wtorek, 31 sierpień 2010 18:56

"Cichociemny" Stanisław Bask Mostwin

Napisane przez

Dwudziestu dziewięciu emisariuszy i kurierów Rządu Polskiego w Londynie zostało zrzuconych na terytorium okupowanego kraju w latach 1940-1945. Jedenastu z nich przypłaciło te misje życiem. Jakby wciąż nie dość zauważana i doceniana grupa ochotników gotowych na wszystko, utrzymywała przez okres wojny ogromnie cenną, żywą łączność pomiędzy Zachodem a Polskim Państwem Podziemnym. Emisariusze przerzucali do kraju znaczne sumy pieniężne, w banknotach i w złocie. Przywozili oni również tajne instrukcje i rozkazy dla przedstawicieli Delegatury, tak jak i dla głównych ogniw funkcjonującego tutaj Państwa Podziemnego. Jednym z ostatnich kurierów wysłanych przed Powstaniem Warszawskim, był Stanisław "Bask" Mostwin, zrzucony 10 maja 1944 roku. Miał wtedy lat 27. Dziś, w wieku 87 lat, pozostaje jednym z tych bezcennych świadków tamtej epoki, żyjących w Stanach, którzy mają nam wciąż wiele do przekazania...

Jego intrygująca sylwetka ? najpierw jako podchorążego Stasia o kędzierzawej, ciemnoblond czuprynie, to znów żołnierza spod Tobruku, wreszcie kuriera rządu londyńskiego z szaroniebieskimi oczyma, a także towarzysza doli i niedoli polskiej rodziny z Saskiej Kępy, która dawała mu schronienie przed i w trakcie Powstania ? przewija się niczym czerwona nić we wszystkich najlepszych książkach Danuty Mostwin, poświęconych epopei polskiej inteligencji lat międzywojennych i wojennych. "Bask" jest także ważną postacią w Nie ma domu, poruszającym opisie sowieckiego ładu, wdrażanego w Polsce "po wyzwoleniu", który odebrał także rodzinie Pietruszewskich ostatnie złudzenia, że da się żyć w kraju. Ten narastający krąg presji i terroru skłonił bohaterów książki do desperackiej ucieczki, przez zieloną granicę, by otworzyć w konsekwencji przed nimi cały następny rozdział życia na Zachodzie, przedstawiony w Domu starej lady, w Ameryko, Ameryko i w późniejszych tekstach, włączając w to także Słyszę jak śpiewa Ameryka.

Mechanizm powrotu w czasie
Tak bardzo chciałbym przekazać Panu i Pańskim czytelnikom ? pisał do mnie Stanisław Mostwin, w odpowiedzi na propozycje przedstawienia na tych łamach jego barwnej biografii ? choćby cząstkę dziejowej prawdy o zdarzeniach, w których brałem udział, a tworzyły one wtedy historię naszego narodu. Czas płynie jednak nieubłaganie. Pamięć często mnie zawodzi, zaciera się ciągłość tylu spraw, w które zostałem zaangażowany. Powracają pewne obrazy z przeszłości, słyszę głosy znajomych ludzi, rozpoznaję ich wygląd w minionych sytuacjach. Jestem w sumie wdzięczny Panu za wysiłek, do którego mnie Pan zmobilizował, do podjęcia trudu odtworzenia, choćby we fragmentach, dynamiki tamtego życia i aktywnej rzeźby czasu. Powoli przesuwam raz jeszcze przed moimi oczyma kalendarz drugiej wojny światowej, z jej szokującymi scenami, szaleństwem i okrucieństwem. Wszystko, co tworzyło wtedy dla nas teraźniejszość, pięćdziesiąt czy czterdzieści lat temu, dla współczesnych, z czego zdaję sobie dziś sprawę, jest tylko odległym historycznie okresem, znanym głównie za sprawa relatywnie tylko wiarygodnych książek, polskich i niepolskich. Nawet zdarzenia o tak ogromnym znaczeniu dla Polski i każdego żyjącego Polaka, jak Powstanie Warszawskie, zaczynają się w naszej pamięci kruszyć i otaczać samonakazującą się legendą. W mojej pracowni w trakcie minionych lat wszystkie ściany zasłonięte zostały grzbietami książek o tym wydarzeniu, a prawdziwej jego oceny, jako faktu historycznego i strategicznego, jak nie było, tak wciąż nie ma...
Aby odtworzyć obraz, panoramę moich własnych przeżyć w gęstwinie zdarzeń, przygód i kataklizmów, najłatwiejszym ruchem powinno być uchwycenie za dźwignię, pociągnięcie jej, by pozwolić na uniesienie się kurtyny kryjącej za sobą obrazy tamtego życia. Okazuje się jednak, że jest tych kurtyn więcej niż jedna, bo pojawia się druga i trzecia. Podnoszą się stopniowo, jakby jakaś magiczną siłą poruszone. Ukazują się mi różne sytuacje, tak jak sylwetki i twarze ludzi z tamtych dni. Pytał Pan o mój wrzesień 1939: zaktywizował Pan zaraz przedziwną siatkę nagłych asocjacji. Pochodzę z Poznania, rocznik 1917, moje prawdziwe nazwisko rodowe to Niedbal. Po studiach na Uniwersytecie Poznańskim miałem podjąć pracę asystenta w Katedrze Socjologii i Historii Prawa. Latem znalazłem się na manewrach w mundurze podchorążego 7 Pułku Wielkopolskich Strzelców Konnych, i w nim już pozostałem. Wybuchła wojna, zostałem raniony w boju, potem odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych.

Wszystko to utkwiło mi w pamięci jako przeżycie o sile niemal demonicznej: jak na filmie widzę teraz odruchy mojego ciała, spiętego w maksymalnym wysiłku, w walce wręcz. Czuję tę szaloną troskę o powierzonych mi żołnierzy, tamten ból, ranę... Pierwszą i następną wyniosłem z września, trzecią dostałem pod Tobrukiem. Pozostawiły mi one na zawsze pamiątkę w postaci dwucentymetrowego odłamka stali za lewym uchem. Od jesieni 1940 roku trzy razy próbował przekroczyć zieloną granicę ? "szlakiem turystów gen. Władysława Sikorskiego". Dopiero za trzecim razem mu się powiodło. Wraz z grupą emisariusza rządowego, Wiktora Buka-Strzeleckiego, przez Krynicę i Psarow na Słowacji dotarł do Budapesztu. Potem via Zagrzeb do Konstancy, skąd statek "Warszawa" przewiózł ich do Hajfy. Tam czekał już przydział do Karpackiego Pułku Ułanów, w ramach znanej Karpackiej Brygady.

Na froncie afrykańskim
W trakcie walk pod Tobrukiem, nocą poprzedzającą jego wyzwolenie, z 9 na 10 grudnia 1942 r., został wysłany jako dowódca patrolu rozpoznawczego wraz z grupą 12 ochotników w kierunku morderczych bunkrów Medauera, mocno dających się we znaki Polakom. Wcześniej rotmistrz Kawecki prażył je z bliska nawałą ognia artyleryjskiego, chodziło o sprawdzenie rezultatów. Niebezpieczna wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem, patrol przyniósł oczekiwaną wiadomość, że Niemcy wycofali się z tego groźnego punktu oporu, a podporucznik Bask-Mostwin zatknął tam, zdjęty z własnej furażerki, proporczyk pułku. Wojna przynosiła zawsze krańcową rozmaitość sytuacji i wrażeń. Byłem chyba jednym polskim oficerem, który podczas pobytu w Kairze nie mógł się powstrzymać, aby nie wspiąć się na szczyt piramidy Cheopsa ? napisał mi w liście. ? Tego, czego tam doświadczyłem, nigdy nie zapomnę. Na szczycie, na kwadratowym, kamiennym tarasie, ułożonym z wielkich kostek, od przepięknego widoku zachodzącego pustynno-purpurowego słońca moją uwagę oderwał szczegół, jaki nagle spostrzegłem: był to napis "Juliusz Słowacki, 1833". Przed nami także tu byli rodacy! To jedno z moich najpiękniejszych wojennych wspomnień.
Za obronę Tobruku po raz drugi Stanisława Mostwina-Baska odznaczono Krzyżem Walecznych, dystynkcją za odwagę. Zaszczyt był o tyle większy, że odznaczenie wpiął mu osobiście Naczelny Wódz, gen. Władysław Sikorski. Wciąż emocjonalnie pamięta każdy szczegół tamtej chwili. Z początkiem 1943 roku czekała go powrotna podróż do Anglii, w nadziei trafienia do oddziałów polskiego lotnictwa. Chciał bardzo latać, przechodził nawet kurs, ale okazało się, że wykryto zasadnicze problemy z jego wzrokiem. W tej sytuacji z pomocą przyszedł mu przypadek, kontakt z prof. Stanisławem Kotem, ministrem ds. informacji rządu londyńskiego, ułatwiony przez znajomych. W cytowanej Tajemnicy zwyciężonych znaleźć można ciekawy szczegół z tej pierwszej wizyty. Profesor Kot powitał podporucznika wyciągnięciem szuflady biurka wypełnionej po brzegi pięciofuntowymi banknotami. Zapytał: "Może ma pan finansowe potrzeby, panie poruczniku?". Przybysza na interview prawie zamurowało. Odruchowo, stanowczo odmówił, uzmysławiając sobie dopiero, post factum, że został wystawiony na dość oczywistą próbę. Ważne było w sumie to, że jako ochotnik został przyjęty na kurs przygotowawczy dla kurierów Rządu Polskiego, kierowanych do walczącego kraju. Poczuł, że otwierają się przede nim przysłowiowe wrota historii, czekała go istotnie wielka, wojenna przygoda.
W praktyce miał teraz daną jedynie nielicznym sposobność przyjrzenia się z bliska pracom Rządu Polskiego w Londynie, tak jak przyjętej strategii poszczególnych ministerstw, co ostatecznie wpłynęło na uformowanie się celu i całego programu jego misji do kraju. Zajął się zwłaszcza usprawnieniem kontaktów poszczególnych departamentów z siostrzanymi ich urzędami w okupowanej Polsce i przygotowaniami do przyszłej współpracy, gdyby wyzwolenie miało przyjść ze Wschodu. Rzecz znamienna ? skomentował ? jeszcze w maju roku 1944, kiedy wyruszałem z Londynu, cała strategia Rządu na Uchodźstwie opierała się na teorii wyzwolenia z Zachodu... W kraju nie było już wtedy wątpliwości, po doświadczeniach z Armią Czerwoną na ziemiach wschodnich, co czeka nas po zakończeniu walk. Sytuacja była praktycznie beznadziejna, ale złudzenie o zbliżającym się nieuchronnie konflikcie Sprzymierzonych z Rosją Sowiecką stawało się coraz silniejsze i było serio promowane przez nasze londyńskie układy wojskowe.

(?)

 

Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 4044 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.