wtorek, 31 sierpień 2010 20:14

Fałszywe ścieżki pamięci

Napisane przez

Podobno każde pokolenie ma prawo napisać na nowo historię swojego narodu. Takie uprawnienie ma wynikać z przyrastających naukowych odkryć, badawczych uściśleń, a także nowych kontekstów, rodzących się z doświadczeń kolejnych generacji. Przynajmniej części tych założeń nie sposób odmówić racji. Zarazem trudno wyzbyć się niepokoju o to, czy nowe opisy dziejów zachowają elementarną prawdę.

W szkolnych czasach rozczytywałam się w książkach podróżniczych. Poznałam wtedy m.in. dzieje włoskiego polarnika Umberto Nobilego. W 1928 roku dowodził on sterowcem "Italia", który rozbił się w pobliżu bieguna północnego. Jak później jednoznacznie stwierdziła komisja lotnicza, całkowita wina za katastrofę leżała po stronie Nobilego. Na poszukiwania rozbitków niezwłocznie wyruszyło wówczas 16 statków i 21 samolotów. Ok. 1500 ludzi pospieszyło z pomocą psimi zaprzęgami. Nie obyło się bez ofiar wśród ratowników ? wtedy właśnie zginął m.in. Roald Amundsen (pierwszy zdobywca bieguna południowego skądinąd był też antagonistą i rywalem Nobilego). Wycieńczoną załogę włoskiego aerostatu odnalazł szwedzki pilot Einar Lundberg. Dowódca nieszczęsnych polarników miał wojskowy stopień generała, tym bardziej czuł się więc uprawniony do wydania im rozkazu pozostania na miejscu. Postanowił ratować jedynie własną skórę, odlatując samolotem Szweda i nie troszcząc się o los swoich towarzyszy. Nobile miał też szczęście żyć po tej katastrofie jeszcze 50 lat i doczekać śmierci wszystkich uczestników akcji ratowniczej. Kiedy żadnego ze świadków nie było już wśród żywych, wydał wspomnienia, w których eksponował własny heroizm i dowodził np. wyższości swoich osiągnięć nad dokonaniami Roalda Amundsena. Kiedy poznałam historię Nobilego, przeraziła mnie ona na dwa sposoby. Pierwszy wynikał oczywiście z haniebnego zachowania wobec ludzi, za których był odpowiedzialny. Drugi ? uświadomił możliwość najbardziej bezczelnego zakłamywania przeszłości wtedy, gdy jej świadkowie położą się do grobów. Pół biedy, gdy chodzi o stricte naukowy aspekt historii. Jego jakości strzegą specjaliści, archiwa, instytucje i utrwalone przekazy. Ważniejsze jest jednak społeczne "życie" historii ? powszechna wiedza i poglądy, fakty odciśnięte w świadomości milionów przez wpływ szczególnie rozreklamowanych książek i filmów, szkolne programy nauczania, głośne ekspozycje muzealne, pomniki wielokrotnie pokazywane w mediach i będące celami wycieczek.
Właśnie mamy czas, w którym przemija ostatnie pokolenie uczestników wojny. Niektórzy członkowie narodu ówczesnych agresorów, od 60 lat pielęgnujący i nagłaśniający swoje poczucie niezawinionej krzywdy, rutynowo i bezceremonialnie korzystają z okoliczności, że ofiary ekspansji ich państwa oraz zbrodni dokonywanych w jego imieniu ? niewspółmiernie częściej już od czasu wojny leżą w grobach. Na naszych oczach kruszeją, a coraz częściej wręcz znikają, miejsca pamięci świadczące o najbardziej znaczących faktach z przeszłości. Równocześnie przestrzeń zapełnia się nowymi monumentami ? bywa, że świadczącymi o sprawach istotnych i potrzebnymi po to, by świadomość przeszłości była kompletna. Często jednak jest tak, że nowe pomniki czy publikacje dokonują przestawienia akcentów nie tylko w topografii, ale i w społecznej świadomości, rozmydlają, a nawet fałszują historię.
Działający w parlamencie Saksonii klub poselski NPD złożył wniosek, by izba przyjęła rezolucję określającą bombardowania niemieckich miast w czasie wojny jako zbrodnię równą z holocaustem. Za to wtedy, gdy przy okazji kolejnej rocznicy parlament czcił minutą milczenia ofiary Trzeciej Rzeszy, dwunastu posłów NPD demonstracyjnie opuściło salę obrad. Czyli ? zdaniem jakiejś grupy wyborców ? Niemcy polegli w czasie wojny wywołanej przez ich ojczyznę zasługują na cześć, której odmawia się tym, których z niemieckich rąk spotykała masowa zagłada. To już nie tylko zabieg w celu zrównania wartości cierpień po stronie ofiar i katów. To już próba nadania państwowego mandatu następnemu posunięciu ? zlekceważeniu pamięci ludobójstwa dokonanego przez swych przodków, podczas gdy eksponowana i kultywowana jest pamięć własnych, oczywiście niezawinionych ofiar.
Niedawno Komitet Oświęcimski sporządził raport na temat stanu muzeum obozu Auschwitz. Wskazał m.in. na to, że znaczna część budynków popada w ruinę i giną eksponaty. Przepadła część przedmiotów zrabowanych więźniom. Wcześniej sterty okularów i butów dawały wyobrażenie skali dokonanej w Auschwitz zagłady. Teraz jedynie mała ich część znajduje się w gablotach. Zmienił się też historyczny stan gabinetu komendanta obozu. Zniknął z niego portret Hitlera, książki i gazety wskazujące na korzenie rozegranego tu ludobójstwa. W efekcie obcokrajowiec, który czytał o "polskich obozach koncentracyjnych", nawet po zwiedzeniu największego z nich może nie zweryfikować kolportowanego w świecie oszczerstwa. Już dziś nie należą do rzadkości, stawiane przez cudzoziemców przewodnikom po Auschwitz, pytania w rodzaju: Dlaczego Polacy to zrobili i jak się czują po dokonaniu tak masowych, odrażających zbrodni?
Kilka miesięcy temu renomowane wydawnictwo Ludwig Konemann wydało album zawierający fotografie z getta. Czy podpisanie ich Warschau 1938 było dziełem pomyłki czy może rodzajem rekonesansu, mającego przynieść odpowiedź na kwestię ? czy już można skutecznie przemycać do świadomości informację, że Polacy więzili Żydów w głodowych dzielnicach na długo przed wybuchem II wojny? Powielanie historycznych przekazów według konsekwentnego schematu przemilczeń i akcentów przekłamujących przynosi oczekiwane skutki. Z bawarskich lekcji historii uczniowie dowiadują się, że sprawcami zbrodni (dokonywanych zresztą niemal wyłącznie na Żydach) byli odarci z narodowego kontekstu "naziści". Za to wypędzenia cierpieli Niemcy z rąk Polaków czy Czechów. Czyli ? gdzie to jest wygodne ? narodowość wskazuje się konkretnie. Slogan o Wrocławiu jako największym w dziejach mieście opróżnionym z mieszkańców jest przyjmowany jak prawda objawiona, gdyż mało kto wie o tym, jaki los jesienią 1944 r. zgotowano dwukrotnie większej Warszawie.
Kłamstwa o polskim współudziale w holocauście to także zasługa niektórych wytworów np. amerykańskiej kultury ? zrodzonych, być może, z wyrzutów sumienia skutkujących, świadomym lub nie, mechanizmem przerzucania winy. W powieści Wiliama Styrona Wybór Zofii (a także w filmie Alana Pakuli pod tym samym tytułem) występuje postać polskiego profesora postulującego eksterminację Żydów. Styron zadał sobie sporo wysiłku, by odnaleźć wśród polskich międzywojennych naukowców równie niedorzeczną postać, która mogłaby posłużyć mu do napisania utworu o odpowiedniej wymowie. Podziwu godny trud! Imponujący, zwłaszcza że w sąsiednim kraju miał do wyboru całe zastępy jeszcze bardziej antysemickich profesorów (nawet utytułowanych nagrodami Nobla!) i to skupionych w tuzinach instytutów zajmujących się wyłącznie eksterminacyjnymi strategiami. Zarówno książka, jak i film zyskały wielki rozgłos. Meryl Streep za rolę córki polskiego profesora ? architekta zagłady Żydów ? otrzymała Oscara. W amerykańskim eposie filmowym pt. Holocaust także jest znamienny moment ? może nie z kategorii jednoznacznego kłamstwa, ale wyraźnej insynuacji. Przedstawia on scenę, w której zniechęconych egzekucjami esesmanów ochoczo zastępuje świeżo przybyły pluton, tajemniczy, acz odziany w swojsko dla nas skrojone mundury i... rogatywki. Lista Schindlera jest wielkim dziełem sztuki filmowej. Prawdziwym majstersztykiem jest w nim jednak dopiero połączone z paroma scenami ostatnie zdanie ? tak mistrzowsko pokrętne, że rodzące wniosek, iż jeden Niemiec uratował więcej Żydów, niż wszyscy Polacy razem wzięci.
Trudno, by powieściowe bestsellery i największe hollywoodzkie superprodukcje nie przyniosły odpowiednich skutków w potocznej świadomości. Kalifornijscy studenci, pytani o narodowość nazistów, częściej wskazywali na Polaków niż Niemców. Pozostaje pytanie o przyczyny takiego postrzegania. Może jest to efekt tego, że opinie konstruowane nad Renem brzmią donośniej od dokumentów znad Wisły? Może nie jest bez znaczenia także to, że mieszkańcy USA (jeśli oddzielnie liczyć pochodzących z Anglii i Irlandii) w największej części wywodzą się od przodków przybyłych z krajów niemieckich? Przypomnijmy, że kiedy powstawały Stany Zjednoczone, jednym tylko głosem język angielski wygrał z niemieckim, gdy zapadała decyzja ? który z języków ma być urzędowym. Główne podłoże sugestii służących obciążaniu Polski cudzymi winami leży chyba w politycznej historii II wojny światowej. Amerykańskie bombowce potrafiły w 1944 r. niszczyć cele przemysłowe w całej Europie. Nie zrobiły jednak nic, by zakłócić spokojną pracę fabryki śmierci w Auschwitz. Właśnie z nadzieją na wyszczerbienie trybów tej potwornej machiny dał się w obozie uwięzić rotmistrz Witold Pilecki, a Jan Karski, wraz z innymi żołnierzami AK, narażał życie, wioząc plany i wskazania celów, których zniszczenie powstrzymałoby ludobójstwo. Nie było też najwygodniejsze dla amerykańskiej polityki przypominanie o zbrodniach kraju, którego zachodnią część odbudowywano w znacznej mierze na koszt własnych podatników. Nieco wstydliwe musiało być też powoływanie kadry Wehrmachtu na dowódców nowej sojuszniczej armii i zapraszanie do współpracy np. konstruktora rakiet V-1 i V-2 ? Wernera von Brauna. No i wreszcie ? po co dobrze mówić o sojuszniku, którego sprzedało się Stalinowi w Jałcie?
W większości kościołów za naszą zachodnią granicą znajdują się tablice z nazwiskami parafian, którzy nie przeżyli wojny. Zgodnie ze statystykami niemieckich strat w latach 1939-45, w większości nie są to ofiary cywilne. Miejsca śmierci wskazują, że chodzi o żołnierzy poległych w czasie podbijania innych krajów. Ten sposób oddawania czci zabitym imponuje powszechnością i monumentalizmem. Zarazem skutecznie buduje poczucie przynależności do wspólnoty ofiar. Regułą jest wykuta w marmurze pamięć o współziomkach, którzy oddali życie na dalekich frontach, przy nikłej lub żadnej świadomości nieszczęść, jakie wojskowe formacje złożone z tychże przodków i krewnych rozniecały. W naszym kraju nie ma zwyczaju tak pieczołowitego utrwalania wojennych cierpień, choć moralny wymiar polskich ofiar należy do całkiem innego świata. Skoro jednak już o kościołach mowa ? przypomnieć się godzi choćby zamordowanych kapłanów. Do ponad tysiąca naszych świątyń nie powrócili duchowni zamordowani w obozach. Wojny nie przeżył co piąty polski ksiądz. W ilu kościołach w jakikolwiek sposób utrwalono ich pamięć? Niemieckiemu proboszczowi wrocławskiego kościoła św. Elżbiety postawiono pomniki ? w sercu stolicy Dolnego Śląska i w Berlinie. Ilu spośród dwóch tysięcy polskich księży zamordowanych w Sachsenhausen, Dachau czy Ravensbrück ma gdzieś jakikolwiek kamień z napisem?

(?)

 

 

Grażyna Ślęzak
Wyświetlony 5154 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.