czwartek, 30 wrzesień 2010 10:12

Zanim się roztopimy

Napisane przez

Dziadek opowiadał mi kiedyś lekcję historii, w której uczestniczył jako uczeń szkoły powszechnej. Było to w latach dwudziestych, a nauczyciel mówił o bitwie pod Termopilami. Zaszczepione wtedy przekonanie, że wrogom zagrażającym ojczyźnie stawia się opór, nie oglądając się na stosunek sił - zaowocowało po latach, kiedy jego pokolenie zostało poddane historycznej próbie. I jakże ważny był dla niego ten szkolny przekaz, skoro po ponad półwieczu lekcję o żołnierzach Leonidasa odtwarzał swojemu wnukowi.

 

Dziś w polskich szkołach już nie ma takich lekcji. A jeśli są ? stanowią wyjątek potwierdzający regułę. Zmniejszenie liczby godzin dydaktycznych przez rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego spowodowało, że od tego czasu zdecydowana większość uczniów ma tylko jedną lekcję historii w tygodniu. Jakikolwiek rzetelny kurs dziejów ojczystych i powszechnych, przy takim wymiarze godzin, może być tylko groteską. Twórczym nauczycielom pozostaje wybór między pobieżnym przekazaniem informacji o najważniejszych faktach a problemowym rozwinięciem wybranych, węzłowych zagadnień. Na realizację programu, któryby krzewił narodową świadomość, postawy obywatelskie i patriotyczne ? zwykle nie starcza już czasu. Funkcji okrojonego kursu historii przejąć ani wesprzeć nie mogą lekcje języka polskiego, gdyż od 1991 roku szkoły Rzeczypospolitej wyróżniają się najmniejszą liczbą godzin języka ojczystego w Europie.
Ostatnie lata zaznaczyły się pomnożeniem liczby stacji telewizyjnych i radiowych. Równocześnie jednak nastąpił zanik realizowanych przez te media funkcji edukacyjnych. Większość rozgłośni to dziś schlebiające najniższym gustom samograje z reklamami. Poza wyjątkiem dosłownie paru stacji ? odnalezienie jakiegokolwiek sensownego słowa mówionego w naszym eterze graniczy z cudem. Również kanały telewizyjne kontynuują wyścig w obniżaniu poziomu. Wyłuskanie z sieczki sitcomów, telenowel i teledysków czegokolwiek pozbawionego waloru odmóżdżania jest wyzwaniem dla wytrwałych. Tzw. telewizja "publiczna" służbę komunizmowi zamieniła bezpośrednio na zaprzedanie duszy fetyszowi "oglądalności". Stąd niemal wszystko, co wartościowe, skazane jest na zagładę. W najlepszym razie programy w rodzaju "Rewizji Nadzwyczajnej" czy "Dziejów kultury polskiej" są spychane na godziny, w których większość widzów śpi albo jest w pracy. W TVP na miano programów "misyjnych" zasługują mydlane opery traktujące głównie "o pośladkach Maryni", podczas gdy materiały o narodowej kulturze, tradycji, historii ? są marginalizowane i eliminowane. Z proporcji emitowanych filmów można odnieść wrażenie, że według zarządców "publicznej" telewizji bliżsi nam być powinni bohaterowie Little Big Horn czy obrońcy fortu Alamo, niż np. cichociemni albo lwowskie orlęta. Jakiś czas temu kilkanaście godzin najlepszej oglądalności przeznaczono dla emisji serialu dokumentalnego o wojnie secesyjnej. Wyprodukowany minimalnym kosztem opierał się na skromnym materiale fotograficznym i opatrywał komentarzem setki epizodów z różnych zakątków prerii. Czyż nie można zrobić czegoś takiego np. o powstaniu listopadowym? Gdyby Amerykanie czy Anglicy mieli w swych dziejach postacie tak wspaniałe i barwne, jak książę Józef Poniatowski, pułkownik Wieniawa, Piwnik "Ponury", Ignacy Domeyko albo choćby Beniowski ? o każdym powstałby niejeden serial.
(?)
Artur Adamski
Wyświetlony 4760 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.