czwartek, 11 listopad 2010 20:17

Czy ziomkostwa są zagrożeniem dla Polski?

Napisał

Organizacje skupiające Niemców wysiedlonych po II wojnie światowej były ulubionym tematem komunistycznej propagandy. Po 1989 roku okazało się, że dała ona skutki odwrotne do zamierzonych i często absurdalne. Bywało, że środowiska realizujące program jednoznacznie sprzeczny z polskim interesem narodowym postrzegano jako przyjaciół, a liderzy organizacji nie uznających granic naszego państwa pretendowali do godności honorowych obywateli polskich miast.

Praprzyczyna kontrowersji dotyczących polsko-niemieckiej linii granicznej sięga co najmniej XVIII wieku. Zagarnięcie przez Prusy zachodniej części Rzeczypospolitej i utrzymanie w posiadaniu przez ponad stulecie rdzennie polskich ziem wytworzyło w kolejnych pokoleniach naszych zachodnich sąsiadów przekonanie, że rubieże ich państwa sięgają niemal Częstochowy, Kalisza i Włocławka. Przez cały okres międzywojenny liczne organizacje protestowały przeciw granicom, jakie powstały po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości.. Te antypolskie nastroje największy rozmiar i zasięg miały na Dolnym Śląsku. Od początku lat dwudziestych aż do samego września 1939 roku organizowano we Wrocławiu szczególne wycieczki autobusowe dla gości spoza kraju i z innych prowincji Rzeszy. Ich celem było pokazywanie "krwawiącej granicy", oddzielającej "okrojone Niemcy" od "zawsze niemieckiej" Wielkopolski i "germańskiego przecież, a teraz brutalnie polonizowanego" Górnego Śląska. Głosy stanowczego sprzeciwu wobec tej "bezprecedensowej krzywdy" nie cichły przez całe dwudziestolecie, przejawiając się w działalności hojnie subsydiowanych organizacji i instytucji oraz w burzliwych demonstracjach, którym towarzyszyło np. demolowanie polskiego konsulatu. Zapewne na tym tle wyrosło poparcie dla hitleryzmu, którego skala biła tu na głowę wszystkie inne zakątki Niemiec. Jak wiadomo, wybory z 1932 roku przyniosły NSDAP w skali kraju 37,4% głosów. Na Dolnym Śląsku poparcie to wynosiło 41%, a w samym Wrocławiu ? rekordowe 57,3%. To na wrocławskim Tarnogaju powstał też pierwszy w III Rzeszy obóz koncentracyjny. Kolejny raz potwierdzała się słuszność przysłowiowej w zachodnich landach opinii, że to Prusacy permanentnie ściągają nieszczęścia na całe Niemcy. Wprawdzie efektem poparcia dla Hitlera była już jesienią 1939 roku szansa osiedlania się na obszarze podbitego kraju, ale okazała się ona możliwością krótkotrwałą.
Wielka fala exodusu ludności niemieckiej zaczęła się de facto na samym początku 1945 roku. Już w styczniu przed nadciągającą ofensywą sowiecką uciekło z Dolnego Śląska 1.600 tys. ludzi, czyli blisko połowa mieszkańców regionu. Przyszłość ludności niemieckiej, zamieszkującej poza planowanymi strefami okupacyjnymi, była już wtedy przesądzona. Wielkie mocarstwa zdecydowały jednoznacznie, że musi ona znaleźć swój dom wyłącznie za Odrą i Nysą. Ujmując łącznie uciekających przed frontem, wysiedlonych i wyjeżdżających indywidualnie, po II wojnie światowej Polskę opuściło ok. siedmiu milionów Niemców. Analogicznie Czechosłowację ? trzy mln, Węgry ? 250 tys. Liczby podawane przez niemieckie organizacje wypędzonych są niewiele większe ? doliczając ludność pochodzącą ze wszystkich krajów Europy środkowej i wschodniej sumują się (według różnych źródeł, a zarazem terminów i sposobów liczenia czy raczej szacowania) do 12-15 milionów.
W zdecydowanej większości przesiedleńcy trafili do zachodniej części Niemiec. Ci, którzy skierowani zostali do sowieckiej strefy okupacyjnej, zwykle czynili wszystko co możliwe, by przedostać się na tereny opanowane przez aliantów. Wysiedleni rzadko byli w nowym miejscu witani z otwartymi ramionami. W obiegowych opiniach wschodnie rubieże Rzeszy uchodziły za obszar biedny i zacofany, zamieszkany przez ludność o niższym poziomie cywilizacyjnym. We wspomnieniach wypędzonych stałym elementem jest to, że przybysze ze wschodu na zachodzie nazywani bywali Polakami, Słowianami lub Azjatami. Większość, nim zamieszkała we własnych domach, przechodziła przez obozy przesiedleńcze i była przymusowo dokwaterowywana do rodzin, które zwykle przyjmowały nieproszonych gości bez entuzjazmu.
Początki zorganizowanej działalności przesiedleńców sięgają jednak już roku 1945. Niemcy z Sudetów już wtedy stanowili zwarte skupisko. W przeciwieństwie do wywózek z Polski, które trwały parę lat ? Czesi znaczną część Niemców wyprawili bez zwłoki, wypędzając piesze kolumny przez granicę do Bawarii. Herbert Hupka od 1945 roku pracował w monachijskim radiu, co potrafił wykorzystać dla integrowania ziomkostw. Rok później w Stuttgarcie rozpoczął działalność Herbert Czaja ? urodzony w Cieszynie absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, nigdy wcześniej nie mieszkający w Niemczech. Nie jest prawdą, że działacze ci mieli bliższe związki z hitlerowskim reżimem. Przeciwnie ? na obydwu spadały z jego strony szykany. Na Hupkę z powodu jego żydowskich korzeni. Czaja zaś należał do drugiej kategorii obywateli Rzeszy, jako "niepełnowartościowy" Niemiec, pochodzący zza wschodniej granicy.
Imponującym osiągnięciem tworzących się organizacji wysiedlonych jest niezwykle bogata dokumentacja dokonywanych deportacji, gromadząca wszystkie możliwe relacje dotyczące zbrodni popełnionych na Niemcach. Liczne tego rodzaju publikacje ukazały się już w latach czterdziestych. Kilka lat później powstało monumentalne dzieło Theodora Schiedera, zawierające nie tylko listy ofiar, statystyki i opisy, ale także analizy dotyczące planów i organizacji wysiedleń. Schieder był bowiem nie tylko historykiem-teoretykiem, ale specjalistą, znającym zagadnienie "od podszewki". Jak się później okazało ? od 1939 roku był ekspertem opracowującym plany, według których przeprowadzano masowe wysiedlenia Polaków.
W 1949 roku oficjalnie działały w RFN dwie organizacje zrzeszające wysiedlonych. W następnych latach zarejestrowano kolejnych dziewiętnaście, będących związkami ludzi pochodzących z poszczególnych regionów. W 1957 roku utworzyły one Związek Wypędzonych (BdV).
Ważniejsza jest jednak wcześniejsza data ? 5 sierpnia 1950, w nawiązaniu do której dziś Erika Steinbach zabiega o ustanowienie w Niemczech Dnia Pamięci o Wypędzeniach. W dniu tym podpisano w Stuttgarcie "Kartę Wypędzonych", będącą symfonią groteskowych w swej przebiegłości sformułowań. Karta zawierała wezwanie do światowej opinii publicznej o uznanie ich losu za problem o wymiarze światowym (Weltproblem), który wymaga rozwiązania. Nie zawierała jednego słowa o II wojnie światowej, stwierdzała za to, że cierpienia przyniosła ostatnia dekada (tj. lata 40.), ich sprawcami nie była ani ludność niemiecka, ani jej przywódcy. Natomiast najbardziej poszkodowanymi ofiarami ? wypędzeni Niemcy. Karta deklaruje zrzeczenie się zemsty i odwetu, ale zarazem żąda prawa do ziem ojczystych, jako fundamentalnego, danego ludzkości od Boga. Zawiera też żądanie odszkodowań.
Ciekawym dokumentem jest też ustawa z 1953 roku "O wypędzonych i uciekinierach", która precyzuje status "wypędzonego". Według ustawy wypędzonym jest Niemiec lub członek niemieckiej grupy narodowościowej, który    w y k o n u j ą c    s w ó j   z a w ó d    znalazł się na terenach należących przed 1914 rokiem do Rzeszy Niemieckiej lub Monarchii Habsburskiej. Do grupy tej zaliczają się również przesiedleni na mocy porozumienia Hitlera ze Stalinem z 1939 roku o wzajemnej wymianie ludności oraz "Heim ins Reich" ? przybyli do Kraju Warty w miejsce wypędzonych Polaków. Status wypędzonego jest dziedziczny. Czyli ? rodzący się dziś potomkowie Breslauerów, jak i pochodzących z Berlina osadników, którzy zajęli domy Polaków wywiezionych z Gdyni, Gniezna czy Bydgoszczy ? to także wypędzeni. W praktyce zakres tego pojęcia jest jeszcze szerszy, gdyż członkami Związku są też osoby pochodzące z Litwy, Łotwy, Estonii i innych krajów.
Do BdV wstępowali też emigranci wyjeżdżający do Niemiec w ramach łączenia rodzin lub z najzwyklejszych przyczyn zmieniający miejsce zamieszkania. Tacy "wypędzeni" uzyskiwali swój status jeszcze w 1992 roku. Zasada dziedziczności statusu utrudnia oszacowanie liczby członków Związku. Wypędzeni z kolejnych pokoleń nie zawsze są nim zainteresowani. Według różnych danych ? BdV skupia od 2 do 3,5 miliona członków.
Teoretycznie pokojowemu nastawieniu BdV od początku jego działania nieustannie towarzyszą skrajne wystąpienia poszczególnych frakcji. Np. ziomkostwo Prus Wschodnich kierowało do władz RFN żądanie aneksji części terytorium Polski. Taki właśnie postulat został zapisany w statucie organizacji wypędzonych z Warmii i Mazur. Jej lider ? Ottfried Henning nie ograniczał bynajmniej swych żądań do przywrócenia granic z 1938 roku i opowiadał się za tym, by przynajmniej na Pomorzu miały one kształt sprzed odrodzenia państwa polskiego.

(?)
Artur Adamski
Wyświetlony 7795 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.