wtorek, 31 sierpień 2010 19:07

Czy wszyscy byliśmy

Napisane przez

Temat przebaczenia jest "nieśmiertelny". Ostatnio jednak wracał częściej do publicznego obiegu.

A to za sprawą Roku Jubileuszowego w Kościele katolickim, a to ? toutes proportions gardées ? za sprawą niegdysiejszej "biesiady" red. Adama Michnika i gen. Czesława Kiszczaka (Pożegnanie z bronią w "Gazecie Wyborczej" z 6 lutego 2001 r.). Dziś już niemal nie pamiętamy duserów, które sobie nawzajem prawili ci dwaj rozmówcy. Ostatnio bowiem do ożywienia dysput na temat przebaczenia i nienawiści przyczynia się tematyka "lustracyjna". Spróbujmy zastanowić się nad przebaczeniem w życiu publicznym. Mniej więcej od czasu, gdy premier Tadeusz Mazowiecki w swoim exposé powiedział, że przeszłość odkreślamy grubą linią, ale także dawniej, rzecz jasna, niejednokrotnie zdarzało się, że osoby publicznie wypowiadające się na temat rozliczania złych czynów popełnionych pod osłoną PRL-owskiej władzy zaskakiwały słuchaczy albo czytelników dziwnymi niekonsekwencjami. Zaznaczam, że w poniższych uwagach skupię uwagę przede wszystkim na moralnym (w odróżnieniu od prawnego) aspekcie rozliczania.

Reguły wybaczania
Po pierwsze, przebaczenie nie może być ani udzielone, ani przyjęte w czyimś zastępstwie ? ten pogląd uważam za jeden z najważniejszych składników tej dyskusji. Jeśli mój rodak, mój współobywatel, mój powinowaty albo krewny doznał od kogoś krzywdy, to nie w mojej mocy jest wybaczyć sprawcom tę krzywdę. Mogę najwyżej wybaczyć swoją krzywdę, która pochodzi od tamtej krzywdy. I odwrotnie: jeżeli mój współobywatel, mój rodak, mój powinowaty albo krewny skrzywdził kogoś, to moje prośby o wybaczenie, moje deklarowanie lub nawet odczuwanie wstydu z tego powodu, albo wręcz moje starania o zadośćuczynienie za wyrządzoną krzywdę (zresztą, nie w każdym wypadku całkowicie możliwe) wcale nie oznaczają tego samego, co takie same zachowania byłego krzywdziciela. Interesujące i pouczające w tej mierze jest to, jak problem przebaczenia jest traktowany w Kościele katolickim ? mam na myśli spowiedź. Niedopuszczalnym świętokradztwem byłoby spowiadać się z grzechów nie swoich tylko cudzych, a warunkiem ważności rozgrzeszenia jest zadośćuczynienie także bliźnim ? których należy prosić o darowanie win zaciągniętych wobec nich.
Odpowiedzialność (a więc również: z jednej strony ? moralne prawo do udzielania przebaczenia krzywdzicielowi, a z drugiej ? do proszenia o wybaczenie i do otrzymania go) nie może być ani zbiorowa, ani dziedziczna. Dlatego nie podpisałbym się nigdy pod wezwaniem tego rodzaju co przebaczamy i prosimy o przebaczenie. Polscy biskupi skierowali takie słowa 40 lat temu (w jesieni 1965 r.) do biskupów [zachodnio-]niemieckich, jednak poważne potraktowanie owych słów mogłoby oznaczać jedynie to, że chodziło (tylko i właśnie) o krzywdy wyrządzone sobie nawzajem przez... te dwa Episkopaty: polski i niemiecki (Słusznie ? moim zdaniem ? zauważył, odnosząc się do tego właśnie przypadku, znany warszawski matematyk i filozof pod koniec lat siedemdziesiątych: [...] krzywdę, którą ja doznałem[,] tylko ja mogę przebaczyć i biskup nie ma prawa występować tu w moim imieniu bez mojego upoważnienia. Biskup może mnie namawiać, czy nawet rozkazywać, ale ja sam żyję, grzeszę lub przebaczam1.) Ale z tego samego powodu (tj. nieuznawania odpowiedzialności zbiorowej lub dziedzicznej) nie sposób zgodzić się z poglądem, że dekomunizacja to zły pomysł, bo jakoby "wszyscy (chcąc nie chcąc) uczestniczyliśmy w tym (PRL-owskim) złu". Owszem, uczestniczyliśmy. Na przykład przez to, że posługiwaliśmy się dowodami osobistymi i pieniędzmi, w których była nazwa i godło PRL. Także ? do pewnego czasu ? przynależność do reżymowych związków zawodowych (zrzeszonych w CRZZ, bo innych wtedy nie było) i chyba nawet udział w imprezach pierwszomajowych (przynajmniej dla niektórych, np. dla uczniów i nauczycieli) były praktycznie nie do uniknięcia. Rozmaici ludzie różnie to przyjmowali: w najgorszych latach terroru, oczywiście, trudno było o bohaterów, którzy na każdym kroku demonstrowaliby niezłomność, ale nie brakło wtedy i później nadgorliwców, których potem usprawiedliwiano, albo którzy sami się usprawiedliwiali tym, jakoby np. "musieli" należeć do PZPR. Tak więc miara uczestnictwa w kolaboracji z reżymem była bardzo rozmaita.
Tu nie odmówię sobie wtrącenia pewnej anegdoty. W czasach przedsierpniowych miałem okazję razem z ojcem słyszeć wywiad prof. Kołakowskiego dla BBC. Ojciec wykazywał sceptycyzm wobec profesora, toteż zapragnąłem dowartościować jakoś ex-tow. Kołakowskiego i powiedziałem, że to człowiek, który z pozycji członka partii i marksistowskiego filozofa, uprawiającego wojujący ateizm i nie mniej agresywną publicystykę ideologiczną w latach pięćdziesiątych, stopniowo doszedł do napisania wielkiej książki Główne nurty marksizmu, gdzie zrównał marksizm z ziemią. Najwidoczniej moja fascynacja tym autorem była na tyle (naiwnie) nadgorliwa, że ojciec nie wytrzymał i odpowiedział, iż nie potrzebował ani dnia być w partii, aby poznać się na tym ustroju i wiedzieć, że jest diabła warty. Zrozumiałem, że to była po prostu zdroworozsądkowa reakcja prostego człowieka, który wystarczająco się bał, aby nigdy się nie buntować, ale zarazem był wystarczająco rozumny i uczciwy, aby nie kolaborować ani nie prowadzić podwójnego życia (na przykład: "komunisty" dla obcych i "katolika" dla swoich). Wydaje mi się, że gdy obecnie wymaga się od ludzi "wierności wstecz", to chyba podobna postawa jest czymś, czego można by wymagać od większości, bez popadania zarówno w nadmierną jak też w zbyt małą tolerancję dla słabości ludzkich.
Ex-członkowie PZPR z młodszego pokolenia lubią podkreślać, że czasów zbrodni katyńskiej, a nawet ? terroru z czasów Bieruta w ogóle nie pamiętają, bo pamiętać nie mogą. To prawda, ale taka deklaracja brzmi tak, jak gdyby mieli powód obawiać się odpowiedzialności karnej za postępki ich starszych towarzyszy z lat czterdziestych. W pewnej dyskusji radiowej (kilka lat temu, nie pamiętam, niestety, bliższych okoliczności) słuchacz telefonujący do studia przestrzegał przed "niebezpieczeństwem" skazywania na śmierć PRL-owskich kolaborantów wraz z rodzinami (Tego nawet tow. Stalin nie wymyślił: w Sowietach żona rozstrzelanego za "zdradę" dostawała "zwyczajowo" dziesięć lat łagru, co nie pozostawało bez wpływu na długość życia skazanej, ale formalnie jednak nie było wyrokiem śmierci. Któż to w dzisiejszej Polsce miałby być zwolennikiem takiej radykalnej surowości?) Ten właśnie "argument" bywał przypominany, gdy chodziło o uznanie pewnych organizacji za przestępcze (Dodajmy: jest to "argument" podobnie prymitywny i głupi, jak "modny" kilkanaście lat temu dowcip o rychłym jakoby pojawieniu się "patroli zakonnic", sprawdzających, czy pasażerowie w środkach komunikacji publicznej... noszą medaliki.).
Ale przestrzegający ? przy takich właśnie okazjach ? przed odpowiedzialnością zbiorową powinni pamiętać, że chociaż w pokonanych i okupowanych Niemczech pewne organizacje (bodajże NSDAP i SS) zostały przez Trybunał Norymberski uznane za zbrodnicze, to jednak ani ten, ani żaden inny sąd (na obszarze Niemiec) nie skazał nikogo tylko za samą przynależność do owych struktur. Analogiczna sytuacja powinna nastąpić w Polsce; co prawda ? już istnieje (i to od dawna) kruczek prawny, pozwalający uznać za przestępstwo sam tylko fakt przynależności do takich organizacji, jak PZPR albo SB i im podobnych2 i stosownie do tego wymierzać karę, ale tak daleko sięgająca represywność, chociaż formalnie sprawiedliwa, byłaby materialnie krzywdząca (summum ius summa iniuria, jak mawiali starożytni Rzymianie, czyli w wolnym tłumaczeniu: szczyt prawa szczytem niesprawiedliwości).
Bardzo jednak upowszechnił się slogan: trzeba patrzeć w przyszłość i pokrewny mu: wszyscy byli[śmy] winni. W ich upowszechnieniu zarówno wśród osób wykształconych, jak też wśród tzw. prostych ludzi, znakomicie sprawdziła się rada wymyślona już przez François-Marie Aroueta (francuskiego oświeceniowca, znanego pod pseudonimem Voltaire) i jawnie wyznawana także przez niemieckiego oberkłamcę tow. Josepha Göbbelsa: kłamać do upadłego, a wtedy przynajmniej coś z tego na trwałe trafi do przekonania masowych odbiorców propagandy. W podszeptywaniu takiego właśnie punktu widzenia przodują gazety, które i przed, i po 1989 r. przodowały (owszem, nadal przodują!) także w masowości zbytu. Znamienne, że ci sami ludzie, którzy tak myślą i tak mówią, nie są jednak skłonni unieważniać przeszłości, gdy chodzi o krzywdy, których sami doznali w prywatnych relacjach międzyludzkich (Przykłady łatwo spotkać chyba wszędzie w Polsce). Znakomitą, celną drwinę z takiego dwutorowego traktowania przeszłości, zawiera pewien epizod w filmie Król lew: Prawowity następca tronu, przebywający dla własnego bezpieczeństwa na emigracji po krwawym przewrocie pałacowym dokonanym przez jego stryja, odżegnywał się słowami to już przeszłość od myśli o słusznym rewindykowaniu swojej władzy, ale zachował się zupełnie inaczej, gdy został przez kogoś innego uderzony właśnie w celu wywołania ? i ośmieszenia ? takiego argumentu.
Błędem jest nie tylko posługiwanie się przez kogokolwiek zasadą odpowiedzialności dziedzicznej i/lub zbiorowej, błędem jest także zrównywanie odpowiedzialności ? tak jak gdyby można było w jednym szeregu kolaborantów zestawić oprawcę z Informacji Wojskowej albo z Urzędu Bezpieczeństwa z kimś, kto dla gminnej kariery lub tylko "na wszelki wypadek" należał do satelickiego ZSL. Albo ? po drugiej stronie: podobny tytuł do chwały przyznać np. partyzantowi z organizacji Wolność i Niezawisłość, który za to tak czy inaczej "odpokutował" (nawet jeśli nie trafił w łapy funkcjonariuszy bezpieki), i członkowi PZPR, który rzucił legitymację partyjną dopiero po którymś z pamiętnych polskich "miesięcy" (dwa Czerwce, dwa Grudnie i parę innych).
_____________
1 Por.: Andrzej Grzegorczyk Kilka myśli na marginesie książki A. Michnika: "Kościół, lewica dialog", "Spotkania", nr 5-6 [reedycja paryska], str. 339.
2 Por.: Stanisław Michalkiewicz, Czy PZPR była organizacją przestępczą?, "Najwyższy Czas!" nr 11/408/ z 14 marca 1998 r., str. IV; Michalkiewicz jest, co warto mieć tu na uwadze, prawnikiem z wykształcenia.
(?)

 

Konrad Turzyński
Wyświetlony 5444 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.