wtorek, 31 sierpień 2010 20:11

Moje nazwisko na "Liście Wildsteina"

Napisał

Zawsze byłem zwolennikiem pełnej lustracji. Przede wszystkim uważam, że powszechnie dostępna powinna być informacja o każdej osobie pełniącej dziś funkcje publiczne, a w przeszłości pracującej lub współpracującej z SB. Taka przeszłość zresztą nie zawsze jest dyskwalifikująca. Był przecież ktoś taki, jak major Hodysz, i byli tacy, którzy zaraz po uwolnieniu ostrzegali: "Zrobiono ze mnie agenta". Wystarczyło takie wyznanie w odpowiednim czasie, by pomimo złożonych podpisów- pozostać człowiekiem bez skazy.

Dopuszczenie przez kontraktowy parlament i rząd Mazowieckiego do spalenia znacznej części archiwów bezpieki oceniam jako hańbę kładącą się długim cieniem na Trzeciej Rzeczypospolitej. Kolejne stadia patologii, jakimi wykwita nasze życie polityczne i gospodarcze, mają korzenie właśnie w tym faryzejskim akcie, który najdelikatniej nazwać można kunktatorstwem, krótkowzrocznością lub fałszywym miłosierdziem. Odcięcie przeszłości grubą kreską pozwoliło szpiclom przybierać pozy bohaterów, gotowych na każdą podłość, umożliwiło piastowanie godności wymagające najwyższych moralnych kwalifikacji.
W 1989 r. zlekceważono opinie, według których służby specjalne niepodległej Polski nie mogą mieć korzeni w PRL-u, że trzeba budować nowe ? od podstaw. Dziś widać coraz jaskrawiej, że rozsadnikiem wszystkich megaafer jest FOZZ ? zorganizowany przez komunistyczną agenturę rabującą olbrzymie kwoty, perfekcyjnie zacierającą ślady i pączkującą kolejnymi działaniami wyniszczającymi państwo. Zaniechanie lustracji jest jak wszczepienie do organizmu złośliwego nowotwora. Rak ten nie próżnował przez minione 15 lat ? wypromował skorumpowane elity, politykę i gospodarkę pokrył sieciami mafijnych powiązań. Coraz skuteczniej zabija nadzieję na dobrą przyszłość kraju, wiarę w sprawiedliwość i istnienie fundamentalnych wartości. Część winy za ten stan obciąża sumienia elit, które przyzwoliły na palenie teczek, wyśmiały informacje o tym, że ich kopie znajdują się w Moskwie, budowały służby specjalne RP na bazie PRL-owskiej bezpieki i podległego Sowietom wywiadu wojskowego.
Obrona dostępu do archiwów osiągnęła jakieś niebotyczne piętro hipokryzji, z którego głoszona jest idea zatajania przed społeczeństwem prawdy o jego własnej przeszłości. Żaden z wielkich problemów Polski nie dostąpił takiego zaangażowania, jak obrona dóbr tych, którzy działali przeciw społeczeństwu, łamali losy najszlachetniejszych jego członków, a obecnie cieszą się przywilejami. Antylustratorzy często powołują się na swoje zasługi i ofiary. Lecz zwykle należą do zbratanych z ludźmi dawnego reżimu, co w mniejszym czy większym stopniu zapewniło im sukces i pozycję. Może dlatego tak łatwo zapominają o jakże licznych, rzeczywiście skrzywdzonych przez reżim. Reżim, który bez agentów nie mógłby istnieć.
Opublikowanie tzw. Listy Wildseina niektórzy przeżywają jako pewien osobisty dyskomfort. Może on jednak wynikać wyłącznie z niezrozumienia sytuacji ? potęgowanego przez antylustracyjne lobby. Zapewne licząc na ułomność inteligencji czytelników, głoszone są relacje z wykreowanych tragedii, mających wynikać z odnajdywania siebie lub znajomych na internetowej liście. Przywoływany jest jakże nietrafny przykład otwarcia teczek w byłej NRD. We wschodnich Niemczech inwigilacją objęty był co trzeci obywatel. Już same rozmiary spisów agentów świadczą o tym, że gangrena bolszewizmu nie osiągnęła u nas podobnego stadium. Otwarcie teczek nie zdeprecjonuje naszych narodowych osiągnięć i nie przekreśli faktu, że przez doświadczenia komunizmu, tak samo jak i II wojny światowej, Polska przeszła zachowując więcej godności, niż ktokolwiek inny. Na pewno archiwa kryją wiele bolesnych prawd. Ale nie zmienią one prawdy nadrzędnej, że kolejny raz to nasza ojczyzna stawiła tyranii opór najtwardszy, a kolaboracja miała zakres najwęższy.
Już minimalna wiedza na temat wydarzeń związanych z "listą Wildsteina" daje pewność, że nikt nie powinien czuć się pomówiony. Jest ona jedynie spisem katalogowym złożonym zarówno z pracowników, agentów, jak i prześladowanych przez SB. Nikomu nie odbiera dobrego imienia, a z samej statystycznej zasady ? też de facto nie wskazuje na nikogo. Zawiera bowiem ćwierć miliona pozycji. A są przecież nazwiska, które należą nawet do ponad dwustu tysięcy żyjących dziś Polaków. Może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w latach 1944-89 żyło w naszym kraju ok. 200 tysięcy Wiśniewskich, ponad 250 tysięcy Kowalskich i pół miliona Nowaków! Według książki J.M. Zawadzkiego pt. 100 najpopularniejszych nazwisk ? żyje w Polsce np. prawie 26 tysięcy osób noszących nazwisko identyczne z moim, a blisko sto innych występuje jeszcze częściej. Więcej niż jedna trzecia obywateli naszego kraju nosi jedno z tysiąca najczęściej powtarzających się nazwisk. Nawet tych, którzy mają nazwiska stosunkowo rzadkie ? niezaliczające się do tysiąca najczęściej się powtarzających ? często jest nawet około pięciu tysięcy! Ci, którym zdaje się, że nazywają się zupełnie wyjątkowo, mogą się rozczarować. W blisko czterdziestomilionowym kraju naprawdę trudno jest zwać się tak, by przynajmniej setki innych nie podpisywały się identycznie. Na podstawie samej katalogowej listy IPN-u nie sposób zidentyfikować czyjejkolwiek, nawet hipotetycznej tożsamości.

(?)

 

 

Artur Adamski
Wyświetlony 5432 razy
Więcej w tej kategorii: « List Stowarzyszenia KoLiber Krótko »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.