niedziela, 03 październik 2010 21:13

Kolektywy równe i równiejsze

Napisane przez

W listopadzie ogłoszono wyniki sondażu, przeprowadzonego na reprezentatywnej grupie obywateli Unii Europejskiej. Mieszkańcy Europy zachodniej zostali zapytani, jakie państwo stanowi według nich największe zagrożenie dla światowego pokoju. Biorąc pod uwagę antyamerykańskie nastawienie większości Europejczyków, drugie miejsce w sondażu nie było dla nikogo zaskoczeniem (oczywiście - USA). Jednak ku zdziwieniu eurokratów chwalebny tytuł destruktora świata uzyskał... Izrael.

 

Reakcją na te wyniki było, oczywiście, ogólnoeuropejskie przerażenie. Antysemityzm na Starym Kontynencie się odradza! Jeżeli jednak zna się właścicieli ust, z których owe komentarze padają, nie można nie odnieść wrażenia, że ma się tutaj do czynienia ze swego rodzaju wewnętrzną sprzecznością. Według wszelkich zasad logiki bowiem "grupa trzymająca władzę" w UE powinna być zgodna z ludem, nad którym panuje, co do zagrożenia ze strony państwa Izrael.

Czym jest pokój?
Przeciętny człowiek przyjmuje bardzo uproszczoną definicję pokoju: pokój istnieje wtedy, kiedy nie ma wojny. Na pierwszy rzut oka wydaje się to oczywiste. Tą samą definicją kierują się także europejskie elity, wywodzące się w dużej mierze z kontestacyjnych ruchów pacyfistycznych lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Wtedy to wielu dzisiejszych zielonych, socjalistów i socjaldemokratów zaczynało swoją przygodę z polityką (np. były premier Francji Lionel Jospin czy minister spraw zagranicznych Niemiec Joschka Fischer). Według nich każda wojna jest bezsprzecznie złem i należy utrzymywać jej brak za wszelką cenę. Kto więc atakuje obce państwo, jest automatycznie zagrożeniem dla pokoju. Dlatego np. Korea Północna, poprzestająca tylko na deklaracjach i manifestacji swojej siły, stoi poza ich podejrzeniem. Co innego Stany Zjednoczone, które bombardowały Jugosławię, oraz najechały Afganistan i Irak. Jeżeli więc podwładni premiera Szarona równają z ziemią palestyńskie osiedla, automatycznie należy ich zaliczyć do burzycieli porządku i pokoju.
W rzeczywistości sprawa jest o wiele bardziej złożona. Można mieć zastrzeżenie co do zasadności agresji na Irak. Wszystkie znaki na Niebie i Ziemi wskazują na to, że prezydent Bush wymyślił sobie iracką broń chemiczną, która, choć istniała (świadczą o tym zbrodnie Saddama Husajna na irackich Kurdach po wojnie w Zatoce Perskiej), od dłuższego czasu już, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nie istnieje. Irak jest nie tylko państwem leżącym na niesamowicie roponośnym terenie, jest także rzeczywistym pomostem pomiędzy trzema kontynentami ? Afryką, Europą i Azją. Kto panuje nad tą ziemią, może mieć ogromny wpływ na politykę bliskowschodnią. I to był rzeczywisty powód interwencji. Można nie zgadzać się także z metodami działania wojsk izraelskich. Działania odwetowe na Palestyńczykach przypominają (oczywiście, na mniejszą skalę, ale zasada jest bardo podobna) likwidację getta warszawskiego przez Niemców w 1943 roku. Palestyńscy fundamentaliści, oczywiście, nie pozostają dłużni i wysadzają w powietrze żydowskie autobusy, bary i domy. Spirala nienawiści się nakręca.
Naiwnością jest jednak wykluczenie walki zbrojnej jako sposobu rozwiązywania konfliktów w ogóle. Nie mówię bynajmniej o dwóch wyżej wymienionych przypadkach, jednak istnieją sytuacje, w których użycie wojska jest konieczne. Przykład chociażby przedednia II wojny światowej, kiedy to za cierpienia dziesiątek milionów ludzi premier Wielkiej Brytanii Chamberlain kupił rok spokoju, dobitnie ilustruje słuszność tego twierdzenia.

Rozdwojenie jaźni
Pomimo swoich otwarcie głoszonych poglądów na temat rozwiązywania konfliktów międzynarodowych i etnicznych metodą walki zbrojnej, Romano Prodi, Joschka Fischer czy Gerhard Schröder są oburzeni wyborem dokonanym przez Europejczyków. Świadczy to o tym, że tak naprawdę nie wierzą oni w przekonania, które są dla nich ponoć tak istotne.
Wszyscy trzej panowie (wziąłem ich jako przykład, w rzeczywistości mówię o całym środowisku europejskiej lewicy), są przedstawicielami różnych gałęzi jednego drzewa. Wspólnym mianownikiem ideologii socjalistycznej, socjaldemokratycznej i ekologicznej (tak w skrócie można nazwać poglądy głoszone przez Zielonych) jest nie tylko walka o "sprawiedliwość społeczną" i pokój, ale i mniej lub bardziej podkreślany internacjonalizm. I chociaż cała lewica głośno krzyczy o równości narodów względem siebie, a nawet o bezpodstawności ich istnienia, w rzeczywistości nie jest w stanie odejść od schematów, które każą im wywyższać jedne nacje ponad drugie.
Dobrym przykładem tego zjawiska jest stosunek komentatorów sondy do Stanów Zjednoczonych ? które za największe zagrożenie dla pokoju uważa aż 53% ankietowanych (w sondażu można było zaznaczać więcej niż jedno państwo). Wszyscy skupili się na rzekomym antysemityzmie Europejczyków, nie wspominając prawie nic o faktycznej wrogości do Stanów Zjednoczonych, szalejącej po Europie. Większości polityków, politologów i publicystów nie dziwi pogląd, że za większe zagrożenie dla Świata można uznać państwo respektujące wolność osobistą swoich obywateli, państwo, którego działania wojenne przynoszą pozytywne skutki uboczne dla obywateli państwa pokonanego (twierdzenie, że głównym celem inwazji na Irak było oswobodzenie narodu irackiego spod panowania krwiożerczego dyktatora, jest ogromną naiwnością) ? od państwa, które stosuje od wielu lat cenzurę wojskową i od samego początku swojego istnienia prowadzi ciągłe wojny ze swoimi sąsiadami, mające przynieść jak największe zyski terytorialne. Do państwa Izrael podchodzi się jak do hinduskiej świętej krowy, której nawet dotknąć nie można, bo się obrazi.

Ideologia jednolitej masy
Aby jednak zrozumieć to podejście do narodów, ustawianie ich w hierarchii i wybieranie "nietykalnych", należy zdać sobie sprawę ze sposobu myślenia, kierującego takimi ludźmi, z logiki wspólnej zarówno dla Adolfa Hitlera, jak i dla Romano Prodiego. Ludzie ci bowiem nie patrzą na każdego człowieka indywidualnie, lecz jak na małą cząstkę większej masy, zwanej w zależności od ideologii klasą, rasą lub narodem. Józef Stalin był Gruzinem, przez którego wiele dziesiątek milionów ludzi straciło życie, a setki milionów możliwość przeżycia go w sposób godny człowieka. Czy to znaczy, że wszyscy Gruzini to komunistyczni zbrodniarze? Oczywiście, że nie i nikt co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Według obliczeń byłego deputowanego CDU do Bundestagu, Martina Hohmanna, 28,6% członków Komitetu Centralnego partii bolszewickiej było Żydami. Chociaż sam Hohmann nie twierdzi, że wszyscy Żydzi byli zbrodniarzami, oskarża się go o antysemityzm. Jego dane świadczą tylko o wysokiej reprezentatywności przedstawicieli narodu żydowskiego wśród komunistów. Były członek partii chadeckiej protestuje przeciwko traktowaniu narodu niemieckiego jak bandy zbrodniarzy, którzy, chociaż mało który esesman jeszcze żyje, nadal są odpowiedzialni za uczynki swoich przodków. W przeciwieństwie do narodu żydowskiego, którego wielu przedstawicieli nosiło krew na rękach, a których zbrodni nikt nie chce pamiętać ze względu na tragedię, jaka ów naród spotkała. W wyniku II wojny światowej ok. 6 mln europejskich Żydów straciło życie (ok. 70% całej populacji żydowskiej w Europie!). Lew Trocki (właściwie Leon Bronstein) nie miał z shoah nic wspólnego, w czasie II wojny światowej znajdował się w Meksyku. Nawet gdyby był prześladowany przez Niemców, nie zmieniłoby to faktu, że był zbrodniarzem. W pierwszej kolejności był człowiekiem, będącym odpowiedzialnym za swoje czyny. Jego pochodzenie nie ma z odpowiedzialnością za jego zbrodnie nic wspólnego.
"Dziś niemiecki generał chce zmyć tę [żydowską ? przyp. SS] krew ze swojego sztandaru zbrodniami "żydowskich bolszewików"" ? pisze Henryk Grynberg we "Wprost" z 16 listopada 2003 roku. Ciekawe, czy zdaje sobie z tego sprawę, że faktycznie jego poglądy niczym nie różnią się od poglądów ww. generała? Skoro Grynberg może obwiniać Reinharda Gönzela (bo o nim tutaj mowa) o śmierć milionów Żydów, dlaczego odbiera byłemu dowódcy niemieckich jednostek specjalnych prawo do obwiniania 2/5 CzeKi (39% składu z 1934 roku stanowili, według Hohmanna, Żydzi) o śmierć porównywalnej liczby Rosjan? Czego jednak ani jeden, ani drugi nie zrozumieją prawdopodobnie nigdy, to na pozór oczywiste stwierdzenie, że zbrodnie popełniają zawsze ludzie, nigdy narody. Odpowiedzialność zbiorowa, którą stosują obaj panowie, nie miała racji bytu w żadnym poważnym systemie prawnym. Jest ona jedną z cech charakterystycznych dla systemów totalitarnych, które ponoć wszyscy załamujący ręce nad antysemityzmem bezwzględnie odrzucają. Musimy sobie z tego zdać czym prędzej sprawę, zanim prawo odpowiedzialności zbiorowej znów zostanie zastosowane w wersji brutalnej ? tym razem wobec nieprawomyślnych i "antysemitów".
Wyświetlony 7047 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.