Wydrukuj tę stronę
wtorek, 31 sierpień 2010 19:13

Jakie państwo, taka głowa

Napisał

Zgodzić się trzeba z posłem Janem Rokitą, że odmawiając stawienia się przed sejmową komisją do spraw Orlenu Aleksander Kwaśniewski strzelił sobie w nogę. Może nawet nie tyle sobie, ale przede wszystkim systemowi rządzenia Polską, któremu patronował.

 

Nawet ci, którzy patrzyli na Kwaśniewskiego jak na tego, który połączy skłócone gangi, uchroni przed odpowiedzialnością i tak oszuka obywateli, że znów wybiorą do parlamentu Borowskiego, Janika, Oleksego i Jaskiernię, nie wytrzymali. Publicznie zarzucili temu, którego między sobą pieszczotliwie zwą preziem, a w rozmowach z zagranicznymi towarzyszami pierwszym, że zawiódł, bo uchylił się od walki o swoją i ich przyszłość. A przecież po to go wspierali, żeby kiedy zacznie się sypać układ pozwalający biurokracji eksploatować Polskę, jakby była krajem okupowanym, przedłużył ich rządy.
Rzecz w tym, że odmawiając stawienia się przed komisją, prezydent Aleksander Kwaśniewski wybrał najlepsze dla siebie wyjście. Wybór miał prosty: albo stawić się i pójść w ślady przesłuchiwanego wcześniej machera do fałszowania paliw ? nazwiska nie pomnę ? odmawiając odpowiedzi na niewygodne pytania, albo nie stawić się wcale i sprawić wrażenie prezydenta broniącego majestatu swego urzędu.
Było więc to mniejsze zło, a wybór między złami jest dla formacji reprezentowanej przez Kwaśniewskiego czynnością naturalną politycznie. Wystarczy wspomnieć generała-sekretarza-premiera, co też wyborem mniejszego zła, jako ostatecznym argumentem, się posługiwał.
Jeszcze parę dni przed 7 marca wydawało się, że Aleksander Kwaśniewski mógłby zastosować trzecią strategię i po prostu kłamać ? co również w jego formacji jest naturalne ? ale komisja zebrała takie dowody ? nie tylko z zeznań, lecz i z dokumentów ? że ryzyko zdemaskowania kłamstw stało się za wysokie.
Była oczywiście i czwarta możliwość: mówić prawdę. Ta możliwość jednak od początku nie wchodziła w grę, bo pogrążyłaby ostatecznie i nieodwołalnie nie tylko samego Aleksandra Kwaśniewskiego, ale i cały mafijny układ, który tak pracowicie tkał przez lata z towarzyszami z SLD, służb specjalnych oraz z Ordynackiej, i któremu patronował.
Odmawiając stawienia się, zachował pozory obrażonego majestatu. Nienajlepsze to wprawdzie pozory, ale lepszymi prezydent wszystkich Polaków już nie dysponuje.

Głowa jako produkt
W czasie prezydenckiej kampanii wyborczej, kiedy Kwaśniewski kandydował pierwszy raz, państwowa telewizja pokazywała wiele razy rozegzaltowanego młodego człowieka z jakiejś wsi czy miasteczka, który z ogniem w oczach wył do kamery:
? Olek, my z tobą!
Ten obraz nieszczęśnika, który wszystkie swe polityczne nadzieje ulokował w Aleksandrze Kwaśniewskim i który rozkochał się w nim, jako w swoim chłopie, Olku, był najlepszym symbolem tamtej kampanii. Kwaśniewski zwyciężył wśród młodych w rytmie disco polo ? jako młody, zdolny, pełen entuzjazmu, wśród gospodyń domowych ? jako niezwykle przystojny młody człowiek o szczerym spojrzeniu, a wśród reszty ludzi nie potrafiących znaleźć się w realiach innych niż socjalistyczne ? jako ten, kto pokaże drogę w przyszłość.
W czasie wyborów prezydenckich Lech Wałęsa powtarzał, że Kwaśniewski nie ma żadnego pomysłu na Polskę. Rozczarowani do Wałęsy wyborcy nie zwracali uwagi na to ostrzeżenie. Dziś nie ma wątpliwości, że miał rację. Aleksander Kwaśniewski przez czas całych swoich rządów nie miał pomysłu na Polskę, bo go nie potrzebował. Miał pomysł na siebie i to mu wystarczało. W czasie obydwóch kampanii był produktem wzorcowo stworzonym przez speców od public relations i wygrał. W czasie dwóch kadencji produktem takim pozostał. Medialnym fantomem męża stanu.

Głowa jako ostoja
Jako twór public relations wygrywał przez niemal cale dwie kadencje. Zasada jego rządów była prosta: dla państwa nie robić nic, ludowi sprzedawać medialny wizerunek. Inny niż w wyborach ? już nie swojego chłopa czy przystojnego młodego człowieka, a poważnego męża stanu ? ale równie starannie skonstruowany przez macherów od PR. Oficjalne wizyty, rozmowy z głównymi politykami z całego świata, odznaczenia, nominacje, piękna żona, która pomaga nieszczęśliwym dzieciom; opinia publiczna dostawała, co chciała.
Większość Polaków wciąż ma wyhodowaną przez zabory, okupację i PRL potrzebę czucia, że gdzieś na szczytach jest dobry władca, który czuwa nad wszystkim. Właśnie tę potrzebę Kwaśniewski świetnie zaspokajał i temu się głównie poświęcił w działalności publicznej. Prywatnie świetnie się bawił, balował, bywał w najlepszym towarzystwie w całym świecie, przy okazji załatwiając sobie dobrą posadę w jakiejś międzynarodowej instytucji na czas po dwóch kadencjach.
Spróbował nawet zostawić posadę prezydenta w rodzinie, na próbę organizując publiczną dyskusję o kandydowaniu na urząd żony swej, Jolanty. Znalazł niemało entuzjastów, ale jednak więcej przeciwników, więc sprawa została wyciszona równie sprawnie, jak nagłośniona.
Politycznie nic nie robił, więc nie popełniał błędów, dzięki czemu lud wciąż ufał ojczulkowi-prezydentowi. Nikt nie pytał, ile kosztuje ogromny dwór, oficjalnie zwący się kancelarią prezydenta. Nikt nie pytał, ile kosztuje dobroczynność Jolanty Kwaśniewskiej, w jaki sposób jej fundacja gromadzi pieniądze i na co one idą. Wystarczył wizerunek rozumnego władcy i jego małżonki, wzruszającej się niedolą dzieci i spieszącej im pomóc, żeby utrzymać miłość i zaufanie na najwyższym wśród polityków poziomie.
W polskim systemie prawnym, w którym prezydent nie odgrywa większej roli, poza sytuacjami nadzwyczajnymi, wydawał się bliski ideałowi właśnie dlatego, że świetnie odgrywał rolę męża stanu, dobrze wyglądał w garniturach i smokingach i jeszcze lepiej sprzedawał swój medialny wizerunek i do tego się ograniczał. Nikt wprawdzie nie wiedział, jak zachowałby się w sytuacjach naprawdę trudnych, ale los mu takich sytuacji oszczędził. Do czasu.

Głowa jako tarcza
W polskich realiach władza polityczna jest równoznaczna z władzą ekonomiczną, bo są posady w bogatych państwowych firmach, są przepisy, które zmuszają prywatnych właścicieli do szukania politycznego wsparcia, i jest wreszcie prywatyzacja, pozwalająca zdobyć miliony albo dziesiątki czy setki milionów złotych tylko dzięki politycznym układom. Kiedy rządzić zaczęli jego dawni towarzysze z PZPR, zorganizowani w Sojuszu Lewicy Demokratycznej, kiedy w obecnej kadencji zaczęli w przyspieszonym tempie eksploatować państwo i obywateli ? w czasie swoich pierwszych rządów robili to ostrożniej ? rabując jawnie i skrycie, jako prezydent powinien się temu przeciwstawić. Taką właśnie rolę ? obrońcy państwa przed zagarnięciem go z zewnątrz czy z wewnątrz ? wyznaczyła mu konstytucja.
Nie zrobił tego. Wiedział, że miliardy złotych przepływają ze skarbu państwa, państwowych firm i samorządowych budżetów do prywatnych kieszeni funkcjonariuszy SLD. Nie zrobił nic, żeby to przeciąć. Podpisywał kolejne ustawy pozwalające władzy coraz bardziej eksploatować Polaków.

(?)

 

Wojciech Jankowski

Wyświetlony 4825 razy
Wojciech Jankowski

Najnowsze od Wojciech Jankowski

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.