czwartek, 11 listopad 2010 20:12

Swój wśród obcych, obcy wśród swoich

Napisane przez

W wieku 35 lat, kiedy mijał już dwunasty rok jego kapłaństwa i służ-by Bogu, przeżył czas wielkich wzburzeń, wewnętrznego dramatu i dylematu sumienia. Niedługo przed śmiercią matka nie miała odwagi dłużej ukrywać, że nie jest jej rodzonym, a tylko wychowywanym synem.

Ks. Romuald Waszkinel żył wśród takich domysłów i własnych spekulacji od dłuższego czasu, zwłaszcza kiedy w prasie i wydawnictwach ożyły wspomnienia lat wojny i okupacji, wśród których przewijał się wątek wielu dzieci żydowskich, oddawanych często w opiekę siostrom, katolickim sierocińcom czy wręcz polskim rodzinom katolickim. Rozpoczął wtedy zawiły dialog z matką, zadając jej pytania okrężne, mające wszakże przybliżyć go do wyjaśnienia tajemnicy jego pochodzenia. Wreszcie zaryzykował pytanie wprost: "Mamo, czy ja jestem Żydem?". Matka zalała się łzami, zapewniając go, że "był zawsze i jest dla niej synem", a on już dla siebie wiedział, otrzymał w końcu ważną dla siebie, twierdzącą odpowiedź.
Przełamanie bariery milczenia przybranych polskich rodziców przyniosło jednak tylko dalszą serię bolesnych odkryć, przede wszystkim to, że nic o nim nie wiadomo, a matka też praktycznie wie bardzo mało o jego bliskich. Nie znała nawet jego prawdziwego nazwiska, nie znała też wcale jego rodziny. Zareagowała wtedy spontanicznie, jak każdy wrażliwy człowiek, kiedy podczas okupacji, w roku 1943 przyszła do niej zdesperowana Żydówka z tej samej wsi, Stare Święciany, na dawnym pograniczu polsko-litewskim i błagała, by wzięła do swojego domu jej kilkudniowego syna ? w imię Boga, w którego chyba i ona wierzy ? zapewniając, że chłopiec będzie w przyszłości księdzem. I tak się rzeczywiście stało, chociaż ani przybrany ojciec, podobnie jak przybrana polska matka, wcale go w tym kierunku nie kierowali. Sam był zdumiony własną odpowiedzią, kiedy pod koniec nauki w szkole średniej na pytanie: "Kim zamierzasz zostać w przyszłości?", odpowiedział jednym tchem: "Księdzem!".
Gdy pierwszy raz odwiedził go ojciec w seminarium duchownym, Romuald był zaskoczony zupełnym brakiem entuzjazmu dla jego postanowienia studiowania właśnie tutaj i perspektywą zostania duchownym. Był tym bardziej zdumiony, że ojciec był zawsze jego podporą. Myśl, że ojciec ma jakieś istotne powody, aby sugerować mu zasadnicza zmianę obranego życiowego kursu ? nie opuszczała go odtąd w czasie bezsennych nocy. Tym bardziej że wkrótce po tej wizycie dostał poruszającą go głęboko, tragiczną wiadomość, że ojciec niemal natychmiast po powrocie do domu zmarł na serce. Czuł, że coś bardzo dotkliwie go ugodziło. Myśl, że ma z tym coś wspólnego jego decyzja zostania księdzem, nie dawała mu spokoju.

Poszukiwanie tożsamości

Kiedy złożył więc razem pierwsze elementy wiedzy, składająca się na wyraźną odpowiedź, że jest dzieckiem żydowskim, wychowywanym w polskiej, katolickiej rodzinie ? zaczął przeżywać dramat własnej tożsamości, a w ślad za tym także pogłębiających się wątpliwości, czy jest aby na właściwym dla siebie życiowym trakcie. Postanowił odwołać się do autorytetu, któremu ufał i który osobiście bardzo wysoko cenił. Dawnego profesora z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który wykładał w czasie jego studiów etykę, a teraz wyniesionego w roku 1978, na tron papieski w dalekim Watykanie. Napisał do dawnego kardynała Karola Wojtyły, a teraz Ojca Świętego Jana Pawła II. Zapytał go w liście wprost, czy uważa on za słuszne, aby wiedząc, kim jest naprawdę, mógł i powinien kontynuować dalszą pracę i powołanie w Kościele i pozostać przy wierze katolickiej, w której go wychowano, czy też powrócić do swoich żydowskich korzeni.
Jan Paweł II odpowiedział mu osobistym listem zatytułowanym "Ukochany Bracie", w którym powoływał się na wspólnotę wielkiego dziedzictwa wiary żydów i chrześcijan, jedynego i tego samego Boga, w którego wierzą i któremu służą. Decyzję osobistą pozostawiał księdzu Romualdowi, ale zapewniał go, że znalazł się i jest, jak najbardziej, na słusznym i prawym trakcie. Te słowa Ojca Świętego, zarazem własnego autorytetu moralnego i etycznego, pomogły mu w uformowaniu całego dalszego życia. Wrócił z czasem do swojego pierwszego imienia, Jakub, i nazwiska rodowego, Weksler, ale pozostał w Kościele i umocnił się tylko w swym postanowieniu i w wierze. Kiedy spotyka się z gronem słuchaczy ciekawych jego życiowych przeżyć i perypetii, zaczyna tak, jak to uczynił na ostatnim spotkaniu w murach DePaul University w Chicago: "Kocham swoje korzenie, które odnalazłem w Starym Testamencie. I wierzę, że nie ma elementu przypadku w tym, jakimi drogami prowadzi nas Opatrzność Boża".
Świadomość, kim jest i z jakiego pnia pochodzi, wzmogła w nim tylko naturalną wolę odkrycia całej swojej żydowskiej osobowości, dotarcia do wszystkiego, co było jeszcze dlań dostępne, a wiązało się z tradycją i pamięcią jego dawnej rodziny i środowiska. Wkrótce leciał samolotem do Izraela, gdzie miał spotkać się ze swoim wujem, żyjącym w Nethanii. Nagle przebiegła mu jednak przez głowę niepokojąca myśl: jak my się na lotnisku poznamy, skoro ani on, ani ja nigdy się dotąd nie widzieliśmy? Tymczasem wuj zaczął machać do niego niezwłocznie, kiedy tylko pojawił się przy wyjściu. "Jak mnie rozpoznałeś?" ? zapytał. "Masz chód swojego ojca". Resztę tajemnic wyjaśniano już gromadnie, podczas spotkania zorganizowanego przez krajan ze Starych Święcian, jak to często teraz w tradycji emigrantów do Izraela bywa. Zadano wszystkim pytanie: "Kto był wtedy naszym krawcem we wsi? Wiadomo, że był tylko jeden, Jan Weksler. A wiec nazwisko przestało być tajemnicą. Resztę informacji zaczęto odtwarzać teraz z prędkością lawiny. Znalazło się nawet stare zdjęcie jego matki, Batii, dowiedział się, że miał brata, Samuela.
Wszyscy zginęli podczas wojny na tamtych terenach. Ksiądz Romuald ? Jakub ma ogromnie serdeczny stosunek do wszystkich okruchów tamtej przeszłości: "Kocham to, co mi po nich mi pozostało, co po nich mam ? oczy matki, dłonie ojca, łzy mojego brata".

Pamięć

Wraz z odkrywaniem kolejnych kart żydowskich relacji i tradycji pojawiła się jednocześnie myśl o wdzięczności i konieczności uhonorowania jego polskich rodziców, którzy wychowywali go z pełną miłością i oddaniem, jak własne dziecko, ryzykując przy tym podczas wojny własne bezpieczeństwo i życie. Choć byli bardzo prostymi i mało wykształconymi ludźmi, matka nawet, jak wyznał, nie umiała czytać... Aby pozostał ślad ich pamięci, ich decyzji i czynów, zwrócił się do Muzeum Yad Vashem o załatwienie niezbędnych formalności, aby mogli zostać wpisani na złotą listę "Sprawiedliwych". Tu jednak przeżył nieoczekiwany szok. Urzędnicy w Jerozolimie zwrócili mu uwagę, że aby zostać uznanym za "Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata", trzeba spełnić określone kryteria formalne. Wydaje się im, że nie zostały one w tym przypadku spełnione. Otóż zgodnie z zasadą, należało nie tylko uratować żydowskie dziecko przed zagładą i stworzyć mu warunki do przetrwania, należało także po zakończeniu wojny oddać je niezwłocznie w ręce organizacji żydowskich! Tego warunku "jego polscy opiekunowie nie dopełnili". Popełnili odstępstwo, zatrzymując go dla siebie, i jeszcze na dodatek, kierując na katolickiego księdza! Raz jeszcze bolesna rana przeszłości powróciła z całą mocą, uzmysławiając mu ostre granice podziału pomiędzy "innymi" a Żydami.

(?)
Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 7897 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.