą wyłącznie czy głównie do jak najobfitszego napełnienia sobie brzucha albo wystawienia pałacu kosztowniejszego niż wystawił sąsiad. Ci, których śmierć Papieża nie obeszła, bo nie obchodzi ich nic, co nie dotyczy majątku czy kariery, zamilkli i nie ośmielali się odezwać. Cicho siedział nawet Urban, który jeszcze niedawno bronił argumentami o wolności słowa swego fałszywego i głupiego felietonu, za który oskarżony został o obrazę Ojca Świętego.
Zmieniła się i telewizja, w której głównie rozgrywa się życie społeczne Polaków, wedle zasady, że istnieje tylko to, co pokazują realizatorzy. Prezenterzy przemówili ludzkimi głosami, a na ekranach nie pojawiali się ci, którzy bezustannie tam królują, upiory polskiego życia publicznego. Nawet Aleksander Kwaśniewski, zobowiązany do oficjalnego wystąpienia jako głowa państwa, tym razem nie usiłował nachalnie wysuwać się na pierwszy plan.
Z telewizyjnych ekranów przemówili ci, którzy dotąd nie byli przed kamery dopuszczani, a jeśli nawet byli, to rzadko i na krótko. Ludzie mądrzy, myślący i mówiący o ważnych sprawach, po polsku, a nie sejmowym narzeczem czy prymitywną mową rozrywki.
Inaczej też pokazywani byli zwykli Polacy. Na co dzień telewizja używa ich do w wypełniania programów, żeby budzili wesołość niezbornymi odpowiedziami na pytania zadawane przechodniom podczas ulicznych sond na tematy, których nie rozumieją ani pytający, ani odpowiadający. Tym razem przechodnie mieli coś do powiedzenia, bo mówili o swoich prawdziwych przeżyciach.
Polakom objawił się w ten sposób świat inny, niż pokazują im media, podporządkowany innym problemom niż codziennie nagłaśniane przez telewizyjnych reporterów, ogłupiałych od wyścigu w dostarczaniu ludowi jednodniowych sensacji. Świat rządzony innymi wartościami. Lepszy i mądrzejszy.
Świat ten zobaczyli i ci, którzy chcieli oraz umieli znaleźć w sobie żal po śmierci Papieża, i ci, którzy nie mieli tego szczęścia. I to właśnie społeczne doświadczenie ? razem z duchowymi przeżyciami dotyczącymi Boga, śmierci i umierania ? będzie tworzyć społeczny fundament państwa polskiego w najbliższych latach.

Dar spotkania
Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Polski z pierwszą papieską pielgrzymką, dogorywała Druga Polska wznoszona pod przewodnictwem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z pierwszym sekretarzem Edwardem Gierkiem na czele. Polacy nie widzieli przed sobą nadziei na poprawę losu. Propaganda głosiła, że jesteśmy jedenastą potęgą gospodarczą na świecie, partyjni aktywiści łgali z trybun oraz prasy, radia i telewizji o sukcesach, a prywatnie rozkradali resztki majątku upadającego państwa. Polacy stali w kolejkach po mięso i pralki, służba bezpieczeństwa szpiegowała, donosiciele donosili, a na Kremlu ? rzeczywistym centrum władzy nad Polską, której PZPR była tylko ekspozyturą ? rządził Breżniew.
Życie społeczne podporządkowane było dwóm zasadom socjalistycznej moralności, oficjalnie nigdy nieogłoszonym, ale obowiązującym. Według pierwszej, publicznie należało kłamać, bo za to dostawało się nagrody od władz. Według drugiej, należało kraść zgodnie z miejscem w społecznej hierarchii, bo kto nie kradnie, ten nie przeżyje, ale kto kradnie więcej niż mu przysługuje, zostanie surowo ukarany. Oficjalnie zwało się to realnym socjalizmem.
Triumfowali cwaniacy gotowi do największych łajdactw dla awansu w partyjnej hierarchii, potrafiący łgać w żywe oczy, kadzić zwierzchności, kraść, głosząc wierność socjalizmowi ze Związkiem Radzieckim na czele. Polityczną karierę zaczynał robić Aleksander Kwaśniewski.

Pierwsza dygresja o charakterze narodowym
Polacy w znacznej części, może nawet w większości, są złodziejami. Wynieść coś z miejsca pracy, dać łapówkę policjantowi z drogówki, zapłacić połowę za parking nie żądając w zamian biletu, to dla większości Polaków nie kradzież czy korupcja, ale dowód zaradności. Polak wyklina złodzieja, który ukradł mu lusterko z samochodu, a potem idzie na bazar i za pół ceny kupuje od pasera lusterko ukradzione komuś innemu.
Jesteśmy narodem zdemoralizowanym. Demoralizacja zaczęła się podczas okupacji i pogłębiała w PRL-u. Nie potępiamy kradzieży ? chyba że ktoś nas okradnie ? nie dostrzegamy, na przykład, że tworzenie państwowych czy samorządowych synekur dla kumpli jest moralnie tożsame z wyciąganiem komuś portmonetki z kieszeni.
Złodziejski charakter to nasza najnowsza cecha narodowa. Przesądza ona w dużej mierze o kształcie państwa polskiego. Polaków nie gorszy złodziej w samorządzie, rządzie, parlamencie czy pałacu prezydenckim, bo sami zachowywaliby się tam tak samo.


W Polsce lat siedemdziesiątych ludziom uczciwym i prawym, którzy nie zgadzali się z realnym socjalizmem, wydawało się, że należą do nielicznego marginesu, że są w mniejszości w społeczeństwie złodziei, chamów i łajdaków. Żyli zanurzeni w prywatności, nie próbując wpływać na życie publiczne.
Kiedy w 1979 roku Ojciec Święty jechał przez Polskę, ci, co nie zgadzali się z realnym socjalizmem, wyszli na ulice i na place, na których odprawiane były papieskie msze. Wyszedłszy, przekonali się, że wcale nie należą do marginesu, że jest ich wielu, może nawet większość. Właśnie to doświadczenie ze spotkań z podobnymi sobie ludźmi znacznie bardziej niż homilie Jana Pawła II duchowo przeorało Polskę. Dodało odwagi tym, którzy milczeli bez nadziei.
"Solidarność", która z tego doświadczenia powstała, była ruchem odmowy podporządkowania się dwóm głównym zasadom socjalistycznej moralności. Zrobili ją ludzie, którzy rok wcześniej, w czasie papieskiej pielgrzymki popatrzyli na miliony takich samych jak oni i poczuli wspólną moc.

(?)

 

Wojciech Jankowski

Wyświetlony 5497 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.