czwartek, 30 wrzesień 2010 08:08

Czesław Sawko - duma polskiego Chicago - Indywidualności Polonii amerykańskiej

Napisane przez

Czy istnieją jeszcze ludzie sukcesu, o których można pisać i mówić z pełnym przekonaniem o ich wyjątkowości? Tacy, których pozycja zawodowa, zdobyty majątek i środowiskowy prestiż budzą powszechny szacunek i uznanie, a nie zawiść? Czy w naszych czasach tylu wątpliwych karier i podejrzanych fortun, afer i skandali, istnieją jeszcze Polacy, których dałoby się, bez rozterek sumienia, przedstawiać z dumą ogółowi i wręcz stawiać ich za moralny wzór?

Smutne, że przyszło nam żyć w epoce tak powszechnie odczuwanych wątpliwości, kryzysu wiary w czyste intencje i uczciwe rezultaty. Wierzcie mi jednak, drodzy krajowi Czytelnicy, że w całej diasporze istnieją ważne wyjątki w regule, i nie są one bynajmniej odosobnione. Znajdują się, i to wcale licznie, wśród amerykańskiej Polonii!
Muszę podkreślić, że nie kieruje mną wcale wątpliwa intencja udowodnienia "wyższości emigracji nad rodakami, którzy pozostali w kraju". Nie mam takich zamiarów i nie wyznaję wcale takiej reguły. Polacy mogą po prostu wykazać się swymi dokonaniami wszędzie, gdzie rzucił (bądź pozostawił ich) los. Ale w środowisku amerykańskiej Polonii nie bez przyczyn znaleźć można wielu nadzwyczajnych rodaków, bo wywodzą się oni zwyczajnie z trochę innej formacji. Ameryka oferowała przez całe generacje przystań Polakom, którzy wskutek wirów dziejowych znaleźli się poza Polską. Żyją tu nadal ludzie z pokolenia, które naturalnie ominęło całą Polskę Ludową, a wychowane zostało na emigracji w zupełnie innym duchu i wartościach, "tamtej Polski", Niepodległej. Są to przede wszystkim dzieci wojny, te, które przeszły przez zsyłki syberyjskie i korpusy junackie II Korpusu Armii gen. Andersa, sierocińce w Afryce, Indiach czy Meksyku. Jednym z nich jest bohater tego opowiadania, Czesław Sawko, dziś wysoko notowany przedsiębiorca, milioner, ale także wyjatkowo hojny środowiskowy darczyńca, filantrop, ambitny inwestor w polski przemysł i gospodarkę.

Gwiazda solidarnościowego teletonu
Zetknąłem się z nim po raz pierwszy przed dwudziestu kilku laty, na wielkim teletonie w chicagowskim studiu telewizyjnym WGN, zbierającym pieniądze na pomoc dla "Solidarności". Byłem wtedy świeżym emigrantem i nowicjuszem w tym mieście, jak zresztą większość wolontariuszy pracujących tego wieczoru społecznie na rzecz sukcesu polskiego programu. Stawką było zebranie miliona dolarów, studio było zapełnione starą i nową Polonią, w zasięgu ręki znajdowały się wszystkie gwiazdy tutejszej Polonii: Roman Puciński, słynny miejscowy lider Kongresu Polonii Amerykańskiej, tak jak prezes ZNP i KPA, Alojzy Mazewski, super-star amerykańskich estrad, Bobby Vinton oraz demonicznie ucharakteryzowany i ubrany Stan Borys. Czesław Sawko wraz z bratem Mieczysławem mieli niezapomniane wejście: dali nie tylko największy czek, i tym "uratowali honor Polonii", ale zrobili też najlepsze wrażenie ze wszystkich gości. Nic dziwnego, że zaintrygowała mnie od razu jego postać. Kim jest ten szpakowaty, świetnie prezentujący się polonijny przedsiębiorca? Pierwszych informacji dostarczył mi na miejscu nie kto inny, bo sam legendarny Ref-Ren, Feliks Konarski (autor "Czerwonych maków na Monte Cassino"), którego miałem za sąsiada na tamtej imprezie. Opisałem to w mojej książce "Polskie Chicago, lata 80., lata 90.", wydanej niedawno w Toruniu, gdzie po wszystkie szczegóły, i wiele więcej ciekawych przyczynków, odsyłam.
Z tego, co wtedy na gorąco usłyszałem, zorientowałem się natychmiast, że życie Czesława Sawki stanowiło gotowy scenariusz filmowy, i gdyby tylko TV Polska interesowała się istotnie losami Polakow w świecie, dawno już powinien powstać obraz jego losów dla krajowej widowni, opisujący zarazem doświadczenia ogromnej części tamtego, szczególnego pokolenia. Urodzony w roku 1930, syn Juliana, gajowego z Kamiennego Mostu koło Wołkowyska, na dawnej Białostocczyźnie, w środowisku wojskowych osadników, którym za wierną służbę Ojczyźnie przyznano tam działki, miał rychło stać się świadkiem tragedii polskich kresów. Państwowa posada i patriotyczny rodowód plasował rodzinę Sawków na sowieckich listach pierwszej wywózki na Sybir. 10 lutego 1940 r., kiedy Czesław miał zaledwie 10 lat, o brzasku jego rodzinę wyciągnięto brutalnie z domostwa i pod sowieckimi bagnetami dołączono do transportu na Syberię. Wywieziono ich do posiołka Tuszyłowo, nad rzeką Oniega w obwodzie archangielskim, gdzie czekało ich życie w zbiorowym baraku i niewolnicza praca przy wyrębie drzew w tajdze. Nie mieli oni już w swoim życiu zobaczyć ponownie dawnych, rodzinnych stron…

Świadek wojennej tułaczki
Jesienią 1941 r., po zwolnieniu Polaków z sowieckich łagrów, Sawkowie z dziećmi wyruszyli w wyjątkowo długą podróż ku wolności. Podróż z Syberii do głównej bazy dystrybucyjnej w Krasnowodzku trwała całymi tygodniami, a pobyt w Uzbekistanie, gdzie musieli się zatrzymać, parę miesięcy. Dopiero w sierpniu 1942 r. zdołali się zabrać statkiem do portu Pahlevi w Iranie w ramach ewakuacji armii gen. Andersa i towarzyszących jej polskich rodzin z Syberii. Stamtąd trafili do Teheranu, a następnie do obozu przejściowego w Ahwazie, nad Zatoką Perską. Teraz droga wieść miała ich do Indii, a następnie ? przez rozległe oceany, Indyjski i Spokojny, aż do dalekiego Meksyku. Ojciec Czesława dowiedział się o istnieniu kolonii w Santa Rosa, gdzie alianci kierowali polskie sieroty, ale też i całe polskie rodziny.
Tym razem do Sawków uśmiechnęło się nieco szczęście: wiosną 1943 r. znaleźli się w upragnionym transporcie, a po długiej drodze morskiej z Bombaju do Los Angeles, a następnie pociągiem do Leon, w dalekim od frontów, egzotycznym Meksyku, w warunkach nader skromnych, ale bezpiecznych, dających na koniec nadzieję na przetrwanie tam cało do końca wojny. Interesującym zbiegiem przypadku, w tym samym obozie, gdzie 13-letni Czesław uczył się w polskiej szkole i został harcerzem, przebywała też pod opieką sióstr felicjanek jego przyszła żona, Stanisława Grodzka, której rodzina przeszła ogromnie tragiczną, dziesiątkującą bliskich, syberyjską gehennę...
W 1946 r., kiedy władze przystąpiły do ewakuacji osady Santa Rosa, rodzina Sawków odnalazła, szczęśliwie dla siebie, krewnych w Chicago, do których mogli teraz pojechać, dzięki uruchomionej akcji prezesa Karola Rozmarka i Kongresu Polonii Amerykańskiej, roztaczającymi wtedy opiekę nad wieloma dziesiątkami tysięcy rodaków pozbawionych dawnej ojczyzny i swego miejsca pod słońcem. Szesnastoletni Czesław po przybyciu do Ameryki musiał jednak zaraz zakasać rękawy i zabrać się za szukanie pracy. Znalazł ją najpierw w "Dzienniku Związkowym", ale nie w redakcji, lecz fizyczne zajęcie w obsłudze technicznej korporacji Alliance Printers.
Potem znaleziono mu miejsce w firmie chemicznej, Johnson & Johnson, wreszcie wylądował na nocnej zmianie w fabryce sprężyn Stanleya Dyby. Były to ciężkie, wyczerpujące zajęcia i trudne początki. Osładzała je tylko piłka nożna, w którą zaczął grać w polonijnym klubie "Eagles", za namową b. komisarza Okr. XV ZNP, Tadeusza Wachla. Nieoczekiwanie, w sierpniu 1951 r., powołano go do czynnej służby w armii amerykańskiej i w styczniu 1952 r. skierowano do Korei, gdzie toczyła się krwawa, ciężka wojna z komunistyczną Północą. Miał tam spędzić całe 11 miesięcy, a drugie tyle w mundurze, ale już w bazie wojskowej na kontynencie amerykańskim...

Ameryka należy do samodzielnych
W 1954 r. nastąpił kolejny etap zapuszczania korzeni w nową ziemię. Czesław Sawko zawarł małżeństwo ze Stanisławą Grodzką, którą poznał w Chicago, choć żyli obok siebie przez lata w kolonii Santa Rosa. Przyniosło mu ono niezawodnego partnera we wszystkich dalszych (także zawodowych) przedsięwzięciach, a także czwórkę udanych dzieci: trzech synów ? Jerzego, Marka i Pawła, oraz córkę, Julię. Wszyscy ukończyli wyższe studia i podjęli samodzielną pracę, a z czasem, w ostatnich latach, włączyli się aktywnie do kierowniczej pracy w firmach ojca, kiedy nabrały one rozmachu i stanowić mogły dla nich atrakcyjną przyszłość.
Kiedy się to wszystko dokonało? Otóż w roku 1959 pan Czesław podjął naprawdę odważną decyzję rozpoczęcia pracy "na swoim", pożyczając 5 tys. dolarów od rodziny, na zbudowanie podstaw samodzielnego biznesu. Znając głównie z doświadczenia w poprzedniej pracy technologię produkcji specjalistycznych sprężyn przemysłowych, wtedy wciąż jeszcze bez inżynierskiego wykształcenia ani dyplomu, przystąpił do skonstruowania własnych urządzeń i maszyn do produkcji owalnych sprężyn, potrzebnych w wielu zespołach mechanicznych ? od telefonii po przemysł samochodowy.

(?)
Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 6179 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.