wtorek, 31 sierpień 2010 20:07

Kwas pruski i ruskie pierogi

Napisał

Była kiedyś taka anegdota. Anglik mówi do Polaka: Nasz język jest bardzo trudny, zupełnie inaczej się pisze, a inaczej czyta. Na przykład pisze się William Shakespeare, a czyta Łyliam Szekspir. Na co Polak: Eee tam, nasz język jest jeszcze trudniejszy. Pisze się Aleksander Głowacki, a czyta: Bolesław Prus.

Zdaję sobie sprawę, że anegdota ta dla niektórych może być niezbyt zrozumiała i mało śmieszna. Część młodego pokolenia ma prawo nie wiedzieć, że niejaki Głowacki pisał pod pseudonimem Prus, to ostatnie nazwisko może zresztą wprowadzać w błąd. Czyta człowiek Prus i myśli ? Prusak jakiś, znaczy Niemiec. Miałem okazję sprawdzać pracę egzaminacyjną na studia, gdzie w punkcie Podaj przykład polskiej powieści historycznej jakiś bystrzak nagryzmolił "Bolesław Prus, Krzyżacy". I trzeba przyznać, że wnioskował chłopina słusznie. Gdzieś mu się bowiem obił o uszy tytuł książki, miał też wyryte w płatach czołowych parę nazwisk literatów, kombinował więc tak: o czym są Krzyżacy? Ano o złych Niemcach, co to nas najeżdżali. A skoro Niemcy to inaczej Prusacy, to kto miał o nich pisać, jak nie inny Prusak czy Prus. I wszystko się zgadza. Wniosek jak byk, wynika z przesłanek.
Prusacy i "bystrzy inaczej" to zresztą stały element naszej kultury. Weźmy, na przykład, komedię Miś Stanisława Barei. Mamy tam scenę ukazującą kręcenie filmu historycznego. W pewnym momencie pojawia się aktor grający dziedzica o nazwisku Pruski, którego usłużna garderobiana zapakowała w typowy pruski mundur. Na uwagę reżysera, że to przecież polski dziedzic, tylko nazwisko ma takie "niepolskie", poczciwa kobiecina odpowiada, że w scenariuszu stoi wyraźnie wchodzi dziedzic Pruski, a pruski to dla niej to samo, co niemiecki, więc mundur a la Bismarck jest tu zupełnie na miejscu. No ale ostatecznie, skoro ten Pruski dziedzic jest naprawdę polski, to ona go może przepasać flagą narodową.
Jak się nad tym głębiej zastanowić, okazuje się, że takie przepasywanie nie jest złym pomysłem. Zwłaszcza jeśli może zażegnać międzynarodowy konflikt i doprowadzić do kosmopolitycznego pojednania, kiedy to prawda czasu nareszcie pomiesza się z prawdą ekranu. Na krótko przed obchodami 60. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz powstał istotny problem, czyj właściwie był ten obóz. Okazało się, że i w tym wypadku co innego się pisze, a co innego należy czytać. W światowej prasie, na przykład, popularnością cieszyło się stwierdzenie "polskie obozy koncentracyjne", co, zdaniem tłumaczących się dziennikarzy, nie miało oznaczać, że obozy były "polskie", ale że były... "polskie". Czyli, że postawiono je na polskiej ziemi, a nie na przykład na ziemi greckiej czy chińskiej. A postawili je, oczywiście, naziści. Niektórzy doszli więc do wniosku, że najlepiej byłoby pisać "polskie nazistowskie obozy koncentracyjne", a każdy sobie odczyta to już, jak tam sobie chce. Dla objaśnienia zawsze można dołączyć symbol orła białego przepasanego brunatną flagą albo ze swastyką w dziobie.
Tak czy owak, powyższa sytuacja dowodzi, że nie tylko polski jest trudnym językiem, ale również we francuskim czy rosyjskim dystans między tym, co się pisze, a tym, co się czyta, jest zadziwiająco duży i bez odpowiedniego przygotowania hermeneutycznego nie da rady. Równie trudny jest też język europejski, w którym spisana została konstytucja Europy. Co prawda, na pierwszy rzut oka przypomina on mowę synów Albionu, ale tylko na pierwszy rzut, bo kiedy zacznie się go przekładać np. na polski, to wychodzą bzdury i pojawia się masa błędów. A skoro tak, to nasuwają się podejrzenia, że oryginał wcale nie został spisany po angielsku, tylko w jakimś nowym, tajemniczym dialekcie, czymś w rodzaju pidgin bądź grypsery. Być może, z tego powodu trudno było posłom Parlamentu Europejskiego ustalić, kogo winić za obozy.
Zaproponowano wyjście najprostsze, to znaczy postanowiono, w duchu ekumenizmu, pojednania, tolerancji oraz zgodnie z panującą już świecką tradycją napisać, że chodzi o "polskie obozy koncentracyjne", dodając, że nikt nie ma się prawa obrażać na to sformułowanie, gdyż odnosi się ono nie do tego, "czyje one były" czy też "jakie", lecz określa ich położenie. Kiedy nasi posłowie w Parlamencie Europejskim zaprotestowali, najpierw zrugano ich za typowe polskie chamstwo, a potem pogłaskano po główkach i wyjaśniono niczym tępym uczniom, że w obcych językach słowo "polski" może pełnić rolę okolicznika miejsca. I po co się, głuptasy, obrażać.
Nasi jednak okazali równie mało zrozumienia, co taktu, i zaproponowali, żeby napisać o "niemieckich" obozach koncentracyjnych, zaznaczając, że w tym wypadku chodzi właśnie o to, czyje one były. Na to ostro zareagował kombatant maja '68 Daniel Cohn-Bendit, twierdząc, że tak przecież nie można, bo de facto obozy zbudowali naziści, a przecież nie wszyscy Niemcy byli nazistami. Była to błyskotliwa riposta i trzeba przyznać, że "Czerwony Danny", który na starość zaczął przybierać kolor zepsutego mięska, stając się "Zielonym Dannym", wykazał się tu nie lada sprytem. Jeśli bowiem chodzi o nazistów ? a także faszystów ? są to ludy równie tajemnicze, co starożytne plemię Chazarów: nikt nie wie skąd się wzięli i dokąd poszli, ale wszyscy straszą nimi dzieci. Całe chmary młodzieży walczą z faszyzmem, gwiazdy estrady i filmu sprzeciwiają się zagrożeniu nazizmem, same te słowa jednak, zależnie od okoliczności, mogą znaczyć różne rzeczy.
W tym wypadku dobrze więc wiedzieć, jaka jest aktualnie ustalona poprawna linia egzegezy, żeby czasem nie palnąć, że cały ten nazizm to nic innego jak "narodowy socjalizm". Naziści bowiem, jak powszechnie twierdzi, to przedstawiciele skrajnej prawicy, a jeśli ktoś się dziwi, jak socjalizm może być prawicowy, niech pamięta o tym, że Ziutek Słoneczko zależnie od koniunktury bywał Ojcem Narodów albo Tyranem. Czerwono-Zielony Danny wie o tym dobrze, bo od małego studiował dialektykę i to nie tylko w wersji marksistowsko-leninowskiej, ale również w jej chińskim wariancie. A dzięki dialektyce, jak wiadomo, można w ramach danej teorii wypowiedzieć dowolne twierdzenie i równocześnie mu zaprzeczyć, a spójność teorii na tym nie ucierpi. Na przykład, na pytanie, czy baza zawsze kształtuje nadbudowę, odpowiada się, że owszem, zawsze, ale niekiedy jest na odwrót. To się nazywa determinacja w ostatniej instancji. Socjalizm zatem w pewnych okolicznościach może być doktryną postępowej lewicy, a w innych staje się ideologią skrajnej prawicy, dziedzic Pruski nie jest pruski, a nazistowskie obozy są polskie.
Ale swoją droga niezależnie od tego, czy narodowy socjalizm uznamy za lewicowy czy prawicowy, powstaje pytanie, jakiej właściwie narodowości byli ci narodowi socjaliści, którzy budowali w Polsce obozy. Wiadomo, że socjaliści narodowości rosyjskiej również budowli obozy, ale przede wszystkim u siebie, z uwagi na sprzyjający klimat i dostatek miejsca. Natomiast można przypuszczać, że socjaliści z Chin i Kambodży, bez wątpienia specjaliści od obozownictwa, nie zapuszczali się aż tak daleko.

(?)
Damian Leszczyński
Wyświetlony 5699 razy
Więcej w tej kategorii: « Krótko Krótko »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.