sobota, 02 październik 2010 12:27

Niedźwiedzia przysługa

Napisane przez

Głód, pragnienie i ubóstwo to nasze pierwsze skojarzenia z państwami trzeciego świata. Gdy widzimy w telewizji małego Koreańczyka, jedzącego miskę ryżu rozcieńczonego wodą, napawa nas to żalem i wściekłością. I choć wiadomo, kto jest temu wszystkiemu winien, za jedyną możliwość ratunku dla mieszkańców państw, dla których określenie "rozwijające się" jest niezasłużonym komplementem, większość ludzi uważa finansową pomoc za pośrednictwem takich organizacji, jak np. ONZ. Pomoc, która zanim dotrze do potrzebujących, wpierw przeleje się przez sito utworzone przez egzotycznych dyktatorów.

 

Odpowiedzi na pytanie, dlaczego państwa kultury europejskiej oraz azjatyckie tygrysy są bogate, a, uogólniając, reszta świata głoduje, jest wiele. Zacznijmy od najbardziej banalnej: świat nie jest idealny, nie wszyscy mogą być bogaci. To jednak nie jest wystarczającym wytłumaczeniem. Ślepy los musiałby być bowiem szalenie konsekwentny, lokując bogatych na północy globu, a biedę równomiernie rozdzielając pomiędzy mieszkańców półkuli południowej.

Wredny biały człowiek
Pobieżna znajomość historii może wskazywać na inną przyczynę ubóstwa. Dzisiejsze państwa trzeciego świata były przez znaczną część znanych nam dziejów terytoriami podległymi, jako kolonie, takim imperiom, jak Hiszpania, Portugalia, Wielka Brytania czy Francja. Proces dekolonizacyjny (odzyskiwanie niepodległości przez kolejne kolonie) rozpoczął się dopiero po II wojnie światowej ? zaledwie 50 lat temu. Wydawać by się mogło, że biali panowie wpierw wycisnęli kolorowych jak cytrynę, po czym, gdy niewiele miąższu już pozostało, wyrzucili ją na śmietnik.
Lista grzechów byłych kolonizatorów na tym się nie kończy. Kolonializm nie skończył się ponoć jeszcze, byłe terytoria zależne nadal są wykorzystywane. Tym razem jednak wyzyskiwaczem nie jest gubernator, lecz kapitalista. Stosując nieuczciwą konkurencję, narzuca biednym krajom niskie ceny ich produktów. Na dodatek wykorzystuje niski status materialny mieszkańców, budując w ich własnym kraju fabryki, w których robotnicy pracują za pół darmo.
Jest to typowy przykład modnego ostatnio w cywilizacji zachodniej masochistycznego samobiczowania się. Wyraża się ono poprzez branie na siebie win za czyny niepopełnione oraz poprzez nadmierne nagłaśnianie i wyolbrzymianie występków własnych przodków. Najwyraźniej najgłośniejsi szermierze tych tez muszą mieć coś poważnego na sumieniu, skoro takimi metodami pragną zapewnić sobie jego spokój. Powyższe zarzuty dotyczące wyzysku państw trzeciego świata są bowiem całkowicie sprzeczne z faktami.
Faktem jest, że kolonie były wykorzystywane. Nie mówię tylko o niewolnictwie, z którym działalność "gringo" w Ameryce, Azji czy szczególnie Afryce się nam kojarzy. Tereny zależne politycznie od Londynu, czy Paryża były w dużej mierze wykorzystywane gospodarczo. Ograniczano samodzielność gospodarczą kolonii, na które nakładano wysokie cła w celu wymuszenia zakupu produktów pochodzących li tylko z metropolii. Nakładano na kolonie także wysokie podatki, co z oczywistych względów nie podobało się ich mieszkańcom. Ludność tubylcza przez bardzo długi okres nie miała równych praw względem białych osadników. Oczywiście, kolonializm to także rozwój gospodarczy i techniczny nowo odkrytych kontynentów. Jednak straty, jakie poniosły podbite ludy, przewyższają zyski poniesione z podbojów. Nie to jest jednak przyczyną biedy w krajach trzeciego świata. Malezja uzyskała dopiero w 1957 roku pełną niezależność od Wielkiej Brytanii ? dziś jest jednym z najbogatszych i najlepiej rozwijających się państw naszego globu.
Argument "neokolonialny" także opiera się na błędnej interpretacji faktów. Według zwolenników tzw. uczciwego handlu, państwa bogatsze powinny płacić za produkty wytwarzane w Afryce, czy Ameryce Południowej "godziwą cenę". Niski zysk osiągany na wymianie międzynarodowej nie jest jednak przyczyną biedy, a jej skutkiem i jej symptomem.

Prawdziwe przyczyny ubóstwa
A jednak to właśnie biali, bogaci i możni są w dużej mierze winni biedzie czarnej Afryki, mieszkańców przedmieść Rio de Janeiro i północnokoreańskiego megakołchozu. Jak wygląda gospodarka w państwach trzeciego świata? Wbrew twierdzeniom różnej maści antyglobalistów, nie ma ona nic wspólnego z krwiożerczym kapitalizmem i wolnym rynkiem. Wszędzie, gdzie istnieje ogromny odsetek ludzi niedożywionych, różnice w zarobkach są gigantyczne, a jedynym ekonomicznym wskaźnikiem, który pnie się w górę, jest inflacja, gospodarka jest całkowicie lub niemal całkowicie uzależniona od państwa. Nie ma tam mowy o subtelnym styku polityki z biznesem. Polityka jest tam jak zboczeniec, który w celu wykorzystania biznesu trzyma go w mało namiętnym uścisku i ani myśli o tym, by go wypuścić. Prawo własności traktowane jest jako przywilej należny tylko nielicznym. Dla przykładu, Haiti jest wyspą, na której trzeba czekać do dwudziestu lat na przyznanie prawa własności do prymitywnej budy, którą zbudowało się, by mieć dach nad głową.
Winę za ten stan ponoszą oczywiście w pierwszej kolejności elity rządzące w tych krajach. Ludzie ci jednak nie wyrośli na drzewach. W większości są to absolwenci zachodnich wyższych uczelni, po korytarzach i krużgankach których nieprzeciętnie często krąży widmo komunizmu. Obrabianiem chłonnych tropikalnych mózgów zajmują się także intelektualiści związani z różnorakimi lewackimi think tankami w stylu Fabian Society (które w początkowym okresie swego istnienia było ideową kuźnicą angielskich wigów). Nie byłoby tragedii państw komunistycznych, gdyby Europejczyk Karol Marks nie wymyślił swojej oderwanej od rzeczywistości ideologii. Utopijne eksperymenty promowane przez zachodnie tęgie głowy doprowadziły już niejeden kraj do ruiny.

Utopia pomocy państwowej
Jedynym sposobem na likwidację głodu, jaki do tej pory biały człowiek był w stanie wymyślić i wcielić w życie, było wpompowywanie ogromnych sum pieniędzy do państw trzeciego świata. Ideę pomocy państwom nierozwiniętym (choć brzmi to niesympatycznie, wolę jednak tę nazwę niż nic nie mówiące "państwa rozwijające się") można wywieść z doktryny prezydenta USA Harrego Trumana. Uważał on, że pomagając finansowo, gospodarczo i technologicznie państwom biednym, chroni się je przed komunizmem. Doktryna Trumana jest dowodem na to, w jak dużej mierze amerykański antykomunizm jest tylko deklaratywny. Ani w teorii, ani w praktyce teza byłego prezydenta się jednak nie sprawdziła. Jeżeli bowiem gospodarka jakiegoś państwa opiera się na dotacjach (czy to obcych, czy własnych dla własnego przemysłu), to owszem, można w ten sposób ochronić je przed Związkiem Radzieckim, ale nie przed socjalizmem. Poprzez subwencje rozleniwia się społeczeństwo i uzależnia od dalszej pomocy. W chwili odcięcia strumienia pieniędzy może dojść do rewolucji, która wyniesie do władzy jakiegoś populistę, który natychmiast ukróci (lub skróci ? o głowę) działalność przedsiębiorczych jednostek. W praktyce strategia Trumana także zawiodła: większość byłych kolonii weszło po II wojnie światowej w sferę wpływów ZSRR, zaś na uchronienie przed komunizmem reszty nowych państw większy wpływ miała walka zbrojna, niż hojne datki Zachodu.
(?)
Stefan Sękowski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 6178 razy
Więcej w tej kategorii: « Prawybory w USA Niech szaman śpiewa »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.