niedziela, 03 październik 2010 20:59

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

W "Rzeczpospolitej" (nr 259/2003) Marcin Król pomstuje (i bezpardonowo postponuje) na głosy znaczącej części polskich komentatorów politycznych, którzy wyrażają obawy przed możliwym zdominowaniem struktur Unii Europejskiej przez oś francusko-niemiecką. Król uznaje takie przestrogi za "czystą komedię", albowiem, jak zapytuje retorycznie, któż, jak nie Francja oraz Niemcy miałby rządzić w instytucjach wspólnotowych? No tak, po referendum wreszcie można pisać szczerze. Stary Liberał z pewną taką nieśmiałością poważa się jednak na postawienie niewielkiej i skromnej wątpliwości: a cóż to się stało z interesem paneuropejskim, ze wspólnym dobrem mieszkańców kontynentu, z podmiotową rolą Polski w nowej globalnej architekturze geopolitycznej, z równoprawnym usytuowaniem wszystkich państw w obrębie UE i resztą tego uroczego prointegracyjnego ecie-pecie, którym namiętnie karmiono złaknionych Europy obywateli przed czerwcowym głosowaniem powszechnym?



***

W zbliżonym do środowiska Prawa i Sprawiedliwości kwartalniku "Międzynarodowy Przegląd Polityczny" (nr 4/2003) Tomasz Grzegorz Grosse, doktor socjologii oraz ekspert (hi, hi...) Instytutu Spraw Publicznych do spraw polityki regionalnej Unii Europejskiej, z wielkim zapałem przekonuje czytelników, że struktury unijne charakteryzuje "specyficzna kultura organizacyjna", której wyznacznikami są "transparentność procedur, większe uspołecznienie podejmowania decyzji, decentralizacja niektórych struktur organizacyjnych, profesjonalizacja korpusu urzędniczego, większa dbałość o rzetelne wykorzystywanie funduszy publicznych". Cóż, szeroko ostatnio analizowanym przykładem tak silnie wysławianej przez autora jawności działania, niezwykle dogłębnej troski o środki publiczne, jak również doprawdy wyjątkowego poziomu kompetencji brukselskiej administracji, byłaby zapewne aktywność urzędników Eurostatu, by nie odwoływać się już do faktu, znanego prawdopodobnie nawet ekspertom z Instytutu Spraw Publicznych, odwołania całego składu Komisji Europejskiej (której szefował Jacques Santer) z powodu korupcji i nepotyzmu. Zresztą w dalszej części swojego artykułu Grosse wysuwa jeszcze bardziej intrygującą supozycję, pisząc, że promowanie liberalizacji globalnego handlu stanowi realizację interwencjonizmu państwowego, ukierunkowanego na pobudzanie rozwoju gospodarczego, zwiększanie eksportu i podwyższanie konkurencyjności krajowych przedsiębiorstw. No, ale w świecie, w którym liberalizacja gospodarcza oznacza po prostu inną postać etatyzmu i interwencjonizmu, administracja Unii Europejskiej faktycznie może funkcjonować jako emblemat decentralizacji, jawności proceduralnej, profesjonalizmu czy też demokratyzacji procedur decyzyjnych...

***

W "Najwyższym Czasie" (nr 46/2003) Jan Parys, były minister obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, wiceprzewodniczący Fundacji "Polsko-Niemieckie Pojednanie" oraz doradca zarządu Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego w Warszawie (przyznają Państwo, niespotykanie wszechstronny człowiek...), ubolewa nad swoim losem, twierdząc, że "w tej chwili istnieje akcja publicznego unicestwiania osób, wokół których mógłby powstać ruch polityczny naruszający status quo ustalone przy tzw. okrągłym stole". Można te słowa skwitować uśmiechem, wzruszeniem ramion bądź uwagą o kolejnym niespełnionym z buławą w tornistrze. Zastanawiam się, czy czytelnicy "Opcji na Prawo" są w stanie wyobrazić sobie nieprzebrane tłumy chłopów, robotników i inteligencji pracującej, które pod przewodem p. Parysa udają się szturmować budynek Parlamentu? Bo Stary Liberał nie bardzo potrafi... Z pewnością należałoby natomiast szerzej rozpowszechnić ulubiony przez eksministra sposób spędzania wolnego czasu, który polega na czytaniu dzieł św. Tomasza z Akwinu. Ciekawe tylko, czy w oryginale. Mówiąc poważniej, jakiekolwiek szanse na zmianę sytuacji w Polsce mogą zostać urzeczywistnione tylko pod warunkiem przyjęcia kompleksowego planu reform, do których od dawna nawołują środowiska konserwatywno-liberalne. Pokładanie nadziei w rozpędzeniu "okrągłostołowej" elity politycznej (aczkolwiek pożądanym) oraz zastąpieniu jej "naszymi uczciwymi ludźmi" z natury rzeczy musi skończyć się rządami drugiej AWS, kiedy to ponoć jeszcze nigdy w historii tak niewielu nie zawiodło tak bardzo tak licznych. Ujmując zagadnienie w dość nieliberalny sposób ? w tym przypadku decyduje system, a nie jednostki..

***

Elżbieta Isakiewicz ("Gazeta Polska", 45/2003) wyraża swoje zbulwersowanie rzekomo nagminnym w polskich placówkach handlowych procederem prześwietlania dysponowanych przez klientów pieniędzy pod kątem ich ewentualnej fałszywości. Dziennikarka uznaje takie praktyki za "przejaw zdziczenia", "dowód braku kultury", jak też świadectwo "krańcowego kretyństwa". Jakież to skuteczne remedium proponuje więc p. Isakiewicz, aby wyeliminować ów rzeczywiście nieszczególnie sympatyczny obyczaj? Sugestia jest tyleż prosta, co ostatnimi czasy niezwykle popularna: po prostu Unia Europejska powinna wydać stosowną dyrektywę, zakazującą "poniżania" Pani Redaktor w sklepie, oraz narzucić obowiązek jej przestrzegania wszystkim państwom członkowskim.

***

Autorowi niniejszej rubryki lektura krajowej prasy sprawia niekłamaną przyjemność szczególnie w dwóch sytuacjach. Po pierwsze, gdy napotyka na pomysły w takim stopniu przesycone absurdem, że aż spełniające rolę tematów-samograjów. Po drugie, gdy natrafia na wypowiedź tak trafną, że nadającą się do zacytowania in extenso. Z tym ostatnim zjawiskiem w postaci niemal paradygmatycznej mamy do czynienia w przypadku tekstu, zamieszczonego w "Przeglądzie Politycznym" (nr 62/63), wrocławskiego filozofa Damiana Leszczyńskiego, który to artykuł poświęcony jest tolerancji jako zagadnieniu filozoficznemu. Autor przypomina w nim o wielu ważnych kwestiach wiążących się ze współczesnym pojmowaniem tolerancji, a zwłaszcza o mało subtelnej zmianie znaczenia tego terminu z niechętnej akceptacji pewnych przekonań i zachowań ? na jednoznaczną afirmację czynów i poglądów osoby tolerowanej. Na wyjątkową uwagę zasługuje jednak następujący passus artykułu: "Transformacje sensów nie są w historii, zwłaszcza najnowszej, czymś rzadkim. W wyniku wieloletniej intelektualnej propagandy słowo "faszyzm", mające niegdyś jasno określony desygnat, zaczęto stosować do określania wszelkich poglądów odrzucających hasła egalitaryzmu, postępu i "sprawiedliwości społecznej", co sprawia, iż na miano faszysty może sobie zasłużyć zarówno patriota czy konserwatysta, jak też zwolennik Adama Smitha. Dla wielu zresztą faszyzm (czy nazizm) i komunizm stanowią odpowiedniki dwóch skrajności, prawicowej i lewicowej, nie zaś, jak jest naprawdę, dwa typy tego samego, lewicowego i kolektywistycznego podejścia do polityki [...] Najbardziej drastyczne próby redefinicji utrwalonych przez wielowiekową tradycję pojęć dokonywane są przez radykalne ruchy "emancypacyjne", jak same się zwą, dzielnie powielające wypracowany przez marksizm model walki o dobro ludzkości. Dla marksistów słowo "mieszczanin" [raczej "burżuj" ? S.L.] było synonimem potwora. Każdy przeciwnik ich doktryny mógł być podciągnięty pod pojemne hasło "wróg ludu", człowiek przywiązany do tradycji automatycznie stawał się "reakcjonistą", bogatszy chłop "kułakiem", a właściciel małego sklepiku "spekulantem". Nie inaczej jest dziś. W języku feministek takie choćby słowa, jak "dom" czy "kuchnia" nabrały złowrogiego wymiaru i kojarzone są z czymś na podobieństwo sali tortur bądź miejsca kaźni. "Małżeństwo" stało się synonimem niewoli i nawet nadużywany termin "równość" nabrał opacznego sensu, oznacza bowiem sytuację, w której jedna z płci otrzymuje jakieś specjalne przywileje i parytety. Mówiąc krótko ? ideologiczne pranie mózgu zaczyna się od reformy słownika, gdyż reformatorzy społeczni aż nazbyt dobrze wiedzą, że byt nie do końca kształtuje świadomość. Jeśli chce się ją zmieniać, trzeba zająć się przede wszystkim sferą kultury". Niby wszystkie te uwagi to truizmy; jednak trzeba je stale przypominać, dążąc do wyjścia z herbertowskiej "zapaści semantycznej".

***

W kwartalniku monarchistów "Pro Fide, Rege et Lege" (nr 4/2003) Adam Wielomski relacjonuje poglądy gospodarcze wielkiego francuskiego konserwatysty Jacquesa Bainville'a (1879-1936), którego kilka opinii trafnie wydaje się oddawać współczesnego ducha czasów: "Socjalizmu nie ma już na ulicach, nie ma go na barykadach, w pochodach i manifestacjach. Przeprowadził się do ustaw"; "XIX-wieczne państwo liberalne przekształciło się w "państwo-Boga", "państwo-pielęgniarkę", "państwo-przedsiębiorcę""; "nie ma nic straszniejszego niż wolność dana państwu do drukowania papierowego pieniądza". Dodajmy zresztą, że w tym samym numerze przedrukowany jest artykuł polskiego konserwatysty Jana Bobrzyńskiego, unaoczniający czytelnikom, że nasza myśl polityczna ma jednak, wbrew licznym głosom przeciwnym, chlubne liberalne czy leseferystyczne tradycje. Krakowski polityk pisał bowiem: "Ogarnął Polskę prawdziwy zalew etatyzmu i biurokracji, hamujący od początku dotkliwie normalny rozwój Państwa, nakładający na społeczeństwo i jego pracę publiczną nieznośne pęta [...] Jesteśmy świadkami wcielanego w życie paradoksu, że w miarę rozpowszechniania się haseł i idei demokratycznych, coraz radykalniejszych, obiecujących szerokim warstwom społeczeństwa raj wolności, w miarę niemal nieograniczonego rozszerzania praw obywatelskich, państwo-moloch zagarnia coraz dalsze dziedziny prywatnego życia i pracy, ingerując wszędzie, hamując coraz dotkliwiej swobodę osobistą, regulując drobnostkowo każdy niemal ruch i krok obywatela, wydzierając jednostce i inicjatywie prywatnej coraz większe obszary z ich dotychczasowego zakresu działania i wprowadzając wszędzie swój ciężki, [...] często nieudolny, a zawsze wielce kosztowny aparat biurokratycznej administracji [...] Wszystko, co się w kraju tworzy lub ma tworzyć w jakiejkolwiek dziedzinie robi i ma zrobić państwo. Rząd lub wyłonione przez niego instytucje oficjalne, albo już co najmniej samorządy, występują w coraz szerszym zakresie nie tylko jako kierownicy gospodarki narodowej, ale wprost jako przedsiębiorcy, eliminując z dnia na dzień coraz więcej przedsiębiorców prywatnych, utrudniając im różnymi ciężarami i więzami inicjatywę i chęć do pracy [...] Ustrój państwowy podrywa i niszczyć zaczyna zasadnicze podstawy najproduktywniejszych prywatnych warsztatów pracy, stanu posiadania i prawa własności w ogóle [...] Nieracjonalny ustrój podatkowy, skierowany wyraźnie ku pognębieniu doskonalszych warsztatów pracy, przeróżne reglamentacje finansowe i formalne oraz niezliczona moc wszelakich nakazów i zakazów w każdej dziedzinie, w których współzawodniczą na wyścigi wszystkie nasze dykasterje urzędowe ? oto wymowne symptomy tego postępowego etatystycznego paraliżu [...] Zaraża się nim i inicjatywa prywatna [...] bo consuetudo altera natura. Stopniowo przyzwyczajają się wszyscy w swych zamierzeniach myśleć tylko przez państwo i to tak dalece, że dzisiaj już prawie żaden projekt nie rodzi się w niczyjej głowie bez równoczesnej kalkulacji na pomoc państwa [...] Panuje w kraju nastrój wybitnie antykapitalistyczny [...] rozwichrzony, bezmyślny radykalizm, podsycany ustawicznie przez demagogów [...] Stoimy pod znakiem powolnej i spokojnej, ale niemniej postępującej naprzód socjalizacji, która z roku na rok, to wyraźnie, to nieuchwytnie, prawem i lewem, bez względu na zmiany rządów i przemiany w naszych ugrupowaniach politycznych, ogarnia nie tylko cały ustrój państwowy, nie tylko stan posiadania i pracę prywatną, ale równocześnie i psychikę społeczeństwa [...] Wśród zawieruchy zmagań partyjnych [...] nie dostrzegamy, nie czujemy nawet tego żelaznego walca etatyzmu i socjalizacji, który toczy się naprzód nieubłaganie, nie hamowany na serjo przez nikogo, niwelując coraz bardziej usiłowania i swobodę jednostki na rzecz machiny państwowej, w myśl założeń socjalistycznych [...] Jesteśmy jak niemowlę, które bez państwa-piastunki boi się kroku postawić". Diagnoza ta została postawiona w 1927 roku... Prawda, że jej aktualność jest uderzająca także w dobie polskiej "transformacji" ustrojowej?

***

W "Dziś" M. F. Rakowskiego (nr 11/2003) Marek Ross dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat genezy i reperkusji zabójstwa szwedzkiej minister(ki) spraw zagranicznych Anny Lindh. Z wyraźnie wyczuwalnym smutkiem konstatuje, że mordercą nie okazał się być żaden nazista czy faszysta, względnie "35-letni etniczny Szwed, syn oficera-rasisty i mitoman, obracający się w kręgach nazistów i... sztokholmskiego high life'u". Cóż, skoro nie udało się obciążyć winą za zbrodnię żadnego "skrajnie prawicowego" fanatyka, ksenofoba, antysemity i wroga integracji europejskiej, należy poszukać jakiegoś innego kozła ofiarnego. Dla wszelkiej maści lewicy niedopuszczalne jest bowiem założenie, że to jednostki są odpowiedzialne za podejmowane przez siebie czyny. Co najmniej od czasu francuskich XVIII-wiecznych komunistów utopijnych (a dalej Jana Jakuba Rousseau i Piotra Kropotkina), winnych poszukuje się wszędzie, byle tylko nie obarczać odpowiedzialnością samego sprawcy. Niemniej jednak dokonana przez dziennikarza identyfikacja tego czynnika, który przyczynił się do śmierci szanowanej pani minister, charakteryzuje się niezaprzeczalną oryginalnością. Otóż w tym przypadku winny okazuje się bowiem... neoliberalizm. Tak, tak, Friedrich August von Hayek i Milton Friedmann jako intelektualni podżegacze i duchowi ojcowie zabójstwa pani Lindh... Przyznajmy, że tego nawet Mrożek by nie wymyślił.

***

W "Gazecie Polskiej" (nr 46/2003) Jacek Kwieciński wyraża nadzieję, że na Zachodzie nie zyskała obecnie przewagi opinia, iż "żołnierz nie powinien ginąć na wojnie, że skandalem jest, gdy w jej trakcie spotka go krzywda". Niestety, obawiam się, że podobne oczekiwania są raczej płonne, który to pogląd uzyskuje zresztą potwierdzenie przez stale narastającą w Polsce medialną histerię na tle rzeczywistych, potencjalnych i domniemanych ataków zwolenników Saddama Husajna (względnie Al-Kaidy) na placówki polskich żołnierzy w Iraku.

***

"Tygodnik Powszechny" (nr 47/2003) zamieszcza artykuł znanego filozofa Zygmunta Baumana, onegdaj marksisty, a obecnie teoretyka "ponowoczesności", w którym nawołuje on do koniecznej i już spóźnionej "repolityzacji gospodarki". Nawiązując do tez niemieckiego socjologa Wolfa Lepeniesa, Bauman dowodzi, że ponowne poddanie gospodarki politycznym wpływom jest niezbędnym warunkiem przetrwania demokracji, ponieważ bez tego posunięcia "rosnąć będą niepowstrzymanie rozmiar ludzkiej krzywdy i potencjał wybuchowy społecznej niesprawiedliwości, a więdnąć solidarność ludzka i wątleć szanse wspólnoty". Hmm, jeżeli życzenia i postulaty szanownego pana profesora miałyby się ziścić, to dla Polski rysują się niemal świetlane perspektywy. Możemy bowiem łatwo znaleźć się w awangardzie socjalist... tfu, europejskiego i humanistycznego postępu. Gdzie jak gdzie, ale w kraju na brak kontroli sfery ekonomicznej i społecznej poprzez różnorakie mechanizmy polityczno-biurokratycznej regulacji nie możemy przecież narzekać. A swoją drogą, jakżeż potężnej dawki doktrynerstwa i postrzegania świata przez totalnie zideologizowane okulary potrzeba, aby nie dostrzegać na obszarze całej cywilizacji zachodniej ściśle symbiotycznych związków polityki i ekonomiki? Sukces bądź porażka w dziedzinie gospodarczej są nader często uzależnione od postępowania politycznych decydentów. Pozostaje więc tylko zadedykować Baumanowi aforyzmy Francisa Bacona, zamieszczone w "Forum Myśli Wolnej", tj. "krakowskim magazynie racjonalistów" (nr 18/19): "Rozum ludzki, skoro raz przyjął pewien pogląd (czy to dlatego, że jest on tradycyjnie uznawany, czy też dlatego, że jest nam przyjemny), wszystko inne ściąga na jego poparcie i potwierdzenie. I choć większa jest może siła i liczba wypadków, które przemawiają przeciwko temu poglądowi, mimo to jednak nie zwraca na nie uwagi i albo lekceważy je, albo wprowadzając pewne drobne rozróżnienie usuwa je i odrzuca ? kierując się uprzedzeniem grożącym poważnymi i zgubnymi następstwami, ażeby tylko powaga owych poprzednich koncepcji pozostała niezachwiana [...] Człowiek łatwiej wierzy w to, co wolałby, aby było prawdziwe". Natomiast jeżeli czegoś rzeczywiście potrzebujemy, to raczej ortodoksyjnego i rygorystycznego oddzielenia politycznego i ekonomicznego obszaru ludzkiego działania, a nie zdominowania gospodarki przez polityków.

***

W "Rzeczpospolitej" (nr 275/2003) Piotr Nowina-Konopka, bodaj najbardziej zapiekły przedstawiciel obozu euroentuzjastów, apeluje, aby nie uznawać Polaków ubiegających się o wysokie intratne posady urzędnicze w Brukseli za osoby kierujące się li tylko merkantylnymi pobudkami, albowiem w rzeczywistości tak naprawdę kieruje nimi "szlachetna nadzieja, by w dobrze zorganizowanej administracji unijnej móc coś pożytecznego zrobić dla Europy, dla Polski i dla swoich rodzin". Taak, a świstak siedzi i zawija... Nie chodzi mi tutaj o potępianie finansowej motywacji ? kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień. Zabawny jest tylko fakt, że duża część prointegracyjnych zelotów nawet do zwykłego zawodowego wyboru danej jednostki musi dorabiać pseudo-wzniosłą ideologię.

***

W najnowszym numerze periodyku prawniczego "Ius et Lex" (1/2003), poświęconym w przeważającej części problematyce moralnych, prawnych oraz pragmatycznych aspektów rozliczenia się państw i społeczeństw z totalitarną czy autorytarną przeszłością, interesującą uwagę wypowiada socjolog Paweł Śpiewak: "Komunizm opierał się na rozbiciu własności, na usunięciu wszystkiego, co jest podstawą społeczeństwa obywatelskiego. Tymczasem likwidacja wolnego rynku jest groźniejsza dla państwa nawet niż ograniczenie wolności słowa. Jestem o tym głęboko przekonany. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Niewiele się zmieniło. Wciąż te same instytucje, reguły instytucjonalne i ludzie, którzy tymi instytucjami zawiadują. Tu przełom jest najsłabszy i to jest problem niedokończonej reformy państwa. Retoryka wolnego rynku wygrała, ale wolny rynek faktycznie to raczej wolne żarty". Nic dodać, nic ująć ? może z jednym wyjątkiem. Nie do końca zgadzając się z dokonaną przez Śpiewaka gradacją ważności wolności słowa oraz wolnego rynku, wypada przypomnieć, że zachodzi pomiędzy nimi immanentny związek. Bez wolności słowa nie ma wolnego rynku ? nie można wszak założyć gazety, radia, telewizji o dowolnym profilu programowym, co jest przecież dość istotnym elementem swobody gospodarowania. I odwrotnie, bez wolnego rynku nie jest możliwa wolność słowa, albowiem tak formalna, jak i materialna, dominacja władzy publicznej nad podmiotami społecznymi oraz prohibitywne (wywołane wysokimi podatkami, opłatami koncesyjnymi, kosztami licencji, składkami itd.) koszty wejścia na rynek częstokroć skuteczniej aniżeli cenzura prewencyjna uniemożliwiają krytykę "możnych tego świata".

***

W grudniowym "Nowym Państwie" przeprowadzono debatę na temat kształtu lewicy w Polsce. W debacie wzięli udział: Ludwik Dorn, Kinga Dunin i Tomasz Nałęcz. Jeżeli jeszcze ktokolwiek ma złudzenia co do moralno-intelektualnego kształtu polskiej lewicy, niech przyjrzy się tej lewicowej biegunce intelektualnej: Dunin: Lewica domagająca się wolności światopoglądowej, wolności wyboru, domaga się jej dla całego społeczeństwa, a nie tylko dla siebie. Nałęcz: To jak Pani widzi możliwość funkcjonowania w partii lewicowej katolika? Dunin: To taki katolik, który żyje zgodnie ze swoją moralnością, ale nie narzuca jej innym. Nałęcz: No nie, nie, nie! Jak katolik może zagłosować w sejmie za ustawą aborcyjną, nie wchodząc w konflikt z własnym sumieniem? Dunin: Normalnie! To jest bardzo proste i dlatego właśnie nie jesteście lewicowi, że tego nie rozumiecie. I wszystko jasne: by być prawdziwym lewicowcem, trzeba być wedle p. Dunin idiotą (np. katolikiem "żyjącym wedle własnej moralności") do tego pozbawionym podstaw etycznych. Zresztą o tym też w tej debacie jest, a jakże: Dunin: Jeżeli my podnosimy aborcję i prawa kobiet, to dla nas, dla wielu ludzi i wielu ugrupowań w Polsce są one ważne. Wiążą się z całościową wizją świata, pewną wrażliwością moralną. Walka o dopuszczalność aborcji, wedle p. Dunin, wypływa z wrażliwości moralnej. Oczywiście, lewicowej. Smutne jest podsumowanie p. Nałęcza (zupełnie nie przystające do jego głosu w całej debacie). Nałęcz: Cenię sobie w Polsce to, że pojawia się nowa lewica (to między innymi o p. Kindze Dunin). To na pewno bardzo interesujący ruch, głównie intelektualny.

***

Komentarz redakcyjny w "Myśli Socjaldemokratycznej" (nr 3/4/2003) informuje jakże licznych czytelników tego prestiżowego pisma, że generał Wojciech Jaruzelski reprezentuje ten nurt polskiej lewicy, dla którego "dobro Polski i wierność socjalistycznym ideałom liczyły się najbardziej". Niestety, jednoczesna realizacja tych dwóch celów to contradicto in adiecto... W dalszej części pisma Jacek Kuroń przekonuje, że w bliskiej przyszłości globalny kapitalizm doprowadzi do sytuacji, w której 80% społeczeństwa będzie trwale bezrobotna, a praca 20% osób wystarczy na zaspokojenie potrzeb ludzkości. Kuroń powiela tutaj klasyczne lewicowe prognozy, znane w tej czy innej formie conajmniej od czasów marksistowskich. Jak zawsze, już to kapitalizm, już to imperializm, już to globalizacja, miały nieuchronnie doprowadzić do ekonomicznych i społecznych katastrof. Oszałamiająca kariera formułki 20/80 unaocznia przy tym niezwykłą łatwość, z jaką rozmaite absurdy przedostają się do publicystycznego, a nawet naukowego, dyskursu. Słysząc podobne proroctwa, zawsze przypomina mi się przepowiednia pochodząca bodajże z połowy XIX stulecia, zgodnie z którą na początku XX wieku miasto Paryż ostatecznie utonie pod końskimi odchodami. Po prostu system kanalizacyjny miał być niezdolny do oczyszczenia miasta w sytuacji, kiedy każdy paryżanin dysponowałby własną dorożką. Tymczasem okazało się jednak, że ów w czambuł potępiany system gospodarki wolnokonkurencyjnej znalazł rozwiązanie dla tego "problemu".

***

W niektórych amerykańskich mediach pojawiły się poglądy, że oskarżenie słynnego piosenkarza Michaela Jacksona o pedofilię motywowane jest tylko pobudkami rasistowskimi. Czyżby prawdą były opinie, że w Stanach Zjednoczonych nasila się dyskryminacja białych?

***
Stary liberał
Wyświetlony 11065 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.