piątek, 24 wrzesień 2010 10:36

Konwencja demokratów

Napisane przez

Co zrobić żeby wygrać wybory? Trzeba pokazać swoje sukcesy, porażki strony przeciwnej lub najlepiej: jedno i drugie. Pokazać? Czy może raczej przekonać obserwatorów do swoich racji, aby przyjęli przedstawiony punkt widzenia? I uczynić to w taki sposób, żeby nawet tych, których do tej pory świat polityki niezbyt obchodził, przekonać do postawienia krzyżyka we właściwym miejscu. Bowiem losy wyborów, których wynik może być bliski - a na takie zanosi się obecnie - często zależą właśnie od wyborców niezdecydowanych.

W ostatnich dniach lipca (26-29), w Bostonie, Massachusetts, Partia Demokratyczna zorganizowała swoją konwencję wyborczą. Cel był jasno określony: 20 stycznia 2005 r. to John Kerry powinien być nowym Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Zadanie niełatwe, bowiem George Bush wcale nie chce odchodzić. Jego polityka przysporzyła mu jednak wielu zaciekłych przeciwników, wyraźnie polaryzując amerykańską scenę polityczną. Ale i zwolennicy też nie śpią. Tak często bywa w przypadku polityków mających czytelne wizje.
Niniejszy artykuł nie jest krytyką demokratów i ich show. Nie jest też elementem zachwytu nad technikami ich przekazu. Za miesiąc podobny spektakl będzie toczył się z przeciwnej, republikańskiej strony. Zapis ten jest jedynie refleksją nad sposobami przekazywania obrazów, nastrojów, komunikatów oraz tworzenia atmosfery, która ma wpłynąć na wyborców (Polska nie jest tu wyjątkiem). Oczywiście, tytułowi delegaci konwencji, którzy przybyli w liczbie 4.353, swojego kandydata już mają. Jednak oprócz nich przekazy ? choćby mimochodem ? docierają do innych. I głównie o nich toczy się gra.
Czymś oczywistym jest, że kreowanie obrazu musi kosztować. Formalnie celem konwencji jest nominacja kandydata partii do wyborów. Jednak efekt rozmachu też jest ważny. Nie dziwią zatem środki techniczne i nakłady, jakie powzięto: wielkie plazmowe ekrany, scena, która może jednorazowo pomieścić ponad 200 osób, elektroniczny system głosowania dla delegatów itp. Według "RollCall" ? kongresowej gazety ukazującej się cztery razy w tygodniu ? szacunki kosztów w czerwcu tego roku obejmowały kwotę 70 milionów dolarów (niespełna dwa lata wcześniej zakładano jeszcze wielkość 64,5 mln). Pewną ironią jest fakt, że dzieje się to w czasie, kiedy, jak podaje to samo źródło, zainteresowanie publiczne konwencjami partyjnymi słabnie.

Dzień 1
Każdy dzień konwencji to jedna odsłona, z wspólnym tematem. Pierwszy to Plan ekipy Kerry-Edwards na przyszłość Ameryki. Zaczęło się jednak od nawiązania do przeszłości, dokładniej sprzed czterech lat. Wystąpił Al Gore, kandydat demokratów z 2000 roku, który ? po kontrowersjach na Florydzie oraz sporach sądowych, włączając rozprawy w Sądzie Najwyższym USA ? przegrał wybory. Sama procedura trwała ponad miesiąc. Demokraci mieli poczucie (niezasłużonej) przegranej. Niektórym sam Gore nie kojarzy się pozytywnie. Jego klarowne przesłanie było utrzymane w poprawnym PR-owskim duchu. Na tym właśnie polega cały kunszt przekazu: być dosadnym bez uwikłania się w zarzut jednostronności. Przecież wiadomość idzie też do niezdecydowanych wyborców środka. Gore zaapelował, aby upewnić się, że tym razem każdy głos będzie się liczył. Zwrócił się z retorycznymi pytaniami: Czy naprawdę dostaliście to, czego oczekiwaliście od kandydatów [w wyborach 2000]? Czy oczekiwaliście największego deficytu w historii? Zwracając się do popierających kandydatów trzecich partii pytał: Czy wciąż sądzicie, że nie było większych różnic między kandydatami? W przekonywaniu trzeba też czasami użyć humoru, szczególnie kiedy ? jak w przypadku Gore'a czy Kerry'ego ? jest się oskarżanym o sztywniactwo. Mówiąc o kulejącej ? jego zdaniem ? gospodarce, użył słów: byłem pierwszym, którego zwolniono. Dalej, jak w większości wystąpień mieliśmy pochwały Johna Kerry'ego.
W amerykańskiej polityce istnieje zasada, że polityka kończy się wraz z brzegiem wody (politics stops at water's edge). Oznacza ono, że poprzednie administracje, w tym prezydenci, z rzadka krytykują się publicznie. Obecnie, na spolaryzowanej scenie politycznej i przy wielkich różnicach w ocenach, siłą rzeczy, jest to ograniczone. Do znacznych krytyków obecnej administracji Busha należy Prezydent Carter. Nazywam się Jimmy Carter i nie kandyduję na urząd prezydenta, było zarówno nawiązaniem do własnej przeszłości, jak i sugerowało dystans do bieżącej polityki. Dalsze słowa były krytyką obecnej linii oraz promocją praw człowieka (Carter otrzymał pokojową nagrodę Nobla w 2002 r. w zasadzie za obydwie rzeczy). Kiedyś byliśmy pewni, że prezydenci nie zawiodą nas w sprawach dotyczących bezpieczeństwa narodowego [mając na myśli Trumana i Eisenhowera, demokratę i republikanina] (...) Prawda jest fundamentem globalnego przywództwa (...) Pozostawiono nas w izolacji, stanowimy łatwy cel. Była także krytyka wojny wyprzedzającej ? nowej doktryny Busha.
Jak w każdym show, napięcie musi rosnąć. Gwiazdy przedstawiane były przez rodziny i znajomych. Billa Clintona ? którego umiejętność kontaktu ze słuchaczami dała znać o sobie i tu ? przedstawiła żona, obecna senator z Nowego Jorku, Hillary Clinton. Wspomniała przy okazji o lansowanych kwestiach bezpieczeństwa narodowego i opiece medycznej, której projektu nie udało jej się przeforsować jako Pierwszej Damie w poprzedniej administracji. Bill Clinton ironicznie skupił się na krytyce obecnych rządów, poruszając chwytliwy temat: obniżkę podatków dla 1% najbogatszych Amerykanów, do których i on się obecnie przyznał. Przedstawił wizję, że to klasa średnia owe obniżki opłaca. Przywołał historię, wykorzystując zbieżność imion: John Adams, John Kennedy, teraz John Kerry (na dodatek kandydat na wiceprezydenta to John Edwards). Clinton przedstawił obecną administrację jako radykalną. Republikanie sądzą, że Ameryka powinna być prowadzona przez właściwych ludzi ? ich ludzi (...) Ponieważ większość Amerykanów nie jest tak bardzo prawicowa, nasi przyjaciele muszą prezentować nas, demokratów jako nieodpowiednich (...) Innymi słowy, oni potrzebują podzielonej Ameryki. Operując zręcznie statystyką, były prezydent wykazywał problemy obecnej administracji: policja, bezpieczeństwo, edukacja, deficyt budżetowy. Jeśli zgadzacie się z tym, z całych sił, głosujcie na republikanów. Wystąpienie było bardzo dobrze przyjęte. Być może, dlatego odbyło się pierwszego dnia, aby Clinton nie przyćmił blaskiem obecnego kandydata demokratów. Z punktu widzenia tworzenia klimatu warta odnotowania jest obecność aktorki Glenn Close, której przypadła rola prezentacji smutnych wspomnień 11 września.

Dzień 2: Moc i służba w całym życiu
Jak podaje stacja FoxNews, wtorek to często "cichy" dzień konwencji. W tym przypadku upłynął on w duchu liberalnym (w słowniku amerykańskim, czyli lewicowym po polsku). Działo się tak za sprawą mówców wystawionych tego dnia.
Jednym z nich był senator z Massachusetts, Edward (Teddy) Kennedy o wyraźnych, lewicowych poglądach. Zaczął od historycznego nawiązania do Bostonu, gdzie każda ulica należy do historii. Aby zmienić obraz rządu, użył nazwy Mała Grzeczna Tea Party (nawiązanie do Boston Tea Party, 1773 ? buntu ówczesnych kolonii przeciwko królowi Anglii, nb. George'owi). Przedstawił Amerykę jako umowę. Tak było, dopóki ta administracja nie złamała wypracowanego zaufania. Kennedy wspomniał Johna Adamsa i jego motto z Białego Domu: Modlę się do nieba o błogosławieństwo dla tego domu i wszystkich, którzy będą go zamieszkiwać. Oby nikt, prócz uczciwych i mądrych, nigdy nie rządził pod tym dachem. Kennedy skonkludował: W listopadzie sprawimy, że te słowa ponownie zabrzmią prawdziwie. Górnolotne i mocne słowa. W komentarzu ze studia PBS relacjonujący wydarzenie Richard Norton Smith z Prezydenckiej Biblioteki Lincolna zauważył, że mówienie o dynastycznych zapędach jest swoistą ironią, kiedy nosi się nazwisko Kennedy.
Wśród wtorkowych mówców był też jeden z najbardziej lewicowych kandydatów z prawyborów Howard Dean (jak zwykle, wszyscy dawni kontrkandydaci udzielili poparcia Kerry'emu). W lipcowej debacie z kandydatem partii trzeciej, Ralphem Naderem ? znanym z ruchu konsumenckiego i z zagorzałej krytyki obydwu partii ? Dean próbował nakłonić go do wycofania swojej kandydatury, aby głosy oddane na niego nie zaszkodziły Kerry'emu (po polsku znamy to zjawisko pod nazwą "rozdrobnienie elektoratu"). Ron Reagan junior, 46-letni syn zmarłego niedawno prezydenta, wystąpił z niepolitycznym ? jak to określił ? wezwaniem w obronie badań nad komórkami macierzystymi, publicznego finansowania których odmówił obecny prezydent.

(?)

 

Marek Janik
Wyświetlony 7274 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.