wtorek, 31 sierpień 2010 18:59

Andora - Mali wielcy (Cz. II)

Napisane przez

Gdyby zrobić w Europie konkurs na najmniej znane państwo tego kontynentu, jestem przekonany, że zwycięzcą okazałoby się

Principat d'Andorra
Księstwo Andory to mały, liczący zaledwie 450 km kw. obszar zamieszkany przez mówiące po katalońsku 62.000 ludzi. Państwo to leży w wysokich Pirenejach, niemal dokładnie na środku francusko-hiszpańskiej granicy. Współczesna Andora, ze swoimi 18.000 $ PKB "na głowę" (dla porównania: Portugalia, znacznie większa, z dostępem do morza, korzystająca od lat z pomocy Unii ?16.064 $) do karłów ekonomicznych zaliczyć się nie da.
Historia Andory jako wydzielonego obszaru liczy sobie 13 stuleci, jako suwerennego państwa ? zaledwie 11 lat.
Legenda głosi, że twórcą Księstwa Andory był sam Karol Wielki, który na przełomie VIII i IX wieku nadał mieszkańcom tego regionu, w nagrodę za pomoc udzieloną w walkach z Maurami, autonomię. W hymnie narodowym Andory znajdują się następujące słowa: Karol Wielki, nasz ojciec, wyzwolił nas od Arabów... Andora znalazła się między młotem a kowadłem, tzn. między Katalonią a Francją (o Hiszpanii nikt wtedy nawet nie myślał). Pozycja ta, jak wykazało najbliższe 800 lat, stała się specjalnością tego kraju. Z tego tarcia, 8 września 1278 roku (8 IX jest do dzisiaj świętem państwowym) narodził się dość dziwny i nietypowy układ polityczny, którego twórcy zdziwiliby się pewnie wielce, gdyby powiedziano im, że zawarte porozumienie dotrwa, z drobnymi korektami, do XXI wieku...
Na mocy porozumienia ustanowiono system podwójnego zwierzchnictwa nad Księstwem, katalońskiego biskupa z miasta Urgell oraz francuskiego hrabiego de Foix. W 1607 roku kompetencje spadkobierców hrabiego przejął król Francji Henryk IV. Po feralnym 14 lipca 1789 roku władze paryskie odmówiły kontynuowania wywodzącego się ze średniowiecza zwierzchnictwa nad tym pirenejskim zakątkiem. Ku zadowoleniu Andorczyków, rewolucja powoli wyhamowała, zjadając swoich radykałów. Wszystko wróciło do starej, dobrej i średniowiecznej normy...
W XIX wieku w prawa władców Francji wstąpił prezydent Republiki Francuskiej (tak na marginesie: czy Bolesław Bierut był sukcesorem np. Bolesława Chrobrego...?).
Zawsze uważałem generała Franco za politycznego geniusza, który przy pomocy Belzebuba, tj. Hitlera i Mussoliniego, przegonił Szatana, czyli Stalina, a następnie temuż Belzebubowi pokazał... tylną część ciała. Do tego posłał na pomoc Niemcom na front sowiecki Błękitną Dywizję, by na koniec wojny zanotować doskonałe stosunki z aliantami. Ceną za to była jednak straszliwa wojna domowa, która przyniosła więcej cierpień ludzkich i zniszczeń, niż miało to miejsce w wielu państwach, przez które przetoczyła się II wojna światowa. To było jednak w Hiszpanii, mającej ponad 30 mln ludzi, posiadłości kolonialne i wielusetletnią tradycję mocarstwową.
W Andorze, nikomu poza nią nieznana, licząca kilkadziesiąt osób grupa rządząca, rekrutująca się z rad parafialnych, zdołała uratować ten kraj przed:
? rewolucyjnym szaleństwem Republiki Hiszpańskiej,
? krwawą hiszpańską wojną domową,
? okresem rządów twardej ręki i biedą, jakie nastały w Hiszpanii po wojnie domowej,
? II wojną światową, czyli przed Hitlerem, Petainem, de Gaullem, aliantami, komunistami, faszystami itp. szaleńcami,
? powojennym tryumfem lewicy, ze swoją demokracją, powszechnymi wyborami, związkami zawodowymi, emancypacją itp.
Jak tego dokonano, nie wiem.
Wiem natomiast, że rządzący wówczas Andorą wywodzili się spośród organistów wiejskich parafii, kościelnych, wiejskich nauczycieli, drobnych rolników, wioskowych rzemieślników. Ich doradcami byli wiejscy proboszcze, którzy nigdy nie opuszczali swoich górskich parafii oraz kilku notariuszy, sporządzających na co dzień akty kupna górskich łąk i stodół. Chyba żaden z nich nie miał doktoratu z nauk politycznych...
Wiem też, że u schyłku XX wieku Andora, po 800 latach pół czy ćwierć suwerenności, wybiła się w końcu na niepodległość z nie najgorszym bilansem gospodarczym i bardzo przyzwoitą stopą życia swoich obywateli.
Zainstalowany u schyłku XIII wieku system dwuwładzy hiszpańskiego biskupa i francuskiego hrabiego, a potem króla/prezydenta, okazał się niesamowicie żywotny. System ten po wojnie stał się źródłem wielkiego dyskomfortu dla strony francuskiej. Tylko pomyśleć: prezydent mocarstwa atomowego, opromienionej blaskiem gilotyn, kielni i fartuszka Republiki Francuskiej, walczącej z powodzeniem z amerykańską hegemonią i o zbliżenie Wschodu z Zachodem, musi dzielić się władzą i występować jak równy z równym z jakimś (o zgrozo!) biskupem katolickim z zapyziałej hiszpańskiej mieściny La Seu d'Urgell... Żeby chociaż jakiś rabin czy szaman, ale ksiądz katolicki! To jeszcze nie wszystko. Przez 40 lat za owym biskupem stał "ten straszny, reakcyjny i ultrakatolicki generał Franco"... Zaiste, męki piekielne za sprawą maleńkiego Księstwa w Pirenejach musieli cierpieć francuscy bracia w kielni i fartuszku...
Władza biskupio-prezydencka odgrywała w praktyce niewielka rolę. Faktyczna władza spoczywała w rękach Rady Generalnej Dolin, złożonej z przedstawicieli siedmiu dolin tworzących obszar Księstwa. To ten organ dokonał "cudu neutralności" w latach 30. i 40. XX wieku.

(?)

 

Jerzy Burliński

Wyświetlony 6160 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.