czwartek, 30 wrzesień 2010 11:13

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

 

W "Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym" (nr 5) Marian L. Tupy, pracownik republikańskiego think-tanku Cato Institute, udziela wstępującym do Wspólnoty Europejskiej krajom Europy Środkowej i Wschodniej (CEEC) porad na temat polityki, którą powinny one przyjąć po akcesji.

Cóż więc mają czynić przyszli członkowie? Otóż muszą oni: 1) Tworzyć sojusze z państwami o bardziej liberalnej gospodarce: Harmonizacja uprawnień socjalnych i podatków bezpośrednich stanowi poważne zagrożenie dla CEEC. Na szczęście niektóre z obecnych państw członkowskich również wyrażają obawy co do socjalistycznych tendencji Brukseli [...] liderem bloku liberalnego musi zostać Wielka Brytania [...] stosunkowo wolny rynek brytyjski zapewnia temu krajowi wzrost, którego tempo konsekwentnie przewyższa Europę kontynentalną. Ponadto Brytyjczycy byli zawsze bardziej wyczuleni na kwestie opodatkowania i nieraz buntowali się, gdy podatki stawały się zbyt uciążliwe. Wydaje się więc mało prawdopodobne, by rząd brytyjski przystał na podatki dyktowane lub pobierane (albo jedno i drugie) przez Brukselę. 2) Nie pozwolić na przyjęcie Konstytucji opartej na uprawnieniach socjalnych [...]. W Brukseli, Paryżu i Berlinie dominuje tendencja, by w Konstytucję UE wbudować wiele elementów państwa dobrobytu. Konstytucja, jak często się słyszy, ma zagwarantować kontynuację "Europy społecznej". CEEC nie powinny ślepo podążać za przewodem państw zachodnich. Konstytucja UE będzie dokumentem wiążącym prawnie i egzekwowalnym, a za gwarantowane przez nią prawa trzeba będzie płacić [...]. CEEC powinny skoncentrować się na minimalizacji tych postanowień konstytucji, które zawierają kosztowne uprawnienia. 3) Strzec prawa weta i starać się o jego rozszerzenie: W przeszłości wszystkie decyzje UE były podejmowane przez konsensus [...]. Niestety, gdy CEEC przystąpią do Unii, możliwość wetowania w dziedzinie gospodarki i rozwoju będzie ograniczona do kwestii podatkowych. Nie można jednak lekceważyć faktu, że i owo "weto podatkowe" jest zagrożone [...] W przyszłości CEEC powinny również starać się o odzyskanie części utraconej suwerenności, m.in. w dziedzinie zatrudnienia, ochrony środowiska i polityki rolnej. 4) Zakończyć lub znacznie ograniczyć Wspólną Politykę Rolną [...]. CEEC powinny [...] naciskać na zniesienie WPR, a jeśli to się nie uda, na jej dogłębną reformę. Autor tychże analiz konkluduje w ostateczności, że kraje Europy Środkowej i Wschodniej mogą stać się motorem europejskiej reformy gospodarczej. Cóż, zdecydowana większość tych życzliwych porad jest trafna, słuszna i oczywista. Zastanawiające jest wszelako żywione przez Tupy'ego optymistyczne przekonanie, że choćby tak silnie zsocjalizowana, doszczętnie przeregulowana, dramatycznie zetatyzowana i dogłębnie przeregulowana Polska może zostać napędową siłą wolnorynkowej modernizacji w Unii Europejskiej. Jak to bywa z ekspertami z Cato Institute, ogólne idee są słuszne; ze szczegółową warstwą analiz jest zwykle, niestety, znacznie gorzej.

***
Dziennikarz "Nie" Henryk Schulz, publicysta oddelegowany na odcinek ekonomiczny, ubolewa (nr 5/2004) nad losem pięćdziesięcioparoletnich urzędniczek zwalnianych z pracy w toku rozmaitych reorganizacji. Jest to zapewne zrozumiałe, gdyż w jednostkowym wymiarze personalnym takie zdarzenie jest faktycznie tragedią. Cokolwiek trudniejszy do zrozumienia jest natomiast fakt, że w tym samym artykule, kilka akapitów później, rzeczony Schulz (znów zresztą słusznie) nawołuje do likwidacji powiatów i poszukiwania właśnie w administracji oszczędności w finansach publicznych. Oto klasyczny przypadek umysłu "przegródkowego", który, niczym u Tuwima, wszystko widzi oddzielnie. To jest chyba immanentna przypadłość umysłów lewicowych. Poza tym w pisemku Jerzego Urbana nic nowego, o czym świadczą już tytuły artykułów: "Pies rasy katolik", "Prawo nie chodzi do kościoła", "Zakonnice darmo nie dają", "Świętych faktur obcowanie" czy "Papież gra w gumy". Ach, jakże ciężkie musi być życie całego zespołu redakcyjnego "Nie", pod ciągłą katolicką opresją i agresywnymi atakami rozpalonych dewotek. A swoją drogą, skoro żyjemy w epoce dialogu, to bardzo interesująca mogłaby okazać się konwersacja pomiędzy redaktorem naczelnym "Nie" a np. osobą z kręgu Bractwa św. Piusa X, czyli katolickim tradycjonalistą od arcybiskupa Lefebvre'a. Dyskusja o współczesnej Polsce wyglądałaby zapewne tak: Urban ? obskurantyzm, konserwatyzm, nie ma tolerancji czy równości, państwo wyznaniowe, Kościół rządzi, prawo nasycane treściami religijnymi, wolność w zagrożeniu, tchórzliwi politycy zdominowani przez episkopat. A jego wyimaginowany adwersarz przemówiłby na to: laicyzacja, desakralizacja, libertynizm, rządy obłędnej tolerancji, szatańska równość, nieograniczona wolność, stłamszony i miękki Kościół, sekularyzacja, pozytywizm prawniczy. Niewykluczone, że tym sposobem dyskutanci laliby miód na swoje skołatane dusze. Tak bywa, gdy koszmar jednego jest marzeniem drugiego. Zresztą cóż się dziwić katolickim tradycjonalistom, skoro ich miesięcznik "Zawsze Wierni" (nr 2/2004) przynosi następującą informację: 32 procent Holendrów nie wie, jakie wydarzenie wspominane jest w Boże Narodzenie ? tak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie holenderskiej chrześcijańskiej stacji telewizyjnej NRCV. 26 procent pytanych nie było w stanie odpowiedzieć na to pytanie, a 6 procent odpowiedziało źle. Badania pokazały, że nawet osoby deklarujące się jako chrześcijanie często mają nikłe pojęcie o swojej wierze: 29 procent protestantów i 26 procent katolików pytanych o powód świętowania Bożego Narodzenia nie potrafiło udzielić odpowiedzi. Nigdy nie byłem wprawdzie miłośnikiem czy też admiratorem wiedzy i inteligencji prostego ludu, ale takie statystyki to mimo wszystko przesada.
***
Wojciech Piotr Kwiatek analizuje w "Naszej Polsce" (4/2004) krajową scenę polityczną i w następujący sposób diagnozuje program społeczno-gospodarczy jednego z działających na niej ugrupowań. Partia ta ma następujące punkty w swoim programie: żelazna dyscyplina gospodarcza i finansowa, likwidacja ekonomicznego protekcjonizmu, urynkowienie edukacji i służby zdrowia, redukcja uprawnień socjalnych, przestrzeganie podstawowych pryncypiów gospodarczych, wrogość wobec związków zawodowych i redukcja kosztów pracy. Kwiatek definiuje ten program jako "liberalny". W porządku, takowe określenie można generalnie w tym przypadku zaaprobować (choć diabeł tkwi w szczegółach). Któreż to jednak stronnictwo jest tak jawną ekspozyturą liberalizmu ekonomicznego w Polsce? Zdaniem dziennikarza, jest to Sojusz Lewicy Demokratycznej. SLD jako strażnik wolnorynkowej ortodoksji i defensor dyscypliny w finansach publicznych to doprawdy oryginalna wizja. Czytelnicy tej rubryki, być może, pamiętają, że podobne supozycje co do polityczno-społeczno-gospodarczego programu postkomunistów wysuwają polskie feministki (np. Kinga Dunin). Staremu Liberałowi wydaje się więc, że analityk polskiej sceny politycznej powinien w swoich badaniach przyjąć pewne założenie metodologiczno-epistemologiczne: jeśli w jakiejś sprawie poglądy "Naszej Polski" i feministek pozostają identyczne, to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością wolno przyjąć, że dana kwestia w rzeczywistości ma się dokładnie odwrotnie.
***
W periodyku "Cywilizacja" (nr 6/2003) jego autorzy zastanawiają się nad odpowiedzią na pytanie, "czy istnieje dobry liberalizm?". Konkluzja jest w zasadzie jednoznaczna ? otóż nie istnieje. Stary Liberał został przez publicystów wspominanego pisma zakwalifikowany jako spadkobierca ideowej spuścizny Niccolo Machiavellego, Marcina Lutra, Samuela Pufendorfa, Tomasza Hobbesa, Jana Jakuba Rousseau, niemieckiego Związku Iluminatorów, Fryderyka Nietzschego oraz Jeana-Paula Sartre'a. W egzorcyzmach nad doktryną liberalizmu przoduje w "Cywilizacji" zwłaszcza nieoceniony Stanisław Krajski, rozważający "punkty styczne" teorii liberalnych, wolnomularskich i satanistycznych. Po przeczytaniu wszystkich filipik, krytyk, polemik i ataków (których nie ma specjalnego sensu tutaj streszczać) niżej podpisany już-już prawie zaczął się wahać i zastanawiać nad koniecznością modyfikacji swego satanistycznego światopoglądu. W końcu wcale nie chcę być kojarzony z immoralizmem (zresztą wątpliwym) Makiawela, nieograniczonym w zasadzie absolutyzmem Hobbesa, koncepcją demokratycznej tyranii Rousseau, obłędem Rewolucji Francuskiej, "aksjologią" Nietzschego czy sartrowskim egzystencjalizmem i masońskimi wierzeniami. Po namyśle zdecydowałem się jednakowoż wstrzymać chwilowo ze zmianą światopoglądu. Chociaż bowiem pewne wątki filozoficznego dziedzictwa niektórych ze wskazanych myślicieli są dla mnie osobiście atrakcyjne (chociażby antropologia Machiavellego czy Hobbesa, opis kondycji cywilizacji europejskiej Nietzschego czy nawet nieliczne elementy filozofii Sartre'a), to w zasadzie żadna z wymienionych postaci nie może być uznana za liberała per se lub nawet za prekursora liberalizmu. Ponadto na takie dictum kilku z nich (m.in. Rousseau) zapewne przewróciło się w grobie. Wątpliwości jednak nie chciały mnie opuścić. Skoro tylu mądrych ludzi ekskomunikuje liberalizm, to może to ze mną jest coś nie tak. Owe rozterki duchowe uległy niwelacji dopiero wówczas, kiedy głębiej wniknąłem w jeden z artykułów (nazwisko autora litościwie tutaj przemilczmy), w którym oto przeczytałem następującą wypowiedź: Najstarszym historycznie socjalizmem, tym, który po Rewolucji Francuskiej został w myśleniu Europy i zaczął dominować, jest [...] liberalizm, znany pod postacią kapitalizmu. Uff, "socjalizm znany pod postacią kapitalizmu". Mocne, zaiste mocne. Interesujące, dlaczego krytyka liberalizmu w Polsce zazwyczaj sprowadza się do prezentowania podobnie absurdalnych tez? Apologetyce też zresztą można wiele zarzucić.
***
Argusowe spojrzenie niezwykle zasłużonego bojownika o wolność i demokrację, dziś skromnego redaktora naczelnego miesięcznika "Dziś" (2/2004), Mieczysława F. Rakowskiego spoczęło w okolicach "Opcji na Prawo". Tak, tak, szanowni Czytelnicy, po części zostaliśmy dostrzeżeni, aczkolwiek nie bezpośrednio. Z wyżyn swojego przepastnego dziennikarskiego autorytetu Rakowski poddaje bowiem pryncypialnej krytyce (z jedynie słusznego, rzecz jasna, punktu widzenia...) napisaną przez Piotra Bielawskiego oraz redaktora naczelnego "Opcji na Prawo" Romualda Lazarowicza pozycję pt. "Dziwny rok 1989". Jakież tedy ułomności wynalazł w tejże książce niezapomniany happener ze Stoczni Gdańskiej? Ano nie podobają się Rakowskiemu następujące fakty: panowie Bielawski i Lazarowicz wykpiwają jego typową dla ówczesnych kacyków wypowiedź o "wierze w zdrowy rozsądek większości rodaków", ośmielają się skrytykować niedobory podstawowych artykułów żywnościowych na PRL-owskich półkach oraz podśmiewają się z wysiłków rządzącej monopartii zmierzających do "urynkowienia gospodarki". Te bezczelne wręcz dywagacje M.F. Rakowski jakże słusznie piętnuje jako świadectwa "niebotycznego kretynizmu", "kompletnej niewiedzy", skrajnego "fałszowania historii" oraz "zwycięstwa zaciekłości ideologicznej nad rozumem". Miło jest zauważyć, że umiejętności polemiczne oraz zasób kultury politycznej ostatniego pierwszego sekretarza nieboszczki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej pozostały niezmienione... W sumie jednak wichrzyciele, mąciciele i warchoły Bielawski z Lazarowiczem winni się strzec. Jak bowiem konstatuje Rakowski, w tym momencie stajemy przed pytaniem, jakie granice tolerancji może w obecnej chwili wyznaczać socjalistyczne państwo polskie dla poglądów głoszonych przez osoby, które [...] tworzą opozycję antysocjalistyczną. Uważam, że w sytuacji, w której toczy się ostra walka polityczna o przyszłe oblicze Polski, nie możemy godzić się na rozpowszechnianie w druku poglądów, które wcale nie mają na celu ulepszenia socjalizmu, lecz przygotowanie gruntu dla zastąpienia go [...] w dalekiej perspektywie ? powiedzmy to otwarcie ? ustrojem kapitalistycznym [...] niech nikt mi nie mówi, że postępujemy antydemokratycznie, autorytatywnie, po dyktatorsku etc. Ups, serdecznie przepraszam wszystkich czytelników "Opcji". Ten ostatni cytat pochodzi już nie z miesięcznika "Dziś", ale z wydanej w 1985 roku książki Rakowskiego, dość patetycznie zatytułowanej "Czasy nadziei i rozczarowań". Cóż, Staremu Liberałowi jak zwykle myli się komunizm z postkomunizmem. Ech, drzewiej to były czasy, prawda panie Mieczysławie? Przynajmniej warchoły w rodzaju prawicowych oszołomów Bielawskiego i Lazarowicza musiały siedzieć cicho.
***
W lewicowym "Przeglądzie" (nr 8/2004) wywiad z Krzysztofem Janikiem, bratem-łatą lewej strony sceny politycznej, który zastanawia się, jak można skutecznie przeprowadzić reanimację Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Pomysłów w rozmowie pada mnóstwo: wysyłać lewicowe sygnały socjalne i ideowe do skołowanego elektoratu, wykazywać się myśleniem i postawą propaństwową, kwestionować "nieograniczony wolny rynek", promować projekty ustaw w zakresie dopuszczalności aborcji i tzw. "związków partnerskich", zintensyfikować dialog społeczny, aktywnie pracować "w terenie", a nawet poczynić "pewne ukłony" w stronę kombatantów. Stary Liberał z niekłamaną radością może jednak poinformować pana Janika, że wszystkie wspomniane wyżej modyfikacje programowe i tak nie zmienią prostej sytuacji, w której każde pojawienie się na ekranie telewizora panów Millera, Oleksego, Cimoszewicza, Jaskierni, Pastusiaka et consortes budzi nieodparte skojarzenia z kiepskim remake'm bardzo onegdaj popularnego filmu pod tytułem "Noc żywych trupów". Na "SLD-reaktywację" jest już natomiast prawdopodobnie zbyt późno. Czyżby czas na "sztandar wyprowadzić"?
***
W "Głosie" (nr 8/2004) Antoni Macierewicz pisze na temat Unii Europejskiej: Unia to wielki projekt geopolityczny, to pomysł na budowę mocarstwa, które na Zachodzie wydarłoby palmę pierwszeństwa Stanom Zjednoczonym. Pozornie chodzi o wzmocnienie Zachodu poprzez zjednoczenie wysiłków krajów europejskich. W istocie jednak projekt skierowany jest przede wszystkim przeciwko USA, których obecność w Europie i dominacja na świecie coraz częściej uważana jest za przejaw "imperialistycznego dyktatu". Zjednoczona Europa ma więc być nie tyle sojusznikiem, ile rywalem USA. Takie są plany, a może, mówiąc wprost, złudzenia. Europa, bez względu na to, czy jest zjednoczona, czy też podzielona na państwa narodowe, przede wszystkim jest wygodna i nie ma zamiaru płacić ceny niezbędnej dla utrzymania mocarstwowego statusu. A to oznacza, że po wyrzuceniu ze swego obszaru wojsk amerykańskich zostanie zdana na łaskę i niełaskę innego mocarstwa, tego, które nigdy nie zaprzestało polegać przede wszystkim na potędze militarnej. Bez względu na to, jakie są źródła i komu zawdzięczamy ideę zjednoczonej Europy, budowy "mocarstwa Europa", prawdziwym beneficjentem tej operacji będzie przede wszystkim imperium rosyjskie. To ono bowiem, siłą rzeczy, zastąpi USA jako europejski hegemon. Patrząc z dzisiejszej perspektywy na przebieg wydarzeń ostatnich 15 lat, trudno już wątpić, że wielki gambit roku 1989, polegający na zburzeniu berlińskiego muru i oddaniu niepodległości okupowanym krajom Europy środkowo-wschodniej może się Rosji tysiąckrotnie opłacić, jeśli powstanie zjednoczona Europa napędzana antyamerykańskim nacjonalizmem i niszczona wewnętrznie biurokratyczno-socjalistyczną ideologią. Już dziś istniejąca oś kontynentalna Moskwa-Berlin-Paryż skierowana jest przede wszystkim przeciwko USA. Macierewicz zwraca także uwagę na bardzo poważne niebezpieczeństwa dla geopolitycznego usytuowania Polski, wynikające z potencjalnego zadzierzgnięcia "entente cordiale" między Niemcami a Rosją. Z powyższymi diagnozami i przestrogami byłego ministra spraw wewnętrznych można się zgadzać lub nie. Nie będąc nigdy szczególnym admiratorem działań i koncepcji politycznych Macierewicza, muszę jednakże przyznać, że dokonana tu analiza oparta jest na rzetelnych i przemyślanych obserwacjach i kalkulacjach. Warto zauważyć, jak radykalnie różni się ona od totalnie jałowej i beztreściowej papki serwowanej nam przez luminarzy krajowego establishmentu, którzy lubują się zwłaszcza w wykładaniu (oni zresztą nigdy nie mówią, oni zawsze wykładają...), że wybór między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi jest jak wybór, czy bardziej należy kochać mamusię czy tatusia... Ot, i taką głównie mamy dzisiaj w Polsce myśl polityczną.
***
W "Gazecie Wyborczej" (44/2004) wytrawna znawczyni problematyki niemieckiej (co piszę bez żadnej ironii), dyrektor poznańskiego Instytutu Zachodniego, profesor Anna Wolff-Powęska dowodzi: Wizerunku Polski na arenie międzynarodowej z pewnością nie poprawi [...] najnowsza akcja inspirowana przez przywódców PiS i LPR ? chodzi o pomysł nowego policzenia polskich strat wojennych i zapowiedź wystąpienia wobec Niemców o odszkodowania. Charakter, czas i forma podjętej inicjatywy świadczą o niekompetencji, prywacie i nieodpowiedzialności jej autorów. "Sprawozdanie w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939-1945", opracowane przez Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów w styczniu 1947 r., zawiera szczegółowy opis, wyliczenia i szacunki, jakie zgromadzono od 21 września 1944 r. do końca grudnia 1946 r. Zawarty w tym dokumencie materiał, a także ustalenia naukowców byłyby w razie potrzeby dużo bardziej wiarygodne niż "materiał dowodowy" zebrany po niemal 60 latach w atmosferze "rewanżu" i egzaltacji przez zacietrzewionych polityków i radnych. W dalszej części artykułu profesor Wolff-Powęska przekonuje, że pomysł ten jest przejawem niezwykle szkodliwego populizmu i nieuczciwego "mamienia" Polaków, jak też i świadectwem niebezpiecznego awanturnictwa politycznego, przez co nie spełni swojej roli jako karty przetargowej wobec ewentualnych roszczeń niemieckich "wypędzonych" oraz zantagonizuje nas z Unią Europejską. Zapewne duża część tych ocen jest trafna, jakkolwiek Wolff-Powęska zdaje się nie doceniać ważnego znaczenia, jakie ma w dzisiejszej polityce globalnej możność podniesienia argumentów o charakterze moralnym, chociażby jako legitymizacji konkretnych postulatów politycznych. Największa jednak "bomba" pada w tekście nieco dalej. Wolff-Powęska pisze bowiem, że kwestia ewentualnych odszkodowań dla niemieckich ofiar przymusowych wysiedleń jest zbyt poważna i skomplikowana, by powierzyć ją politycznym amatorom i dyletantom. Winna ona być przedmiotem przemyśleń i działań kompetentnych organów i władz. Zaraz, zaraz ? "skomplikowana kwestia", "przedmiot działań władz", "ewentualne odszkodowania"? Stary Liberał jest na tyle stary, by wiele pamiętać, a jednocześnie nie cierpieć jeszcze na sklerozę. Czyż liczni publicyści establishmentowych mass-mediów (gwoli sprawiedliwości dodajmy, że nie mówię tu o profesor Wolff-Powęskiej, której wcześniejszych tekstów w tej materii nie kojarzę) nie przekonywali Polaków przed referendum akcesyjnym, że sprawa odszkodowań za "wypędzenia" jest definitywnie zamknięta, a po przystąpieniu do Unii Europejskiej Polsce nie grożą w tej kwestii żadne niebezpieczeństwa? Czyżby "Gazeta Wyborcza" powoli zaczynała zmieniać swoją linię redakcyjną w tej sprawie? Czyżby "prawicowe oszołomy" znów miały rację? Czyżby jednak miało okazać się, że roszczenia "wypędzonych" trzeba zaspokoić, i to przy aprobującym wtórze medialnego chóru, który ponownie będzie wypierał się uprzednio wypowiadanych słów? Ech, pod wpływem GW nietrudno zostać germanofobem...
***
I na zakończenie urocza walentynkowa opowiastka z "Najwyższego Czasu" (nr 7/2004): Dawidek wraca do domu i mówi ojcu, że uczył się o pochodzeniu walentynek. ? Skoro św. Walenty to święty chrześcijański, a my jesteśmy Żydami ? spytał ? to czy Bóg nie będzie na mnie zły, że wyślę komuś walentynkę? Ojciec pomyślał chwilę i powiedział: ? Nie, nie sądzę, by Bóg się pogniewał, a komu chcesz wysłać walentynkę? ? Osamie Ibn Ladenowi ? odparł Dawidek. ? Czemu właśnie Osamie? ? spytał zaszokowany ojciec. ? No ? powiedział Dawidek ? pomyślałem sobie, że jeśli mały żydowski chłopiec ma w sobie dość miłości, by oferować Osamie walentynkę, to on mógłby zacząć myśleć, że może my nie jesteśmy tacy źli, może zacząłby troszeczkę kochać ludzi. A gdyby inni chłopcy zobaczyli, co ja zrobiłem, i wysłali walentynki Osamie, zacząłby wszystkich troszeczkę kochać. I zacząłby chodzić w różne miejsca i mówić wszystkim, jak bardzo on ich kocha i jak już nikogo nie będzie nienawidził. Serca ojca ? jak widać Żyda postępowego i wierzącego w lewicowe teorie o resocjalizacji ? zmiękło; spojrzał na syna z nowo odkrytą dumą: ? Dawidzie, to najcudowniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałem! ? Właśnie ? powiedział Dawidek ? a jak raz wyjdzie ze swojej kryjówki, to nasi marines rozwalą mu łeb na drobne kawałki! Amen...
Stary liberał
Wyświetlony 7612 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.