wtorek, 31 sierpień 2010 19:40

Cywilizacja postchrześcijańska?

Napisane przez

Wobec globalnego przyspieszenia wymiany informacji, z jakim mamy do czynienia od dobrych 50 lat, granice między przez wieki wykształconymi odrębnymi cywilizacjami coraz bardziej się zacierają. Najpierw telegraf, potem radio i telewizja, wkrótce powszechność dostępu do radiowych fal (z krótkimi wyjątkami administracyjnych ograniczeń: II wojna światowa, komunizm we Wschodniej Europie i jego enklawy do dzisiaj), powszechny telefon, sieci komputerowe, łączność przez modemy i wreszcie globalny Internet wraz z wybuchem telefonii komórkowej i satelitarnej telewizji. Do globalnej wioski jest coraz bliżej. Wymiana informacji tu, wewnątrz starej Europy, ze względu na jej malutką powierzchnię, następowała dość efektywnie przez stulecia – tutaj zaskoczenia nie ma. Ale równie szybka wymiana informacji między Azją Środkową a Ameryką Południową, między imperium arabskim a Państwem Środka- rodzi różne, daleko idące konsekwencje.

 

Jednym z następstw takiego postępu technologicznego jest mieszanie się elementów cywilizacyjnych pozostających dotąd dość hermetycznie odrębnymi. Oto Europa odkrywa, że w krajach arabskich prawo nie jest jednolite dla wszystkich. Oto Arabowie zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że w innych obszarach świata mieszkają miliony niewiernych bluźnierców. Podróżnicy oraz migranci próbują przykładać swoje miary do otoczenia, w którym się znaleźli. Nie zawsze to im się udaje, a czasem kończy w sposób tragiczny: utratą wolności lub nawet życia.
W tym całym "przyspieszeniu informacyjnym" chrześcijaństwo, a w szczególności jego trzon ? katolicyzm, zachowuje się dość ugodowo, by nie powiedzieć: mięczakowato. Traci ono powoli swoje zasady, rozmywa się, blaknie, stając się permisywną religią epigonów starej cywilizacji łacińskiej. Pohukiwania kard. Ratzingera słychać coraz słabiej, a obecny papież ekumenizm umieścił na jednym ze sztandarów przemian Kościoła, praktycznie otwierając furtkę tym zwolennikom dialogu międzywyznaniowego, którzy chcieliby stworzyć jedną, globalną religię, nawet niekoniecznie monoteistyczną.
Euroameryka (wraz z Australią), zwana "cywilizacją białego człowieka", modyfikuje swoje chrześcijańskie korzenie. W wychowaniu jeszcze jakoś przestrzega się podstawowych zasad Dekalogu. Ale święta religijne redukuje się do obyczajowego folkloru (Wielkanoc do "święconki", Boże Narodzenie do choinki z prezentami). Nie kradnij i nie cudzołóż oceniane są relatywnie, w zależności od interpretacji zmieniających się przepisów, a nakaz czci dla imienia Boga wydaje się dziś zupełnym anachronizmem. Postchrześcijanie coraz dalsi są od powinności szerzenia swoich wartości i przekonań. Nawet ich właściwie już nie bronią. A jeśli ktoś ma inne przekonania? To mu pozwalają je mieć, a nawet głosić, dopóki im samym to nie przeszkadza. Przy tym całym dekadenckim rozmyciu zasad moralnych Euroameryka ekonomicznie całkiem nieźle sobie radzi. Jeśli patrzeć jedynie na materialny aspekt, to tzw. jakość życia jest w tym obszarze chyba najwyższa w świecie.
Czym jest taka postchrześcijańska cywilizacja dla przyjezdnych z innych obszarów globu, w których permisywizm nie zaszedł jeszcze tak daleko? Wychowany według zasad (jakichś, ale ? zasad), z ustaloną hierarchią wartości, z umiejętnością dość wyraźnego odróżniania dobra od zła, spotyka się podróżnik z nieeuroamerykańskiego obszaru z cywilizacją materialnego dobrobytu. Cywilizacją, w której nawet pracować nie trzeba, by całkiem wygodnie żyć (powszechne zasiłki dla bezrobotnych osiągnęły w wielu krajach poziom absurdalnie wysoki). W dodatku jest to cywilizacja, która nie foruje specjalnie żadnej konfesji, a nawet nie reaguje na krytykę religii, która tworzyła jej podwaliny. Na ulicach nie widać głodnych, nie wybuchają wojny. Ba, nikt z nikim się już nie bije o jakieś zasady (np. honor, religię, obronę narodowych symboli, granice...). Bije?! Nawet dyskusje na takie tematy zanikają! Jeszcze czasem ten czy ów antyklerykał nazwie jakiegoś duchownego "klechą", tamten mu wytoczy proces, ale wszystko powoli wytłumiane jest jakimś ogólnospołecznym przyzwoleniem na utratę kształtu, smaku, wyrazu i natury rzeczy. Odróżnianie się od innych już samo w sobie staje się jakby naganne. Potępia się publicznie nie tylko "ekstremizm", ale nawet "radykalizm", promuje natomiast totalną tolerancję. Partie polityczne przestają się różnić od siebie, stając się coraz bardziej centrowe.
Dla przyjezdnego z kraju kontrastów, napięć i wyraźnych różnic taka spokojna cywilizacja może być niesłychanie atrakcyjna. Tym bardziej atrakcyjna, im bardziej represyjna jest jego własna religia, kultura i wychowanie. Zauważmy, że taka postchrześcijańska cywilizacja musi być śmiertelnym zagrożeniem dla każdej religii. Szczególnie religii dobrze określonej, o dobrze zarysowanych fundamentach. Tu, w Euroameryce, przecież wszystko wolno. Nie istnieją żadne zakazy (z wyjątkiem szkodzenia innym). Akceptuje się każde poglądy. Zatem religia, która próbuje utrzymać jakiekolwiek zakazy i nakazy, musi czuć się zagrożona rozmyciem i zanikiem swoich fundamentów. Zważmy ponadto, że jest to całkiem inne zagrożenie, niż to, z którym mieliśmy do czynienia podczas religijnych wojen. Wtedy przeciwnik był jasno określony, zdefiniowany. Misjonarz-monoteista walczył z politeizmem w Afryce, wyznawca Allaha z chrześcijaninem. Zwalczali się jakby tą samą bronią, a w każdym razie walka odbywała się na tej samej płaszczyźnie semantycznej.
Postchrześcijaństwo lekceważy dotychczas wypracowane zakresy znaczeniowe pojęć, o które przez wieki przelewano krew. Zamazuje granice, przewartościowuje zasady. Toleruje nowe definicje starych pojęć, zmienia znaczenia słów, jak miękki kisiel absorbuje wszelkie radykalne pomysły wygładzając je otuliną politycznej i społecznej poprawności.
Nic więc dziwnego, że wyznawcy innych niż "kisielowate" poglądów próbują lepiej definiować swoje postawy, określać je dokładniej, radykalizować. Mają bowiem do wyboru pozostanie przy swoich zasadach lub ich rozmycie i utratę na rzecz prawdopodobnego materialnego awansu. A ponieważ życie nie składa się z samej materii, nie powinno nikogo dziwić, że większości przybyszów do Euroameryki kojarzą się historie takie, jak kuszenie Jezusa na pustyni (Szatan próbuje za dobra materialne zmienić poglądy Chrystusa). Wywołują one też reakcje na przykład takie, jak zechciał to opisać zbulwersowany Sławomir Magala w Co zrobić z Naimą? ("Rzeczpospolita", 5.2.05, Plus Minus): jedna z uniwersyteckich sekretarek w Rotterdamie nie dość, że nosi chustkę na głowie, to odmawia podawania kanapek z wieprzowiną i wina na naukowych konferencjach! Postawa taka destabilizuje postchrześcijańskiego Autora, który grzecznie i miękko na razie postanowił po prostu u niej tych kanapek nie zamawiać, by nie powodować dalszego konfliktu. Postąpił właśnie bardzo typowo dla tolerancyjnego postchrześcijaństwa: Naima będzie podawać soki i kanapki z rybką, a jej (ex-?) chrześcijańska holenderska koleżanka rozlewać alkohole i serwować wieprzowinę. Przy czym Naima będzie codziennie patrzeć na grzeszną koleżankę, a koleżance będzie wszystko jedno, co o niej pomyśli Naima. Nie wróżę temu układowi jednak długotrwałej stabilności.
Zauważmy, że tytułowe pytanie z felietonu z "Rzeczpospolitej" zakłada bierność Naimy: to my mamy problem i my musimy coś z tym zrobić. Ale co? Autor do końca nie wie, co zrobić. Jedyna propozycja to unik. Może spróbować zamortyzować twardą postawę sekretarki jakąś reorganizacją otoczenia? Natomiast Naima wie dobrze, co robi. Naima ? w przeciwieństwie do profesora Magali ? ma pogląd. Jasny, a przy tym odważny: nie będzie grzeszyć, rozprzestrzeniając zakazane napoje i mięso. Wygląda na to, że Uniwersytet Erazma w Rotterdamie drobnymi kroczkami będzie się islamizował...
Ale co będzie z Naimą? Jeśli profesorowie Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie będą reorganizować swoją uczelnię tak, by – w imię politycznej i społecznej poprawności ? nie wyrzucić nikogo przypadkiem z pracy, nie zdziwię się, gdy wkrótce niewierzący JM Rektor będzie wraz z pozostałymi mułłami w Rotterdamie z najwyższego piętra gmachu rektoratu dla świętego spokoju nawoływał po arabsku do porannego azonu... Ale żarty na bok. Naima, oczywiście, sama zwolni się z uniwersytetu, bowiem w Holandii nie istnieje przymus pracy na stanowiskach sprzecznych z wyznawanymi zasadami. Powinna dojść do wniosku, że po prostu nie może wywiązać się z zakresu nałożonych obowiązków.

(?)

 

Paweł Falicki

Wyświetlony 4370 razy
Więcej w tej kategorii: « Wojna to polityka Stara jatka »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.