sobota, 02 październik 2010 12:47

Żeśmy są, kurna, Europejce - Jak to będzie po maju

Napisał

W maju wchodzimy do Unii. Euroentuzjaści nie szczędzą łez wzruszenia, że Polacy stali się EUROPEJCZYKAMI. Andrzej Lepper jeździ do Brukseli na weekendy i bryluje w tamtejszym wielkim świecie. Ma błyskotliwego tłumacza.

Pozostali Polacy jak zwykle zajmują się swoimi sprawami, specjalnie się tym wszystkim nie przejmując. Znaczna część mężczyzn w wieku produkcyjnym oddaje się jak zwykle spożywaniu napojów alkoholowych, z rosnącą przewagą win owocowych oraz nalewek. Inni wolą piwo albo wódkę.
Ceny ani drgną. Przez jakieś dwa tygodnie, może trzy. Potem zaczyna drożeć odzież. Import tanich ciuchów z Dalekiego Wschodu przenosi się do szarej strefy, bo legalnie sprowadzać ich nie wolno, a to podnosi ceny o łapówki dla służb granicznych oraz przeróżnych kontrolerów grasujących po sklepikach i targowiskach w pościgu za handlem nielegalną konfekcją.
Tanieją za to markowe telewizory, które w Polsce były dotąd droższe niż na Zachodzie. Euroentuzjaści nie posiadają się z zachwytu, że telewizor można sobie kupić o prawie sto złotych taniej niż dotąd. Oczywiście, tylko markowy, to znaczy wytwarzany w Malezji, Tajlandii albo w Chinach i sprzedawany pod jakąś znaną firmą.
Telewizory niemarkowe ? to znaczy wytwarzane w Malezji, Tajlandii albo w Chinach i sprzedawane pod jakąś nieznaną firmą ? które kupowała większość Polaków, drożeją, bo pochodzą spoza Europy. Euroentuzjaści wyjaśniają Polakom, że lepiej kupić telewizor markowy, bo bleblebleble i nadal szaleją z entuzjazmu. Niemarkowe telewizory przenoszą się do szarej strefy.
Zaczyna drożeć chleb. Euroentuzjaści mimo to szaleją z zachwytu, ale co jakiś czas przerywają stan euforii, żeby surowo napiętnować spekulantów, którzy podnoszą ceny chleba, bo bleblebleble. Zaraz potem entuzjazm im wraca i zapewniają Polaków, że odpowiednie służby skontrolują, wymierzą spekulantom kary, po czym wszystko wróci do normy. Dodają, że chleb wprawdzie zdrożał, ale za to staniało masło, więc razem wychodzi się do przodu, byle grubo smarować.
To, że znaczna część polskich mleczarń została pozamykana, a masło pochodzi z magazynów gdzieś w zachodniej Europie i ma jakieś pięć lat, a za to nie ma smaku, nie jest takie ważne. Technologie przechowalnictwa rozwijają się na Zachodzie w zawrotnym tempie.
Ceny kiełbasy ani drgną, bo wytwarzana jest ona zgodnie z normami w sterylnych firmach ze zwierząt hodowanych w przemysłowych gospodarstwach hodowlanych. Euroentuzjaści szaleją z zachwytu i w tym stanie nie dostrzegają, że smak polskiej kiełbasy stał się taki sam, jak kiełbasy, którą można kupić w hipermarketach niemieckich czy holenderskich. To znaczy ? najbardziej przypominający smak pudełka od butów wytworzonego z ekologicznej tektury.
Przed zmrokiem po mieszkaniach krążą handlarze, którzy sprzedają zza pazuchy kiełbasę wytwarzaną w zakonspirowanych wytwórniach. Policja ściga ich wytrwale, powstaje specjalny pion antykiełbasowy, którym kierują stare wygi, przesunięte z wydziałów antynarkotykowych. Nielegalna kiełbasa jest horrendalnie droga, bo koszty konpiracyjnego wytwarzania i sprzedaży są wysokie. Euroentuzjaści nie kryją obrzydzenia dla spekulantów, którzy nie dość, że produkują wędlinę w warunkach nie zapewniających higieny, to na domiar złego bogacą się, zdzierają skórę z nieświadomych nabywców. Ludzie jednak oszczędzają, żeby choć raz na tydzień zjeść dziesięć deka nielegalnej kiełbasy.
Poza tym pojawiają się nielegalni sprzedawcy masła wytwarzanego pokątnie po gospodarstwach rolnych. Posiadanie zsiadłego mleka w ilościach większych niż litr karane jest mandatem.
Nadal drożeje chleb, ale za to tanieją rozmowy telefoniczne i Internet, bo do Polski wchodzą zagraniczne firmy telekomunikacyjne. Euroentuzjaści nie posiadają się z zachwytu, że mamy wreszcie łączność ze światem tańszą o całe dwa grosze za minutę.
Przez cały czas drożeje euro. Euroentuzjaści nie posiadają się z zachwytu, że rodacy, którzy wyjeżdżają za granicę do pracy przy zbieraniu truskawek, jabłek czy czegoś tam jeszcze, wracają bogatsi. Patrzcie, jakie szanse dała wam Unia, wołają. Eksporterzy są zadowoleni.
Do polski napływa falami spekulacyjny kapitał, bo na dużych wahaniach kursów walut dobrze się zarabia. Ceny detaliczne zaczynają rosnąć, bo większość towarów na rynku pochodzi z Unii, więc import rozliczany jest w euro.
Rośnie deficyt budżetowy, bo zadłużenie państwa i odsetki liczone są w coraz droższym euro. Ponadto koszty wprowadzania standardów unijnych okazały się wyższe, więc deficyt pogłębiają dodatkowe wydatki. Podwaja się liczba urzędników, a to oznacza czterokrotnie wyższe wydatki budżetu na administrację.
Dotowana żywność z Zachodu wypiera polskie produkty. Padają setki lokalnych drobnych producentów, którzy nie uzyskali unijnych certyfikatów. Świeżo upieczeni bezrobotni zaczynają się burzyć.
Niepokój zaczynają zdradzać wierzyciele państwa. Ceny papierów dłużnych lecą w dół. Zagraniczne instytucje finansowe żądają wykupienia przez rząd obligacji. Nikt nie chce Polsce udzielać pożyczek. Deficyt pogłębia się. W panikę wpadają drobni ciułacze. Wycofują gotówkę z banków, bo bardziej niż lokata opłaca się kupienie euro i trzymanie banknotów w szufladzie.
Banki zawieszają wypłaty, bo nie maja gotówki w skarbcach.

Wariant argentyński.
Tłumy ludzi, których pieniądze zostały w zamkniętych bankach, wychodzą na ulice, żądając zwrotu swojej gotówki. Rząd, który według ostatnich notowań popiera 4 proc. obywateli, nie decyduje się wprowadzić na ulice policji i wojska. Tłum najpierw demonstruje. Potem zaczyna rabować, bo do demonstracyj przyłączają się wszelkiego typu zbiry i męty.
Po dwóch tygodniach ulicznych zamieszek, kiedy zaczynają płonąć banki i ratusze, rząd każe policji zaprowadzić porządek. Policja jednak nie potrafi sobie poradzić z demonstrantami, którzy w ciągu tych dwóch tygodni zdołali spontanicznie wyłonić przywódców i zorganizować się. Sporadycznie wybuchają strzelaniny. Tłum rozbraja policjantów, tworzą się uzbrojone bojówki.
Po trzech tygodniach zamieszek rząd decyduje się wysłać do miast wojsko, które przez cały ten czas czekało w gotowości, oglądając w telewizji relacje z demonstracyj i zamieszek i rozmawiając przez komórki z krewnymi oraz znajomymi, więc mocno się zdemoralizowało. Rodzice szeregowców też potracili pieniądze, które mieli na kontach, oficerowie również niepokoją się o swoje pieniądze pozostawione w bankach. Wojsko wyjeżdża na ulice, ale odmawia strzelania do ludzi. Szeregowcy i niektórzy oficerowie bratają się z tłumem, inni wycofują się do koszar.
Rządy państw Unii z rosnącym niepokojem śledzą wydarzenia w Polsce. W trzecim tygodniu zamieszek wschodnia granica przestaje być szczelna. Tłumy Rosjan, Białorusinów i Ukraińców wjeżdżają do Polski i przez otwartą granicę z Niemcami przedostają się do Unii. Zanim rząd niemiecki się połapie, mija kilka dni. Niemcy nie mają już na granicy z Polską swoich strażników, więc obsadzają ją wojskiem. Podobnie Czesi i Słowacy. Państwa Unii zaczynają konsultacje w sprawie Polski.
W Warszawie tłum wdziera się do gmachu telewizji. Ci, którzy biegli na przedzie, wchodzą do studia i żądają transmisji na żywo. Najbardziej wygadany ogłasza, że właśnie powstał Rząd Tymczasowy.
I tu pojawia się kilka możliwości.

(?)
Wojciech Jankowski, Józef Białek
Wyświetlony 5937 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.