wtorek, 31 sierpień 2010 18:38

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

W gronie znanych mi osobiście osób jestem jedynym nieszczęśnikiem, który w całości przeczytał projekt konstytucji europejskiej (na marginesie, w związku z tym traumatycznym doświadczeniem rozważam coraz popularniejszą w Polsce możliwość złożenia tzw. pozwu do Strasburga z żądaniem odszkodowania za straty moralne i nieodwracalnie zmarnowany czas).

Tymczasem w kraju gorzeje już w tej materii zajadła debata publiczna, której poziom intelektualny jest jeszcze bardziej depresyjny niż Królestwo Niderlandów. Jednym z niewielu tekstów podejmujących wysiłek dogmatycznoprawnej analizy owego legislacyjnego potworka jest artykuł Roberta Gwiazdowskiego ("Wprost", nr 9/2005), trafnie zatytułowany Eurogniot od eurobiurokratów. Gwiazdowski bezlitośnie wyśmiewa m.in. preambułę (w szczególności zupełnie kuriozalny zapis o wdzięczności Europejczyków dla autorów konstytucji ? prawdziwy skromniś z tego Giscarda...), artykuł I-2 (przepełniony unijnym "newspeakiem" o tolerancji, niedyskryminacji, równości, pluralizmie i mniejszościach) czy też artykuł I-36 (pozwalający expressis verbis organowi władzy wykonawczej, jakim jest Komisja Europejska, prawo do zmiany "nieistotnych" elementów ustaw europejskich1). Najciekawsze są jednakowoż uwagi Gwiazdowskiego na temat artykułu I-3, które warto szerzej przytoczyć. Otóż niniejszy przepis dekretuje choćby, że unia zapewnia swym obywatelom przestrzeń wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości oraz rynek wewnętrzny z wolną i niezakłóconą konkurencją. Komentarz: "O jakim "bezpieczeństwie" i "sprawiedliwości" mówimy? "Niezakłócona konkurencja" jest przecież z definicji nie do pogodzenia z bezpieczeństwem socjalnym i tzw. społeczną sprawiedliwością. W dalszym ciągu wzmiankowany artykuł stypuluje, że unia działa na rzecz trwałego rozwoju Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności [tere, fere, kuku... ? S.L.], zmierzająca do pełnego zatrudnienia i postępu społecznego. Komentarz: Tych celów łącznie zrealizować się nie da. Co to jest "zrównoważony wzrost gospodarczy" i czym się różni od niezrównoważonego? A przede wszystkim dlaczego niby "zrównoważony" jest lepszy? Wzrost gospodarczy to nie polityk [...] Czy dziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy w Estonii był zrównoważony, czy raczej niezrównoważony? A jeśli był niezrównoważony, to czy był gorszy od zrównoważonego jednoprocentowego wzrostu niemieckiego? Co autorzy mają na myśli, pisząc o "stabilności cen"? Czy jest to deklaracja, że Europejski Bank Centralny nie będzie drukował pustego pieniądza powodującego inflację, czy może jest to przyzwolenie na wprowadzenie polityki cen regulowanych? Jeżeli chodzi o zadeklarowanie walki z inflacją, to dlaczego nie można było tego zrobić w wyraźny sposób? Jak się ma jasne intencje i szczere zamiary, to nie ma powodu ich ukrywać. A jak się ma zamiary niecne, to się próbuje je ukryć za parasolem wieloznacznych słów. "Pełne zatrudnienie" w gospodarce rynkowej jest nie tylko niemożliwe, ale wręcz niepożądane [to akurat nie do końca prawda ? S. L.] [...] Mówienie zatem o pełnym zatrudnieniu od razu przywodzi na myśl konstytucję PRL, która stanowiła, że "obywatele mają prawo do pracy, to znaczy prawo do zatrudnienia za wynagrodzeniem według ilości i jakości pracy". Naturalnie te zastrzeżenia Gwiazdowskiego padają na głuche uszy naszych "Europejczyków". Za to już wkrótce zaroi się na skwerkach, ulicach i placach od tabunów paradujących młodych junaków i przodowniczek pracy, dzielnie stręczących nam ratyfikację owego absurdalnego dokumentu (oczywiście, bez jego uprzedniej lektury, ale czyż moglibyśmy tego wymagać od chwatów z partyjnych młodzieżówek?).

***

Krzysztof Teodor Toeplitz w swoim urokliwym i charakterystycznym stylu peroruje w tygodniku "Przegląd" (nr 7/2005): Istnieje u nas jakiś szczególny związek pomiędzy Ojczyzną i Honorem. Otóż im gorzej i głupiej dzieje się w Ojczyźnie, tym więcej mówi się o naszym naruszanym przez wrogie nam siły honorze. Ostatni raz zjawisko takie obserwowaliśmy w pamiętnych czasach marca 1968 [...] odbywała się wówczas zajadła nacjonalistyczna nagonka antysemicka, będąca w istocie nagonką przeciw inteligencji i liberalnym środowiskom kulturalnym [zgadnij, Koteczku, kto był owym liberałem pod koniec lat sześćdziesiątych ? S.L], równocześnie z tym jednak oficjalne media raz po raz wskazywały z oburzeniem na rozmaite "antypolskie" głosy dochodzące z zagranicy, które poniewierały naszą godność narodową i nasz Honor [...] Zdarzenia owe przychodzą mi na myśl nie przypadkiem. Im radośniej bowiem rozwija się afera "lustracyjna", im wyraźniejszy także staje się jej charakter, tym częściej dowiadujemy się, że oto nasz Honor Narodowy jest co chwila szargany przez "określone siły" za granicą. No cóż, porównywanie zwolenników lustracji do peerelowskich propagandystów typu Gontarza czy Kąkola wystawia Toeplitzowi świadectwo adekwatne do jego etycznego i intelektualnego poziomu... W dalszej części artykułu K.T. Toeplitz próbuje zrekonstruować światopogląd tych dziedziców i epigonów marcowych czystek i z ubolewaniem konstatuje, że polska obsesja honorowa prowadzi [...] konsekwentnie do sytuacji, w której nasza obecność w instytucjach europejskich, takich jak Parlament w Strasburgu, staje się powodem coraz słabiej skrywanego zażenowania naszych europejskich partnerów [ech, gdyby to była prawda! ? S.L]. To Polacy głosują przeciwko konstytucji, która stara się sformułować nowy, laicki etos europejski, to Polacy domagają się kaplic i krzyży w miejscach, które Europejczycy szykują już na przyjęcie muzułmańskiej Turcji. Oto tedy mamy toeplitzowską receptę na zachowanie prawdziwie honorowe (a nie "Honorowe"): słuchać się Starszych Braci i przyjmować "laicki etos". Trudno zatem publicyście odmówić konsekwencji ? w końcu od owych lat 50. i 60. jego poglądy w zasadzie pozostają bez zmian. Wreszcie Toeplitz kończy swe elukubracje prostym wyznaniem: Co do Honoru zaś, nie czuję się kompetentny. I słusznie ? pozwolę sobie dodać.

***

Redaktorzy "Frondy" (34) jak zwykle (choć ostatnio z coraz mierniejszym skutkiem) próbują intelektualnie zaszokować czy sprowokować czytelników. Tym razem posłużyć temu zbożnemu zamierzeniu miał artykuł niejakiego Mieczysława Samborskiego pod chwytliwym tytułem Liberalizm jako pedofilia. Publicysta postawił sobie w nim za cel zbadanie źródeł postaw liberalnych w postkomunistycznej Polsce. I oto, jakich epokowych i wiekopomnych odkryć dokonał: Zaskakująco podobne są źródła pedofilii i liberalizmu. W obu wypadkach mamy do czynienia z traumą inicjacyjną wyniesioną z dzieciństwa. Jak wiadomo, pedofilie (sic!) wynoszą z dzieciństwa traumatyczne doświadczenia związane z pornografią i różnymi formami wykorzystywania seksualnego, które w dorosłym życiu owocuje dewiacją. Liberał podobnie niesie w świat krytyczne młodociane przeżycie. W systemach postkomunistycznych [...] elity zostały w młodości doświadczone traumą uczestnictwa w działaniach przestępczego systemu totalitarnego. Nieświadomi tego okaleczenia szukają wyzwolenia w radykalnych formach liberalizmu, popadając z jednego zboczenia w inne. Uff, prosimy autora o nazwiska tych liberałów ? czy chodzi o Jaruzelskiego, Kiszczaka, Urbana, Rakowskiego? A może raczej o Michnika, Lityńskiego, Mazowieckiego, Geremka? Niezależnie od tego, którą z rzeczonych zbiorowości ma na myśli Samborski, jedno jest pewne ? żaden z tych panów nie ma właściwie nic wspólnego z liberalizmem. Szczyty absurdu osiąga jednak publicysta w dalszych partiach tekstu, argumentując: Tym, co różni liberalizm od innych ideologii politycznych, a zarazem decyduje o jego pedofilnym obliczu, jest retoryka empatii. Liberałowie po prostu muszą brać w obronę "słabszych". Mogą to być robotnicy, Murzyni, Indianie, Żydzi, kobiety, pederaści ? w zależności od momentu dziejowego. Liberałowie uważają się za jedynych prawdziwych obrońców "uciskanych", jedynych, którzy "rozumieją" ich trudną sytuację, jedynych, którzy umieją prawdziwie "współczuć". [...] Charaktery postaw liberalnej i pedofilnej są zatem strukturalnie takie same, a składają się na nie następujące czynniki: 1) utożsamienie ze "słabszym", 2) roztoczenie nad nim "opieki", 3) kamuflaż "empatii", 4) obrona przed opresyjnym dyktatem normalności, 5) instrumentalne traktowanie "podopiecznych", których porzuca się, kiedy przestają być potrzebni. No tak, liberałowie zaprawdę stoją na straconych pozycjach. Z jednej strony oskarża się ich u zanik społecznej wrażliwości, wyznawanie idei "pływaj albo toń" (copyright by Ewa Łętowska), niezrozumienie dla socjalnych potrzeb mas; z drugiej o pedofilne poszukiwanie kogoś do otoczenia opieką. Skąd bierze się ta dwoistość? Wyjaśnienie jest banalnie proste. Oto pan Samborski, wymieniając przykładowych liberałów, wspomina m.in. o Kindze Dunin i Sławomirze Sierakowskim (redaktorze naczelnym "Krytyki Politycznej"). Mamy zatem piękną kolekcję w imaginarium pana Samborskiego. Z jednej strony liberałami są bliżej niesprecyzowani spadkobiercy i dawni uczestnicy przestępczego systemu totalitarnego, a z drugiej feministki, eurofederaliści, antyglobaliści i przedstawiciele "Zielonych 2004". Nietrudno dostrzec, że autorowi artykułu cokolwiek poplątał się liberalizm z socjalizmem i socjaldemokracją, co jest, eufemistycznie mówiąc, dość grubym błędem. Czy naprawdę dla zaszokowania czy rozbawienia czytelników "Fronda" musi publikować teksty stanowiące niemalże fragment cyklu: "Co mały Mietek myśli o doktrynach politycznych"?

***

W istnej powodzi słów wypowiedzianych ostatnimi dniami, tygodniami i miesiącami w sprawie lustracji, bodaj najciekawszy wydał się mi się krótki felieton Macieja Rybińskiego ("Rzeczpospolita", nr 35/2005), współscenarzysty znanego serialu "Alternatywy 4". Publicysta zarysował bowiem następujący obraz, pozostający (?) w obszarze wirtualnej rzeczywistości: "Wyobraziłem sobie, co by było, gdyby dziś, przypadkowo, odnaleziono gdzieś w piwnicy domu przy filmowej ulicy Alternatywy archiwum Stanisława Anioła. Teczki mieszkańców. Zobowiązanie do współpracy podpisane przez Docenta Furmana. Jego sprawozdania ze śledzenia striptizerki Ewy. Fałszywkę skierowania Balcerka na odwyk alkoholowy. Listę słuchaczy Uniwersytetu Latającego u Profesora Dąb-Rozwadowskiego i taśmy z podsłuchu. Sposoby, aby Murzyn sprzątał za dozorcę w czynie społecznym. Metody wygrywania przeciwko sobie laryngologa Kotka i dźwigowego Kołka. Powody, dla których Majewski ma fałszywe nazwisko i ukrywa, że uratował się z Katynia. I tak dalej. Wyobraziłem to sobie, i wyobraziłem sobie też, że ktoś teraz chce te teczki otworzyć, zbadać, opublikować rezultaty i wyjaśnić mieszkańcom Alternatywy 4 i ich potomkom, dlaczego i przez kogo żyli w warunkach ciągłego, siódmego stopnia zasilania i mogli się porozumiewać otwarcie tylko przy śmietniku. Kto z nich byłby przeciwny? Dozorca Anioł na pewno. Donosiciel Furman, kryptonim Docent, też. Tak jak wygląda dziś Polska, nie jest wykluczone, że profesor Dąb-Rozwadowski także byłby przeciwko, bo przecież dogadał się z Aniołem przy kanciastym stole i ma skrofuły moralne. Wszyscy oni liczyliby oczywiście też na towarzysza Winnickiego, a gdyby i on także chciał otwarcia teczek, zostałby uznany za amoralnego odstępcę. Resztę mieszkańców uznano by za niedojrzałych do poznawania przeszłości. Cóż, można by jeszcze dodać, że panowie Anioł, Furman oraz towarzysz Winnicki (zwłaszcza ten ostatni ? wielki fachowiec od rynku mięsnego, w dyplomacji robił, wie, co to Honduras) byliby pewnie dzisiaj wziętymi managerami w jakimś Small Banku Gdyńskim, tudzież innej Polskiej Śniedzi SA, względnie czołowymi komentatorami i analitykami medialnymi, ubolewającymi nad radykalizmem, nieeuropejskością, kołtunerią i prawicowym ekstremizmem Polaków.

***

Establishmentowa prasa częstokroć (i słusznie) pomstuje na roszczeniowe postulaty i żądania górników, hutników czy rolników. Zwykle jednak, z kilkoma chlubnymi wyjątkami, umyka jej wyjątkowo natrętne, bezczelne i pokrętne domaganie się publicznych pieniążków przez inną grupę społeczną, a mianowicie tak zwanych artystów, a w szczególności twórców filmowych (ech, przypomina się piosenka Kazika Staszewskiego o wszystkich artystach). Miarodajne i reprezentatywne są w tym kontekście wypowiedzi senatora Kazimierza Kutza, który ekscytuje się oto na łamach "Przekroju" (nr 9/2005): Od lat ? bezskutecznie ? pracowano nad nową ustawą o kinematografii zgodną z wymogami prawa UE, by [...] wprowadzić zapis obciążający przychody nadawców dwuprocentowym podatkiem na fundusz zasilający produkcję polskich filmów niekomercyjnych. Jest to najniższy procent stosowany w krajach UE, gdzie waha się on pomiędzy 13 a 6 procentami. Projekt tej ustawy wzburzył nadawców prywatnych, bo (choć żyją w Europie) udają, że o nim nie słyszeli. Bo wszystko było dotąd u nas za darmo i weszło tak głęboko w przyzwyczajenie, że obecni w Sejmie właściciele TVN-u, Polsatu i "kablarzy" zachowywali się jak złachmanieni kloszardzi napadnięci przez zbójów. Ci ludzie wielkich fortun zrobionych nie tylko dzięki gospodarce wolnorynkowej, talentom własnym, ale i lukom w prawie dotyczącym własności intelektualnych oraz brakowi ustawy chroniącej twórczość narodową ujawnili zaborczy egoizm i mizerną postawę obywatelską. Problem jest taki: jeśli ten projekt nie będzie uchwalony, już nigdy nie będziemy mieli filmów na wysokim poziomie artystycznym. Będzie tylko mizerota, która jest, i jeszcze gorsza. W Polsce jest wielu bardzo bogatych ludzi, którzy tu dorobili się fortun, i jest wielu polityków o aspiracjach najwyższych, których łączy wspólna nienawiść do rodzimej twórczości. Są niewątpliwie Europejczykami, ale jakby wypatroszonymi od środka. Nasuwają się w tym miejscu liczne uwagi. Po pierwsze, pan Kutz popełnia nie przystojący intelektualiście błąd logiczny wnioskowania z bytu na powinność. Z tego, że jakieś zapisy obowiązują gdzieś tam, pod żadnym pozorem nie da się wyprowadzić konkluzji, iż należy je także implementować w Polsce. Po drugie, nawet najwybitniejsze i najgenialniejsze dzieło filmowe nigdy nie odegra stosownej kulturotwórczej roli, jeśli nikt nie będzie chciał go oglądać. Tymczasem, niestety, tak właśnie wygląda sprawa z polską produkcją "niekomercyjną". Po trzecie, tak naprawdę te obciążenia finansowe nie dotkną przecież właścicieli stacji telewizyjnych bądź też kin; ciężar podatkowy zostanie przerzucony na widzów oraz nabywców produktów reklamowanych na antenie owych Polsatów i TVN-ów. Po czwarte, tej dyspucie pikanterii dodaje fakt, że jednym z czołowych promotorów ustawy o kinematografii w parlamencie jest słynny poseł-pornograf Piotr Gadzinowski. Panu Kutzowi pozostaje pogratulować "kulturalnych sojuszników". Rzecz jasna, mógłbym też przywołać wiele argumentów ideowych dotyczących niedopuszczalności zmuszania ludzi do przymusowej dystrybucji swego majątku do kieszeni wybranych grupek, ale ludzie pokroju pana Kutza i tak nic z tego nie zrozumieją. Na marginesie, kiedy oglądam publiczne wystąpienia reżysera na temat rzeczonej ustawy, nieodparcie przypomina się postać Kaczora Donalda z bajek Disney'a, któremu, gdy tylko wyczuł szansę na zrobienie jakiegoś interesu, gałki oczne przemieniały się w symbole dolarów, a z ust poczynało wydobywać się głośne gulgotanie. Szczerze mówiąc, byłbym chyba skłonny dopłacić po dwa złote do swych biletów kinowych, byleby tylko szanowny senator Kutz przestał pisywać felietony. Kultura polska i jakość naszej debaty publicznej również bardzo by na tym zaniechaniu skorzystały

***

Cały potężny rejwach medialny dotyczący serialu pt. "Unia Wolności ? Reaktywacja" wywarł silny wpływ na "elitę" polskich oberpublicystów politycznych, którzy rozpoczęli na wyprzódki raczyć złaknioną publiczność prognozami, analizami i sugestiami odnośnie do nowej formacji (ochrzczonej już w Internecie ciepłym mianem "Formacji Nieżywych Schabuff"). Jak to zwykle bywa, na czoło w tym wyścigu wysunął się Jacek Żakowski, zamieszczający w "Polityce" (nr 10/2005) swoje oczekiwania odnośnie do programu odrodzonych demokratów. I cóż takiego ów naczelny autorytet moralny polskiego dziennikarstwa, a zarazem niesłychanie przenikliwy analityk społeczno-polityczno-ekonomiczny, ma ciekawego do zaproponowania? Po pierwsze, polskie przedsiębiorstwa i rząd powinny kupować droższe towary pochodzenia europejskiego zamiast tańszych amerykańskich. Po drugie, w polityce zagranicznej winniśmy stawiać na społeczność międzynarodową, jej powiązania oraz instytucje (tłumacząc ? mamy z góry akceptować wizje francusko-niemieckiego tandemu wzmocnionego "pralinkowymi" mocarstwami, albo wręcz, jak każdy dobry lizus, uprzedzać takowe projekty). Po trzecie, w polityce wewnętrznej mamy wierzyć w solidarność, we wspólnotę i jej nieformalne normy oraz w społeczeństwo, jego organizacje i łączące je więzi (czytaj ? powinniśmy finansować powiązane z demokratami rozliczne fundacje). Po czwarte, partia demokratyczna musi "być bardziej nowoczesna, odkrywając społeczne źródła sukcesów współczesnej gospodarki, porzucając przestarzały parametr, jakim jest PKB (produkt krajowy brutto), na rzecz bardziej nowoczesnego i lepiej oddającego rozwój HDI (human development index), opisującego realną jakość życia, a nie wielkość produkcji. Demokraci powinni się uwolnić od neoliberalnej obsesji prywatyzowania wszystkiego oraz redukowania państwa i budżetu. Powinni szukać racjonalnej równowagi między konsumpcją zbiorową i indywidualną, bo bez dobrej powszechnej edukacji, służby zdrowia i bez zrównoważonej struktury społecznej nowoczesna gospodarka nie będzie się rozwijała (czytaj ? mamy kontynuować socjalistyczne wynalazki III Rzeczpospolitej). Po piąte wreszcie, mamy zrezygnować z surowego prawa. Po odsączeniu z tekstu Żakowskiego zwałów pustosłowia okazuje się, że czołowe pióro "Polityki" przedstawia nam silnie lewicowy i antyliberalny projekt polityczny. Dla Starego Liberała wiadomość owa jest niezwykle pomyślna, albowiem oznacza ona de facto zwolnienie go z obowiązku obrony doktryny liberalnej przez atakami osób uznających Mazowieckiego, Michnika, Żakowskiego czy Frasyniuka za emblematyczne postaci polskich koncepcji wolnościowych. Tymczasem nareszcie socjalistyczne szydło wychodzi z pseudoliberalnego worka..

***
Zawsze dotąd przypuszczałem, że historyjki o fanatycznych orędownikach politycznej poprawności, uznających wierszyk Murzynek Bambo autorstwa Juliana Tuwima za utwór o rasistowskiej proweniencji, mają raczej apokryficzny charakter. Są jednakże na świecie rzeczy, o których nie śniło się Starym Liberałom. Z błędu wyprowadził mnie bowiem tekst z "antyfaszystowskiego" pisma "Nigdy Więcej" (nr 14), napisany przez niejakiego Simona Mola. Publicysta oczyszcza wprawdzie Tuwima z zarzutu o żywienie pogardy wobec mieszkańców Afryki, ale konstatuje zarazem, że Murzynek Bambo jest dziełem, by tak rzec, obiektywnie rasistowskim. Jak dowodzi Mol, poza polem biologii pigmentacja nie jest, albo nie powinna być, wykorzystywana do nazywania osoby. Jest to społecznie szczególnie szkodliwe. Osoba z Polski znana jest jako Polak, osoba z Anglii jako Anglik. Kraj pochodzenia powinien o tym decydować, również w przypadku osób pochodzących z takiego czy innego kraju w Afryce. Jeżeli ktoś dysponuje ograniczoną wiedzą geograficzną, powinien po prostu określać kogoś jako "Afrykańczyka". Używanie jakiegokolwiek innego słowa w większości przypadków będzie nie tyle poniżające dla osoby wskazywanej, choć taka właśnie mogła być intencja mówiącego, ile wskazuje na żałosne zacofanie i ignorancję tego, który posługuje się takimi terminami. Konsekwencje wykorzystywania wspomnianego wiersza jako poniżającej społecznie broni przeciwko Afrykańczykowi są bardziej długotrwałe i niszczące niż się z pozoru wydaje. Bez wątpienia monstrualne i świadome zniekształcanie wymowy tego szczególnego utworu stanowi niewybaczalne naruszenie praw człowieka i wartości wyznawanych przez Afrykańczyków. Jeszcze raz powtarzam, że winowajcą nie jest Tuwim. Są nimi ci, którzy żyją dzisiaj. I to od nich zależy, czy naprawią historię, która jest wciąż tworzona. Hmm, monstrualne konsekwencje niewybaczalnego naruszenia praw człowieka na skutek recytowania Murzynka Bambo? Z zapartym tchem pozostaje nam czekać na tekst uzasadniający homofobiczne predylekcje społeczeństwa polskiego perwersyjnymi wpływami Kaczki Dziwaczki.
Stary liberał
Wyświetlony 4726 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.