czwartek, 30 wrzesień 2010 21:28

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

W najnowszym numerze wrocławskiego "Stańczyka" (nr 1/2/2003) możemy przeczytać raport, sporządzony najprawdopodobniej przez większość zespołu redakcyjnego, o genezie i prawdopodobnych reperkusjach konfliktu w Iraku.

Publikacja zawiera wiele trafnych uwag, wiele intrygujących hipotez i wiele supozycji zasługujących na przemyślaną polemikę. W tym miejscu chciałem tylko zwrócić uwagę, że autorzy raportu jednoznacznie odrzucają pogląd, rozpowszechniony wśród amerykańskich paleokonserwatystów i libertarian oraz pokutujący w niektórych środowiskach prawicy w Polsce, jakoby polityka zagraniczna USA była ściśle uzależniona i podporządkowana interesowi Izraela. Jak dowodzi "Stańczyk", należy odrzucić tezę, że to interes Izraela był głównym czy bardzo istotnym motywem wojny. Teza ta wynika z całkowicie błędnej oceny stosunków amerykańsko-izraelskich przedstawianych obrazowo jako kierowanie przez ogon (Izrael) psem (Stany Zjednoczone). Jednak sytuacja, że ogon kieruje psem nie zdarza się w polityce [...] Izrael jest pod względem ekonomicznym, wojskowym, politycznym i dyplomatycznym całkowicie zależny od poparcia USA. Gdyby to poparcie zostało wycofane, Izrael przestałby istnieć [...] Większa lub mniejsza rola Izraela pochodzi wyłącznie z nadania imperium [tj. USA ? dop. S. L.], to ono rozstrzyga o tym, jaką rolę ma pełnić Izrael w ramach imperium. Nigdy jeszcze w historii politycznej świata nie został odwrócony stosunek pomiędzy "bezpieczeństwem" a "posłuszeństwem", nikomu nie udało się i nigdy się nie uda złamać żelaznego prawa polityki, które mówi że ten kto zapewnia protekcję, otrzymuje w zamian za to posłuszeństwo protegowanego. Niezależnie zatem czy wierzymy, że wojna wywołana była pragnieniem wyswobodzenia Irakijczyków spod tyranii Saddama, poczuciem zagrożenia iracką bronią masowego rażenia, interesami ekonomicznymi USA w regionie, chęcią skatalizowania amerykańskiej frustracji po wydarzeniach 11 września 2001 roku, wolą podtrzymania światowej supremacji dolara, pragnieniem budowy Imperium Mundi et cetera ? pamiętajmy o podstawowych prawidłowościach geopolityki. Aby się z nimi zapoznać bądź swoją wiedzę odświeżyć ? zawsze warto sięgnąć po "Stańczyka".

***
W tygodniku "Nie" (nr 2/2004) jego redaktor naczelny Jerzy Urban czyni takie oto szczere do głębi duszy i szpiku kości wyznanie: Nas ? ludzi trzymających lub wspierających władzę w PRL-u ? cechował silny patriotyzm polskopaństwowy. Deklamowaliśmy o integracji w obrębie wspólnoty socjalistycznej, Układu Warszawskiego, RWPG, dbając tylko o to, co ze wspólnoty da się wycisnąć dla Polski. W praktyce zaś mozolnie poszerzaliśmy polską odrębność będącą w tamtych uwikłaniach warunkiem, reform, postępu, liberalizacji, zmiękczania zależności. Ach, ci patriotyczni, postępowi, liberalnie zorientowani patrioci z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Aż łza się w oku kręci. Stary Liberał zaczyna swoją drogą nabierać przekonania, że Jerzy Urban nieodwołalnie się starzeje. Nostalgia za dawnymi czasami, uznanie postawy patriotycznej za niekwestionowalną zaletę, lekko wallenrodyczne portretowanie samego siebie, próby uzasadnienia i usprawiedliwienia własnych zachowań w minionej epoce ? wszystkie te elementy są wszak widoczne w cytowanej wypowiedzi. Cóż, w czasach Trzeciej Rzeczypospolitej nawet zadeklarowani cynicy toną w ogólnej ideowej breji.
***
"Res Publica Nowa" (nr 1/2004) zamieszcza artykuł swego stałego publicysty Andrzeja Ledera, poświęcony oligarchizacji polskiego życia publicznego (politycznego i społecznego). Leder zauważa: Oligarchia sprawnie wykorzystuje zależność od swojej władzy pozostałych grup społeczeństwa i dąży do tego, żeby ową zależność powiększać. To oznacza, że w ogóle nie jest zainteresowana tworzeniem się [...] "klasy średniej", grupy ludzi, którzy materialnie, edukacyjnie i politycznie są od oligarchii niezależni. Wręcz przeciwnie, dąży ona do tego, by przepaść pomiędzy nią samą a wszystkimi innymi była jak największa. To powoduje, że oligarchia nie lubi liberalnej demokracji i wolnego rynku, woli różnego rodzaju rozwiązania hierarchiczne i korporacyjne. Bliski jest jej esprit de corps, z jego pogardliwym stosunkiem do wszystkich będących "poza", choć w naszym kraju akurat brak jej zwykle wiedzy o tym, jaki ten esprit miałby być. Duch sprowadza się więc najczęściej do stosowania praktycznej zasady "kruk krukowi oka nie wykole". Jednocześnie oligarchia mnoży przeszkody mające uniemożliwiać dostęp do samej możliwości ubiegania się o pozycje, które rezerwuje dla siebie [...] Uzyskuje z tej "ekskluzywności" dwa rodzaje korzyści. Po pierwsze, nie naraża się na realną konkurencję opartą na kompetencjach. Po drugie, ci, którzy zmuszeni są do korzystania z tego, co oligarchia kontroluje, nie mają dużego wyboru, ich zależność jest więc tym większa. Okazywana im pogarda, będąca [..] odzwierciedleniem ich własnej mentalności, paradoksalnie prowadzi do utrwalenia relacji zależności zgodnie ze znanym mechanizmem, w którym ten, komu okazuje się pogardę, zaczyna uważać, że jest pogardy godzien. Artykuł Ledera wyjaśnia więc pozorny paradoks (nie rozumiany przez wiele osób, również po prawej stronie politycznego teatrum) głosowania przez liczne najbogatsze i najwyżej umieszczone w hierarchii społecznej osoby na partie socjalistyczne. Ci będący najwyżej obawiają się bowiem mechanizmu wolnej konkurencji i postępującej za jego działaniem utraty statusu, poczucia władzy oraz adoracji tłumów. Nawiasem mówiąc, artykuł Ledera powinni dobrze przemyśleć monarchistyczni i konserwatywni apologeci cechów, korporacji czy epoki średniowiecznej. Powrót do tych idei oznacza wszak w polskiej rzeczywistości dalsze postępy w oligarchizacji życia, ze wszystkimi ujemnymi konsekwencjami tego procesu.
***
"Gazeta Wyborcza" (7/2004) publikuje wywiad z włoskim pisarzem i intelektualistą (a to, innymi słowy, najczęściej oznacza byłego komunistę, a dziś demokratycznego lewicowca) Andreą Camillerim. Opowiada on między innymi o swoich latach młodzieńczych i przebiegu swej edukacji: Pod koniec 1942 roku zaczął nas uczyć religii Don Angelo Ginex ? młody ksiądz, bardzo inteligentny i wykształcony. Zainteresował się nami i któregoś dnia powiedział, żebyśmy przyszli w sobotę po zachodzie słońca do domu parafialnego. Poszliśmy, ponieważ był sympatyczny, a on od razu zaczął nam opowiadać o dwóch tekstach ? o "Kapitale" Marksa i o encyklice "Rerum Novarum" Leona XIII. "To są podstawy ? mówił ? do których będziecie się odwoływać, kiedy upadnie faszyzm. Bo faszyzm upadnie na pewno". I wówczas mój światopogląd radykalnie się zmienił. Nigdy nie byłem zdolny zrozumieć, jakimi meandrami musi krążyć myśl ludzka, aby możliwe było zsyntetyzowanie w ramach jednego umysłu idei marksowskiego (czy marksistowskiego) materializmu z zasadami religii chrześcijańskiej. Obawiam się jednak, że liczba podobnie oryginalnych pasterzy duchowych, jak Don Angelo Ginex, w dzisiejszych czasach jest jeszcze pokaźniejsza, także wśród wyższych eszelonów katolickiej hierarchii. Świadczyć o tym może poparcie niektórych dostojników kościelnych dla pomysłów przedstawicieli środowiska antyglobalistów bądź alterglobalistów. Pozwalając sobie nieśmiało na parafrazę znanego cytatu ? "swąd Marksa przenika do Świątyni Pańskiej".
***
Dwie całkiem interesujące informacje przeczytałem w lewicowym tygodniku "Przegląd" (2/2004). Aleksandra Zborowska pisze o nagminnym protegowaniu przez polityków swoich krewnych, przyjaciół, towarzyszy, znajomych królika et cetera na różnego rodzaju stanowiska i posady: Wyjątkowo dobrym sercem wykazał się poseł PiS, Przemysław Gosiewski, który postarał się o wpisanie na pierwsze miejsca list wyborczych [w wyborach samorządowych ? S.L.] swoich dwóch żon ? byłej i obecnej. Ja wiem, że prawica z natury rzeczy jest wyraźnie prorodzinna, ale protegowanie obydwu towarzyszek życia to już mimo wszystko przesada... W gazecie znalazłem również bardzo zaskakujące stwierdzenie najlepszej dziennikarki wśród zootechniczek i najlepszej zootechniczki wśród dziennikarek ? Moniki Olejnik, która wyznała zaintrygowanej podobnymi zwierzeniami gawiedzi, że żyje w symbiozie z..., nigdy Państwo nie zgadniecie, otóż z samym Józefem Oleksym. Osobom słabszym z biologii przypominam, że relacja symbiotyczna pomiędzy dwoma organizmami zachodzi wówczas, kiedy jeden nie jest zdolny do życia bez drugiego. Albo więc mamy do czynienia z prawdziwie zaskakującym rozkwitem interpersonalnych związków Olejnik-Oleksy, albo też (co jest, jak podejrzewam, znacznie bardziej prawdopodobne) pani Monika Olejnik ma mniej więcej podobną orientację w biologii, co w sprawach polityki, ekonomii czy stosunków międzynarodowych. Dodajmy zresztą, że omawiany duet tworzyłby dobraną parę. Jak w tygodniku "Głos" (nr 3/2004) pisze Maciej K. Sokołowski, towarzysz Oleksy skomentował spadek notowań SLD w kolejnym badaniu opinii publicznej następującym wyliczeniem. Mieliśmy 41% poparcia teraz mamy około 20%-to oznacza stuprocentowy spadek. Jak widać, wiedza p. Oleksego z matematyki jest jeszcze pokaźniejsza od wiedzy p. Olejnik z biologii...
***
W "Gazecie Wyborczej" coraz ciekawiej. Powoli z redaktorów spadają przyjmowane od rozpoczęcia przemian ustrojowych maski liberałów i zwolenników kapitalizmu. W numerze 13/2004 socjolog i ekonomista Krzysztof Iszkowski pisze: Wobec konieczności opiniowania i wdrażania unijnych dyrektyw sprawność polskich ministerstw będzie mieć jeszcze większy wpływ na jakość życia. Wzywanie w tych warunkach do ograniczenia liczby urzędników jest brakiem odpowiedzialności. Nie znaczy to, że powinniśmy być bezkrytyczni wobec rozrostu biurokracji. Uproszczenia procedur nie da się jednak osiągnąć przez redukcję zatrudnienia w administracji. Kwestią kluczową jest spójność prawa i jego rozumne stosowanie [...] służba w administracji publicznej musi stać się atrakcyjna dla osób o wysokich kwalifikacjach. Wymaga to zmiany nastawienia społeczeństwa do urzędników, którzy muszą być postrzegani jako wykonawcy woli wspólnoty, a nie ciemiężcy [wytłuszczenia ? S.L.]. No i słusznie, gdyż to tylko prawicowi, konserwatywni i liberalni podlece mogą nie dostrzegać malującego się na przepełnionych troską fizjonomiach polskich urzędników nieustannego zafrapowania losem wspólnoty. Tylko prawicowi, konserwatywni i liberalni doktrynerzy nie są zdolni zauważyć i wynagrodzić odpowiednimi gratyfikacjami owego pragnienia służby publicznej; tylko oni, wredni reakcjoniści, nie rozumieją znaków czasu i proponują zawracanie Wisły kijem; tylko oni posługują się nieuprawnioną i całkowicie bezzasadną hermeneutyką podejrzeń i kraczą, że każda władza korumpuje; tylko owe zaślepione indywidua podtrzymują skompromitowane w toku dziejów miazmaty wolności, jednostkowej odpowiedzialności, kapitalizmu i porządku spontanicznego. Sprawy Romana Kluski czy wrocławskiej firmy JTT ? to wyłącznie wypadki przy pracy naszej ukochanej administracji, a poza tym gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy, ofiary muszą być itd. A tak poważniej ? "Gazeta Wyborcza" jak zwykle traktuje swoich czytelników jak osoby niezdolne do samodzielnego myślenia i w dodatku obdarzone wyjątkowo ułomną pamięcią; przecież przed referendum europejskim cały establishment zajadle piętnował wszelkie sugestie, iżby po akcesie miała w Polsce wzrosnąć biurokracja. Dzisiaj jednak już można, aczkolwiek w zawoalowanej formie, pisać prawdę. Tak na marginesie, ciekawe czy Iszkowski ma już na oku jakąś intratną posadę, która pozwoli mu wykonywać wolę wspólnoty na stosownie atrakcyjnych warunkach.
***
W periodyku "Obywatel" (nr 6/2003) ? organie antykapitalistów, zielonych, lewaków, antyglobalistów, marksistów, postmarksistów, antyliberałów, prawicowych rustykalistów itd. ? ukazał się interesujący wywiad z Józefem Darskim, historykiem, politologiem oraz publicystą "Gazety Polskiej". Darski twierdzi: W komunizmie wydział agitacji i propagandy decydował o tym, co piszą wszystkie gazety. Taka kontrola jest dziś niepotrzebna. Kontrola, która pozwala na "pluralizm postkomunistyczny", ogranicza się do uniemożliwiania ukazywania się tylko pewnych poglądów czy informacji, a co najważniejsze, nie dopuszcza do publikowania ludzi niezależnych. Działa system powiązań i zależności, za pomocą którego ? a nie dyrektyw z wydziału agitpropu i cenzury ? kontroluje się prasę. "Pluralizm" oznacza, że mamy wybór np. między "Wyborczą" a "Polityką", wystarczy jednak obejrzeć "Lożę prasową w TVN 24, by się przekonać, iż red. Janina Paradowska ma tylko jedną instrukcję ? nie dopuszczać do krytykowania Michnika. System powiązań i niszczenia niezależnych dziennikarzy przez faktyczny zakaz wykonywania zawodu i represje sądowe powoduje, iż cała prasa jest kontrolowana, gdy chodzi o publikacje, które mogłyby zaszkodzić systemowi i jego beneficjentom. Wielu fragmentom wypowiedzi Darskiego pozostaje tylko przyklasnąć. Chciałbym wszelako doprecyzować owe tezy w jednym punkcie, który po lekturze wywiadu pozostaje chyba niejasny. Otóż wolność słowa polega najzwyczajniej na tym, że każdy, kto dysponuje odpowiednimi zasobami kapitałowymi oraz osobowymi (pracowistość, talent itp.), może założyć sobie gazetę, radio czy telewizję oraz publikować i emitować w nich wszystko, co mu sie żywnie podoba (z wyjątkiem podawania nieprawdziwych faktów), nie podlegając w tym zakresie ingerencjom władzy publicznej. Wolność słowa nie polega zaś z pewnością na tym, że przykładowo "Gazeta Wyborcza" ma prawny lub moralny (choć tu do pewnego stopnia można dyskutować) obowiązek publikowania Konika, Cukiernika, Machaja, Przystawy czy nawet ? horrible dictu ? Starego Liberała. Podobnie "Opcja na Prawo" nie musi publikować Michnika, Skalskiego, Milewicz, Paradowskiej, Wildsteina i Toeplitza. Analogicznie, każde medium ma prawo selekcjonować informacje, które przekazuje swoim czytelnikom, widzom i słuchaczom (co najwyżej będzie to rzutowało na jego wiarygodność). Zagrożeniem dla reguł wolności słowa we współczesnej Polsce jest zaś istnienie "trójkąta bermudzkiego", który spaja elity polityczne, biznesowe i medialne. Ów establishment stosuje niezgodne z zasadami wolnej konkurencji mechanizmy (koncesje, wysokie koszty "wejścia na rynek" dla nowych podmiotów, zamieszczanie reklam i ogłoszeń spółek skarbu państwa w wybranych mediach), co radykalnie utrudnia opozycyjnym mediom zwycięstwo w takiej rywalizacji.
***
"Gender studies" to nowy, bardzo modny i postępowy, kierunek badań naukowych, który, w najbardziej ogólnym sensie, bazuje na zastosowaniu feministycznej metodologii i perspektywy do reinterpretacji dotychczasowych ustaleń w dziedzinie literatury, historii, filozofii, politologii itd. W ostatnim numerze "Zadry" (3/4/2003) bodajże najbystrzejsza polska feministka Agnieszka Graff (co samo w sobie powiada wystarczająco wiele o intelektualnej kondycji tego ruchu) podjęła się iście karkołomnego zadania obrony naukowości dżenderów przed zarzutami ideologizacji. Defensywa ta przebiega w typowy dla postmodernistycznych "naukowczyń" sposób. Graff twierdzi bowiem, powołując się na takie autorytety jak Derrida czy Foucault, że czynienie wszelkich rozróżnień między ideologią a teorią ma charakter właśnie ideologiczny, oraz, że niemożliwe jest uprawianie nauki w sposób zdystansowany do analizowanego przedmiotu, obiektywny i niezaangażowany. Konkluduje więc: Na zarzut o ideologiczność, feministka (podobnie jak inni przedstawiciele cultural studies) może najwyżej odpowiedzieć: "Dziękuję, nawzajem". Graff, jak to zwykle bywa w przypadku feministek, nic nie rozumie. Wyjaśnię jej zatem różnicę między gender studies a nauką na kilku prostych przykładach. Na studiach ekonomicznych wykładać mogą zarówno marksiści, jak i adherenci Szkoły Austriackiej; na studiach politologicznych wykładać mogą zwolennicy wszelakiej myśli politycznej, od prawicy przez centrum do lewicy, od totalizmu do anarchizmu; historię Polski wykładać mogą miłośnicy Polski piastowskiej i jagiellońskiej. Natomiast niemożliwe jest, aby na gender studies wykładali przeciwnicy feminizmu (wyjąwszy w pewnym zakresie stricte opisowe przedmioty, jak np. historia literatury feministycznej, historia sufrażystek itp.). Nie-feminiści i nie-feministki odrzucają bowiem już na samym starcie założenia badawcze, które obowiązują na dżenderach. Dlatego właśnie uniwersyteckie wydziały gender studies pozostają miejscem postnowożytnych sabatów czarownic, a nie miejscem naukowej refleksji sine ira et studio (na wszelki wypadek z góry przepraszam czytające owe słowa feministki za język przepełniony werbalną przemocą, za dążenie do ekskluzji ich z publicznego dyskursu, za adoptowanie strategii marginalizacyjnej, za odmawianie im miejsca w uniwersyteckim uniwersum, i oczywiście za to, że nie doceniam nowych trendów badawczych)
***
Tygodnik "Wprost" w artykule o minister Danucie Hübner wysunął supozycję, jakoby jej nieobecność na unijnym szczycie w Rzymie, poświęconym sprawie przyjęcia konstytucji europejskiej, była spowodowana świadomą decyzją Leszka Millera. Premier miał bowiem zarzucać Huebner niedostateczne zaangażowanie w obronę postanowień traktatu z Nicei, zbyt koncyliacyjne stanowisko względem postulatów francuskich, niemieckich i brukselskich, oraz nadmiernie pozytywny stosunek do projektu unijnej ustawy zasadniczej. Takowe wredne i nie znajdujące pokrycia w faktach insynuacje zostały szybko zdementowane przez Ewę Haczyk, rzecznika prasowego Komitetu Integracji Europejskiej. Jak w nadesłanym do redakcji liście (wspomnianym w numerze 2/2003 pisma) wyjaśnia pani Ewa, nieobecność pani minister, zaakceptowana przez pana premiera Leszka Millera, wynikała z konieczności udziału pani minister w uroczystości nadania sztandaru III Batalionowi Ratownictwa Inżynieryjnego. To tłumaczenie jest prawdopodobnie najzabawniejszym oficjalnym dementi, jakie zdarzyło się czytać Staremu Liberałowi. Jednak czym (post)komunistyczna skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Pozostaje nam tylko czekać na informację, że np. "Pan X awansował na stanowisko attache kulturalnego w Ułan Bator", albo że "Pani Y podejmie nowe wyzwania na placówce w Hondurasie". W Polsce zapewne lepiej nie będzie; ale pewnie będzie śmieszniej.
***
Bianka Mikołajewska opisuje w "Polityce" (nr 7/2004) bezkarny, "zgodny z prawem" proceder uprawiany przez komorników. Świadomie doprowadzają oni do upadku wiele firm, rujnują biznesmenów i zwykłych ludzi, przywłaszczając sobie przy tym olbrzymie majątki. I nadużywają często przemocy. Głośny był przypadek pisze Mikołajewska ? poturbowania ciężarnej kobiety przez komornika Tadeusza B. z Bydgoszczy. Kobieta trafiła na oddział patologii ciąży. Jej dług wynosił 150 zł. Komornik zajął w mieszkaniu sprzęt o wartości 1 tys. zł.
Na straży bezkarności komorników stoją sądy oraz ich "cech" ? Krajowa Rada Komornicza.
***
W reaktywowanym "Życiu" Tomasza Wołka (nr 9/2004) Piotr Semka, bodaj najbardziej nieobiektywny dziennikarz po "naszej" stronie sceny prasowo-politycznej, pisze sobie takie oto kwiatki: Dziś nazwa AWS budzi u wielu Polaków rozgoryczenie. Ja wolę pamiętać nie o partyjnych i personalnych gierkach, ale o tamtym "gwiezdnym czasie", kiedy wielu ludzi uwierzyło, że możliwa jest druga rewolucja "Solidarności". No i tyle pozostało nam z troski o narodową pamięć, której potrzebę kultywacji Semka wyraża na każdym kroku. A poza tym redukowanie kompletnej degeneracji, jaką prezentowała Akcja Wyborcza Solidarność, tylko do partyjnych waśni i przepychanek dowodzi, że Semka jest jak Burbonowie ? "niczego nie zrozumiał i niczego się nie nauczył". Główną wadą AWS była przede wszystkim nijakość i miałkość ideowo- -programowa. Personalne utarczki były tutaj wyłącznie konsekwencją. Jak to mówią ? "to nie kryzys, to rezultat". Nigdy nie byłem zdolny zaakceptować stanowiska wielu "prawicowych" żurnalistów, którzy z łatwością dostrzegając belki w oczach przedstawicieli postkomunistów (co, przyznajmy, nie należy zresztą do najtrudniejszych zadań), nie byli w stanie dojrzeć równie wielkich kłód w oczach reprezentantów obozu postsolidarnościowego. Tak rodzą się mitologie "gwiezdnych czasów" AWS, które owocują brakiem jakichkolwiek poważnych merytorycznych zmian ustrojowych po przejęciu władzy przez "nasz" obóz.
***
I na koniec pozornie niepolityczna informacja z "Newsweeka" (nr 4/2004) odnośnie do reality show przygotowanego przez angielską telewizję Sky One. Oto jego treść: Sześciu Brytyjczyków, w tym żołnierz Marines, ratownik morski i instruktor narciarski, przez kilka tygodni starało się na gorącej wyspie Ibizie o względy pięknej Miriam. Zwycięzca dostawał 10 tysięcy funtów i długi urlop z dziewczyną. Nikt jednak nie odebrał nagrody, gdyż w finale Miriam okazała się... mężczyzną po hormonalnej kuracji. Panowie pozwali stację do sądu za molestowanie seksualne. Programu nie wyemitowano. Cóż ta informacja ma wspólnego z polityką? Otóż mam wrażenie, że równie szokujące niespodzianki spotykają po wyborach w Polsce naiwny elektorat.
Stary liberał
Wyświetlony 7909 razy

Więcej w tej kategorii: « Dziesięć pytań "Ronald Reagan..." »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.